28 grudnia 2010

To było do przewidzenia...

Podobnie jak ostatnio, zgodnie z wcześniejszymi założeniami, pan, którego ciągle się "czepiam" na tym blogu, przestał pełnić obowiązki radnego Rady Miasta Siedlce: http://www.tygodnik.siedlecki.pl/N_artykuly.php?id=11751

Jak wiemy, osoba ta uzyskała drugi wynik w całym mieście. Abstrahując od tego, czy jest to brak szacunku do wyborców, czy po prostu wynik niskiej świadomości politycznej mieszkańców, na pewno nie jest to zagranie normalne. Wiadomo, że lepsza oferta to lepsze zarobki, a dzięki takiemu posunięciu zawsze to 1200 głosów mniej dla konkurencji i co najmniej jeden radny konkurencji mniej (chociaż statystycznie, można w ten sposób zaszkodzić głównie sobie, bo zamiast 1200 głosów na jednego, można by skorzystać o wiele bardziej przez uzyskanie po 300-400 głosów na 3-4 osoby). Wiadomo również, że obecny prezydent podczas ostatniej kadencji, aż do dziś, oskarżany jest o kolesiostwo... Fakt, dosyć problematyczna sytuacja, ponieważ aby MO mógł wejść na stanowisko dyrektora CKiS (odpowiedzialnej m.in. za słupy do wieszania plakatów wyborczych), Prezydent Miasta musiał usunąć (przesunąć?) z tego stanowiska brata MO, pana Grzegorza. Jak czytamy w przytoczonym artykule, pan Grzegorz na otarcie łez otrzymał "stanowisko naczelnika gabinetu prezydenta miasta". Cóż, ważne, że wszystko zostaje w rodzinie!

Nadmienić warto, że każdy, kto był na podobnym stanowisku i ośmielił się nie zgodzić z jakimś pomysłem czy wypowiedzią prezydenta, albo po prostu nie działał po jego myśli, od razu został zastępowany kimś "bardziej odpowiednim". Jak widać, Biuro Polityczne nadal działa - jak za starych lat...

Nie mam na to więcej słów.

25 grudnia 2010

Urodziny Boga?

Witam wszystkich po dość długiej przerwie spowodowanej przejściowymi problemami z Internetem, jak i z motywacją do napisania kolejnego wpisu. Dzisiaj, jak nietrudno się domyślić, będzie o Bożym Narodzeniu.

Na wstępie kilka suchych faktów, które mają za zadanie zainteresować Czytelnika i zatrzymać go na tej stronie :)

Na temat Bożego Narodzenia funkcjonuje wiele pięknych legend zawartych w Tradycji. Jedną z nich jest opowieść o czwartym królu, który miał dla Jezusa specjalny prezent - siedem drogocennych kryształów. Jednak, jego podróż przeciągała się, często gubił drogę, jeszcze częściej spotykał potrzebujących. Stopniowo oddawał lub sprzedawał kryształy i przekazywał zdobyte środki na pomoc dla biednych. Kiedy dotarł już do Jezusa, ten "zdążył" już wisieć na krzyżu... Król przedstawił się i powiedział, że niestety jego dary po drodze wykorzystał na pomoc dla potrzebujących. Jezus odparł mu na to, że właśnie ta pomoc była dla Niego najcenniejszym darem.

Ale niestety, historycznie u Jezusa nie było Trzech Króli. Było ich siedmiu. I to dopiero wtedy, kiedy Jezus był już młodym chłopcem. [W związku z komentarzami postaram się to niedługo zweryfikować o jakieś wiarygodne źródło]


Wielu z nas wie, że data narodzin Jezusa nie jest dokładnie znana - są poważne wątpliwości co do tego, że jest to w ogóle grudzień. Ale pójdźmy dalej - według badaczy, Jezus Chrystus narodził się najprawdopodobniej 8 lat przed naszą erą... Skąd więc te nieścisłości?


Kiedy chrześcijaństwo rozprzestrzeniało się na terenach Imperium Rzymskiego, musiało się jakoś zaadoptować w nowym środowisku. Pamiętajmy, że Kościół to przede wszystkim ludzie i najłatwiej było wdrożyć nową religię opierając się na dawnych obrzędach i wierzeniach, bazujących często na astrologii. Taką właśnie metodę przyjęli Ojcowie Kościoła i późniejsze sobory. I tak, w przypadku Bożego Narodzenia, ustanowiono je w okolicach przesilenia zimowego (22 grudnia), a dokładniej 3 dni po nim, kiedy słońce (po tychże 3 dniach zastoju w swoim najniższym punkcie zenitowym) znowu zaczyna wschodzić coraz wyżej i wyżej. Przed reformą kalendarza, w czasie, kiedy obowiązywał kalendarz juliański, przesilenie zimowe wypadało 24 grudnia.

Dodatkowo, jeśli ktoś interesuje się astrologią, zna zjawisko Gwiazdy Betlejemskiej (a konkretniej - Syriusza), za którą w linii prostej "podążają" trzy inne gwiazdy ("Kacper", "Melchior" i "Baltazar"). Sam miałem przyjemność widzieć te gwiazdy całkiem blisko siebie, w tamtym roku na wsi, gdzie nie ma tzw. zanieczyszczenia świetlnego emisjami miejskimi.

Powiększenie zdjęcia


Również w przypadku innych świąt istnieje wiele koligacji z astrologią czy dawnymi wierzeniami - ale nie będę tutaj umieszczał wszystkich, w końcu muszę mieć o czym pisać w przyszłości! :) Polecam tutaj film "Zeitgeist" (do znalezienia wiele wersji w Google Wideo), chociaż zaznaczam, że jest bardzo stronniczy i naciągany - to, że coś jest powiązane z wcześniejszymi zwyczajami i zostało odpowiednio zaadaptowane, nie oznacza, że to, co symbolizuje, nie jest prawdziwe. Tego, czy np. Zmartwychwstanie jest prawdziwe, nie możemy obecnie potwierdzić naukowo. Dopóki nie dostrzegę zmysłami osoby, która stoi za moimi plecami (i drapie się po głowie widząc co tutaj wypisuję), dopóty mogę sobie co najwyżej wierzyć, że ona tam stoi. Tym właśnie różni się wiedza od wiary - ale o tym już napisałem kiedyś oddzielną notkę (przy okazji zapraszam do czytania starych wpisów). Ale wróćmy do tematu:


Każdy z nas od młodych lat wie, kim jest Święty Mikołaj. Grubszy pan z białą brodą, w czerwonym stroju, koniecznie z workiem pełnym prezentów. Nazywany różnie, różnie też przedstawiany (czasami nawet w stroju niebieskim). Postać-symbol, znak prezentów, promocji, radości i zabawy. Ktoś, kogo nie można nie lubić.

Jednak jest to także ktoś, kogo wypadałoby znać (bynajmniej nie osobiście). Otóż, obecny wizerunek świętego Mikołaja został wykreowany przez koncern Coca-Cola (jeszcze do niedawna już miesiąc przed wydarzeniem każdy wiedział, że "coraz bliżej święta, coraz bliżej święta..."). A kim był prawdziwy św. Mikołaj?


"Św. Mikołaj urodził się ok. 270 roku w Patarze. Zasłynął jako człowiek o dobrym sercu, zadziwiał swoją serdecznością i życzliwością wobec innych, zwłaszcza ludzi biednych i schorowanych. Legendy głoszą, że otrzymał spory majątek po rodzicach, którym podzielił się z ubogimi. Był człowiekiem pobożnym i miłosiernym. Został biskupem Miry z woli mieszkańców tego miasta. Zmarł w połowie IV wieku. Po jego śmierci entuzjastycznie oddawano mu cześć. W czasach gdy Arabowie opanowali miasto, włoskim kupcom udało się wykraść relikwie zmarłego biskupa i przewieźć do Barii we Włoszech. Nie brakuje legend o szlachetnych czynach biskupa Mikołaja. Jedna z nich głosi, iż za jego wstawiennictwem wypuszczono z niewoli trzech oficerów niesprawiedliwie więzionych.

Druga legenda mówi o trzech młodych chłopcach, którym ocalił życie od wyroku śmierci. Wybawił także kilku żeglarzy z katastrofy morskiej. Znana jest również opowieść o tym, jak Św. Mikołaj zachował się na wieść o tym, że pewien nędzarz sprzedał swoje trzy córki do domu publicznego. W nocy, przez komin wrzucił worki z pieniędzmi, by je wykupić. Sakiewki wpadły do pończoch i butów, które suszyły się przy kominku. Stąd też zrodził się zwyczaj wieszania skarpet na prezenty, przy kominkach w okresie Bożego Narodzenia. Święty Mikołaj zasłynął jako biskup potrzebujących. Biednym ofiarował pomoc materialną, a pokrzywdzonym wsparcie duchowe. 6 grudnia Kościół Katolicki wspomina Św. Mikołaja biskupa z Miry, jest on czczony jako patron rybaków, marynarzy, dzieci, panien i więźniów.

W Kościele Prawosławnym Św. Mikołaj jest najbardziej czczoną postacią spośród wszystkich świętych, patronuje Grecji, Albanii i Rosji." (źródło: http://swiety-mikolaj.com/)



Tak więc pierwowzór dzisiejszego idola przeciętnego dziecka mieszkał na terenach dzisiejszej Turcji, a nie w Laplandii (Laponii), nie nosił siwej brody, nie zadawał się z elfami, nie jeździł/latał w saniach zaprzęgniętych w renifery. Mimo wszystko, warto naśladować obu. "Każdy może zostać świętym Mikołajem" - oprócz wielu dobrych ludzi, darczyńców i opiekunów, było także kilku "oficjalnych" św. Mikołajów:




A skoro jesteśmy już przy Mikołaju, nie należy zapominać o życzeniach i prezentach. Życzę więc Wam wszystkiego najlepszego zarówno w te dni i wieczory, jak i w całym nadchodzącym roku. A sobie życzę jak największej liczby zadowolonych czytelników ;-)



Wesołych Świąt!

17 grudnia 2010

Jak zachować własne zdanie?

    Na przestrzeni dziejów największe dokonania i przełomy dokonywane były dzięki tłumom. Wielkie zrywy, bunty, powstania, ruchy społeczne – to wszystko nie byłoby możliwe bez udziału wielkich mas ludzkich – i ich poświęcenia. O tym, jak pobudzić tłum do działania i jak nim kierować już w XIXw. pisał Gustav le Bon w swoim dziele „Psychologia tłumu”. Człowiek działając w grupie zatraca po części swoją świadomość i percepcję. Zaczyna myśleć w kategoriach tłumu. Czuje wielką siłę, wsparcie, wspólny cel. Jest zdolny do czynów, o których nawet by nie pomyślał będąc samemu.

    Aby człowiek chciał zostać częścią tłumu, musi mieć ku temu powód, albo – co zdarza się częściej – musi mu się wydawać, że tłum ten ma rację. Często bywa tak, iż uczestnik tłumu nie wie, po co się on zebrał, a mimo tego robi to, co pozostali. Skoro robi to, co pozostali, musi uważać, że ci pozostali postępują właściwie. Widząc jedną lub dwie osoby wykonujące określoną czynność, przechodzień, owszem, może się zatrzymać i sprawdzić sytuację, częściej przechodzi obojętnie. Kiedy widzi natomiast trzech ludzi robiących to samo, podświadomie tworzy mu się pogląd, że mają one ku temu naprawdę poważny powód. „Troje to już tłok”. W takiej sytuacji stopniowo dołączają kolejne osoby przyjmując jednocześnie cele tłumu jako własne.

"Efekt trzech" występuje wtedy, kiedy trzy osoby (lub więcej) robią coś podobnego, a obserwator wnioskuje, że skoro to robią, to musi być to słuszne - KLIK

    Oczywiście nawet obok wielotysięcznego tłumu można przejść obojętnie, szczególnie kiedy jesteśmy zafrasowani czymś innym. Jednak uczestnicy tłumu mogą nas zachęcać do dołączenia do nich.W takiej sytuacji należy bardzo uważać, szczególnie jeśli nie możemy dociec celów tłumu i tym bardziej kiedy staje się on agresywny. Gustav le Bon zaleca wtedy rozejrzeć się wokół i ocenić sytuację z dystansu. Aby więc obronić się przed staniem się bezmyślną częścią tłumu, nie należy od razu weń wchodzić, a oceniać wszystko z bezpiecznej perspektywy. Możemy oczywiście również dołączyć do tłumu, ale musi to zależeć najpierw od możliwie jak najbardziej obiektywnej oceny jego celów i zachowania.

13 grudnia 2010

Garść wywiadowczych opowieści.

Na wstępie błagam - nie stosujcie zasady "tl;dr" ani tym bardziej "tl;dfr". Jeśli nie macie czasu, albo jesteście akurat zmęczeni, to dodajcie sobie to do zakładek i rozłóżcie sobie ten tekst na kilka razy. Piszę dla Was po to, żebyście czytali! :-)

Tak jak obiecałem, opiszę tutaj kilka sytuacji, które miałem okazję wysłuchać od gen. Marka Dukaczewskiego, byłego szefa WSI (przez niektórych tłumaczonego jako Wydział Sowieckich Interesów). Utraciły status niejawności z powodu przedawnienia, więc spokojnie mogę je umieścić. Warto na początek przytoczyć wiersz Adama Mickiewicza traktujący o służbach specjalnych. Wiersz jest trochę długi, dlatego zapraszam na tę stronę: KLIK

Otóż, mamy w tym wierszu kilka aspektów dotyczących wywiadu. Po pierwsze, dokładne zaplanowanie całej akcji, oraz ofiar; obliczenie wymiernych korzyści danego działania. Po drugie, infiltracja w szeregi dowódców nieprzyjaciela. Po trzecie, użycie broni biologicznej. Po czwarte - i najważniejsze - poświęcenie.

Jak widać, od zamierzchłych czasów istnieje coś takiego jak służby specjalne. Nie od razu były to jednak jednostki typu GROM czy SAS, ale ich wartość była jak na tamte czasy porównywalna do tych elitarnych oddziałów. Już Sun Tzu wskazywał na wielką wagę szpiegów (przy okazji polecam książkę pt. "Sztuka Wojny" - tutaj wersja .pdf z bonusami) i wyróżnił pięć ich kategorii (miejscowi, wtajemniczeni, nawróceni, martwi ["uśpieni"], żywi). Jedną z kategorii są szpiedzy nawróceni (czyli tzw. podwójni szpiedzy), a kategorii tej dotyczyło moje pytanie do generała, które umieściłem dwa wpisy temu ;-)


Nie ma to jak prestiżowa fotka z generałem. Wiem, mogłem się ogolić...




Przejdźmy teraz do tematu.

Czasy Zimnej Wojny to przede wszystkim konkurencja między KGB a CIA. Jedni i drudzy mają swoje sukcesy. Agenci KGB są zdolni kontrolować swoje ciało w wysokim stopniu. Potrafią np. drastycznie spowolnić pracę swojego serca, a także oszukać wykrywacz kłamstw. Umiejętności te wykorzystał pewien Rosjanin, który postanowił współpracować z Amerykanami i jako podwójny agent przedostał się z Włoch do USA. Jak zwykle w takim przypadku, musieli sprawdzić jego wiarygodność. Podłączony pod wykrywacz kłamstw, oraz poddany działaniu środkom chemicznym Rosjanin musiał odpowiadać na pytania o tajne informacje. Wyszło na to, że stał się lojalny wobec Stanów Zjednoczonych. Jednak jakże wielkie było zdziwienie CIA, gdy po niedługim czasie pojawił się w telewizji, nadając z eksterytorialnej ambasady ZSRR w USA o tym, jak został porwany z Włoch, jak został nieludzko przesłuchiwany z użyciem środków chemicznych itd... Informacje, które im przekazał, były prawdziwe, ale już nieaktualne i bezużyteczne. Używając tego fortelu nie tylko oszukał wykrywacz kłamstw, ale sam dowiedział się wielu ciekawych rzeczy, a przy okazji publicznie oskarżył CIA za łamanie praw człowieka. Czy facet stał się potrójnym agentem? Nie - on cały czas był agentem swojego kraju, bo tutaj liczy się cel ostateczny i bilans korzyści, których to strona amerykańska nie odniosła w ogóle. To tak, jakby ustrzelić dwa zające za jednym strzałem (takie żartobliwe uczelniane powiedzenie) :-)

Kolejna historia wiąże się z pewnym sowieckim ambasadorem, który za nic nie chciał wychodzić ze swojej bezpiecznej i eksterytorialnej placówki położonej w NRD. Będąc jednostką wybitną w swoim fachu, zajmował się również szpiegostwem (praktycznie niemożliwe jest przekonanie urzędników ambasady o interesach wywiadowczych - chyba, że sam agent osobiście nas rozpozna). Amerykanie za wszelką cenę chcieli go wyeliminować, tzn. pozbawić stanowiska. Aby to osiągnąć, znaleźli sobowtóra, z którym obchodzili wszystkie możliwe bary. Zamawiali wraz z nim najdroższy alkohol, zabawiali się z dziewczętami, nosili się ze swoją dumą i ogólnie przynosili wstyd Związkowi Sowieckiemu. Po kilku miesiącach nadszedł czas wizytacji placówki przez wysokiego przedstawiciela KGB. Aby godnie przyjąć gościa, ambasador postanowił wybrać się z nim do najbardziej prestiżowego baru w mieście. Tam, ku swojemu zdziwieniu, został potraktowany jak stały klient - "to, co zwykle", przy boku z marszu pojawiły się "ulubione panny pana ambasadora" i tak dalej, i tak dalej... Oburzony przedstawiciel KGB nie wytrzymał zbyt długo. Ambasador wyleciał ze stanowiska. Dzięki swojemu planowaniu Amerykanie osiągnęli swój cel.

Zapewne wiele kobiet czyta te słowa i zastanawia się "ciekawe, czy na coś bym się przydała w wywiadzie". Odpowiedź, przynajmniej dla zaznajomionych z kinem szpiegowskim, jest oczywista i twierdząca. Kobiety są w stanie osiągnąć bardzo wiele dzięki swojemu urokowi. Ale nie trzeba być od razu Matą Hari... ani nawet matą ozonową z TV Marketu. Płeć piękna wyposażona jest bowiem w szczególną intuicję, zdolność do szybkiego podejmowania decyzji i innego patrzenia na świat niż mężczyźni, przez co para agentów może się idealnie uzupełniać (tak jak w małżeństwie - nie można konkurować, rywalizować ze sobą, tylko się uzupełniać, wzajemnie i odpowiednio wykorzystując swoje mocne strony). I teraz historia, która także zaznacza przydatność kobiet w "służbach": pewnego razu, przeczesując mieszkanie, agentka wyczuła charakterystyczny zapach perfum, który znała i kojarzyła z pewną osobą. Wiedząc, że ta osoba nie powinna znajdować się w tym mieszkaniu, miała na nią "haka", którego wykorzystała, by nadmiernie perfumująca się osoba przystała na współpracę. Mimo, iż nie wiadomo było, co dany osobnik robił w tym mieszkaniu, same napomknięcie o jego obecności tam dało mu obawy, że agenci jednak wiedzą, co tam robił. Widocznie nie był zbyt grzeczny, skoro ze strachu przystał na współpracę... Agentka wyposażona w dobry węch otrzymała niemałą premię.

Afganistan. Nowy kontyngent niedługo uda się na pierwszy capstrzyk na misji. Stary dowódca ma dla nowych kilka rad: nogi łóżek wstawić w wiadra wypełnione wodą, przy oknach porozwieszać namoczone wodą koce, w buty wsadzić ręczniki tak, żeby końcówki wystawały na zewnątrz. Młodzi myśleli, że to jakieś żarty - tak, jak to się stosuje wobec młodych. Ale przezornie posłuchali dowódcy... haha, dobre sobie - to był w końcu rozkaz! - i zastosowali się do jego zaleceń. Nad ranem widzą koce oblepione wszelkim skrzydlatym tałatajstwem, które w innym przypadku zlizywałoby pot ze skóry żołnierzy. Wstają, wyciągają ręczniki z butów, a w ręcznikach pająki i skorpiony. Te same towarzystwo potopione w wiadrach z wodą. Wdzięczni żołnierze wiedzą już, że gdyby nie współpraca z lokalną ludnością i zastosowanie ich rad, wielu kolegów mogłoby już nie żyć, a my mielibyśmy zdecydowanie więcej uroczystych pogrzebów (ach, niestety i tak nie narzekamy na ich niedobór). Ale i tutaj są potrzebni agenci, w imię zasady Feliksa Dzierżyńskiego: "Ufaj, ale sprawdzaj". Inną zasadą Dzierżyńskiego było "Nie ma ludzi niewinnych - są tylko źle przesłuchani". Swoją drogą ciekawe musiał mieć te zasady, skoro zdradził Polskę.

W dzisiejszym świecie długopis z wbudowaną kamerą można kupić w MediaMarkcie (tata pokazał mi w gazetce promocyjnej - 89 zł za takie cacko). Strach pomyśleć, jakimi wymyślnymi i zaawansowanymi gadżetami operują dzisiejsze służby specjalne.

A poza tym...


[SPOILER]
Wczoraj z nudów obejrzałem gameplay z gry Call of Duty: Black Ops. Jest tam misja, w której uczestniczymy w powstaniu w workuckim łagrze (więcej info: KLIK [ciekawe od 2-giego akapitu tekstu pod reklamą]). Naprawdę, jestem pod wrażeniem. Jeśli chodzi natomiast o psychologię tłumu, to pod wrażeniem byłby tutaj również Gustav le Bon. Patrząc jednak na zimno, jeszcze daleko takim grom do ideału. W tej wirtualnej Workucie brakowało fragmentu zwykłego życia więźnia, nie było pokazanych kobiet i dzieci, nie było też pokazanych ciężkich i absurdalnych prac... ale w końcu to tylko strzelanka ;-)

KLIK

Szkoda, że nie mam sprzętu na takie wymagania. Kupiłbym tę grę głównie dla tej misji. CoD jest uważany za grę, która umiera bez trybu multi, ale w tym przypadku, z tego co zobaczyłem, single player trzyma w napięciu. Pisząc na blogu o grze zachowałem się dziwnie, ale te "powstanie" naprawdę mną poruszyło.

[KONIEC SPOILERA]


Dzisiaj dużo materiału (szczególnie zakładając, że czytacie teraz Sun Tzu, którego Wam podrzuciłem - KLIK dla zapominalskich), więc pozwolę sobie zrobić trochę dłuższą przerwę w pisaniu bloga. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie i nie zapomnicie o tej stronie! :-) Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to w piątek powinna widnieć kolejna notka. A tymczasem spójrzcie na prawo - dodałem kilka ciekawych rzeczy. Do zobaczenia!

10 grudnia 2010

Oficjalne stanowisko Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej w sprawie ostatnich napięć.

Przeglądając jedną ze swoich ulubionych stron ambasadorskich natrafiłem na dość ciekawy tekst, wbrew pozorom niepozbawiony argumentów, dotyczący tego, co niektórzy nazywają zaczątkiem III Wojny Światowej. Jak wiadomo, Półwysep Koreański stoi na krawędzi wojny - i to takiej wojny, która może skończyć się dość "atomowo" - dosłownie i w przenośni.

Na początek kilka ciekawostek o Korei Północnej:


* Otóż, Korea Północna jest jedynym krajem, w którym frekwencja wyborcza wyniosła równiutko 100% (zaraz przed ZSRR, czyli ok. 99%). Wielkim Wodzem tego państwa jest znany wszem i wobec Kim Dzong Il (Il czyli duze "i" i male "L"), Szefem Rządu - Kim Yong Il.

* Prezydentem natomiast jest (nieżyjący) Kim Ir Sen, który został wydany na świat w Mandżurii... tzn... tak, panie komisarzu, już poprawiam - Kim Ir Sen (ojciec Kim Dzong Ila) narodził się na szczycie Świętej Góry podczas burzy z piorunami, 15 kwietnia (święto narodowe NK [North Korea], zaraz obok urodzin Kim Dzong Ila, 16 lutego). Rządzi od 1948 r. do dzisiaj.

Kim Ir Sen Wiecznie Żywy Prezydent Wielkiej Korei!

* Jakby mało było ciekawostek - kolejna: ambasadorem Korei Północnej w Polsce jest sam brat Kim Dong Ila - Kim Pyong Il! To dla nas niewątpliwy zaszczyt.

* W Korei Północnej samobójstwa są zakazane - rodzina samobójcy jest skazywana dożywotnio na pracę w obozie koncentracyjnym.

* Korea Północna od Południowej jest oddzielona murem, który dzieli góry oraz dorzecza rzek Rimjin i Han na połowę. Korea Południowa zbudowała go zgodnie z rozkazami USA. Betonowy mur ma od 10 do 19 metrów szerokości u podstawy, 5 do 8 metrów wysokości oraz 3 do 7 metrów szerokości w górnej części. Przy niektórych odcinkach muru poruszają się wozy pancerne. Mur jest tak zbudowany, że tylko od strony południowej jest porośnięty trawą.





A teraz creme de la creme, czyli sam biuletyn (pogrubiłem ciekawsze fragmenty, poprawiłem literówki, zamieszczam go tutaj, ale można też przeczytać w formacie .pdf jeśli komuś wygodniej):

Wersja .pdf


"Biuletyn Ambasady KRL-D w RP
www.krld.pl
Komentarz KCNA


Kto jest prowokatorem?


Zaraz po wybuchu incydentu na wyspie Yeonpyeong Stany Zjednoczone niezwłocznie poinformowały, że w rejon konfliktu zmierza lotniskowiec USS „George Washington”, który wziąć ma udział w manewrach na Zachodnim Morzu Koreańskim (Morzu Żółtym). Ma on wziąć udział w manewrach wraz z armią Korei południowej. Ten fakt dokładnie i wyraźnie pokazuje, kto celowo planował i kontrolował ten incydent rozgrywający się w dniu 23 listopada na oczach całego świata.

Cele Stanów Zjednoczonych już prawie są wypełnione, a są to:
· kontynuowanie utrzymywania bazy morskiej w Yokoskie w Japonii, z której wojsko USA miało wycofać się w 2010 roku
· skoncentrowanie jeszcze większych kontyngentów wojskowych na obrzeżach półwyspu Koreańskiego.

Tylko jeden cel jeszcze nie jest wykonany: lotniskowiec USS nie znalazł jeszcze swego trwałego miejsca na Zachodnim Morzu Koreańskim. (W marcu tego roku zatonął okręt wojskowy Korei południowej ,,Cheonan”. Nie sa jeszcze znane prawdziwe przyczyny zatonięcia okrętu, choć zachód oskarżał KRL-D)

Stany Zjednoczone przygotowały scenariusz, aby wykorzystać marionetkową armię południowokoreańska do wojskowej prowokacji na wyspie Yeonpyeong i dzięki temu zyskać argument, który usprawiedliwi stałe stacjonowanie lotniskowca na Zachodnim Morzu Koreańskim. W tym roku Stany Zjednoczone już trzykrotnie informowały o wysłaniu lotniskowca na Zachodnie Morze Koreańskie, nigdy nie podały jednak racjonalnej przyczyny takiego postępowania. Gdy zdarzył się konflikt wojskowy pomiędzy Koreami, USA uchyliły się od analizowania prawdziwych przyczyn tego zdarzenia. Zamiast tego od razu stwierdziły, że to KRL-D ponosi winę za ten incydent.


Bardzo szybko zaczęto także akcję potępiania KRL-D na arenie międzynarodowej. Wszystko to dowodzi,
że plan prowokacji przeciw KRL-D był przygotowany już wcześniej.

Z tego własnie powodu starannie ukrywany jest fakt, że KRL-D wielokrotnie ostrzegała, aby w spornej strefie nie prowadzić manewrów. Nie wystarczyło też telefoniczne ostrzeżenie jakie o godzinie 8-mej rano przekazał stronie południowej przedstawiciel KAL [Koreańskiej Armii Ludowej - przyp. PW] w Panmunjomie. O godz. 13-tej armia Korei południowej rozpoczęła manewry wystrzeliwując salwy w stronę KRL-D.

Dziś prowodyrzy udają, że niczego wcześniej nie wiedzieli głośno artykułują „zaskoczenie” gdy spadły pociski. Głośno za to krzyczą o śmierci 2 cywilów.

To oczywiście bardzo przykre, że przez ostrzał zginęło dwóch cywilów, naszych rodaków, ale pełną odpowiedzialność ponoszą za to ci, którzy celowo budowali bazy wojskowe tuż obok miasta. W ten sposób z ludności cywilnej utworzono „ludzkie tarcze”. Powtarzają się tutaj sceny znane z Afganistanu, Iraku i Pakistanu. Amerykanie jak zwykle traktują śmierć cywilów jako zwykły środek do realizowania swoich niecnych planów. Ich motto to po trupach do celu.

Musimy w tym miejscu upublicznić fakt, że pociski artylerii Korei Południowej spadły na terytorium KRL-D tuż obok domów cywilnych mieszczących się daleko od najbliższej bazy Koreańskiej Armii Ludowej.

Wszystkie fakty wyraźnie świadczą, że wroga postawa USA wobec KRL-D jest środkiem do realizacji celu jakim jest panowanie w Azji. W tym celu ważne jest, aby utrzymywać niestabilny stan rozejmu i regularnie podtrzymywać wojenne napięcie na Półwyspie Koreańskim. Dopóki istnieje wroga polityka Stanów Zjednoczonych wobec KRL-D nigdy nie zostanie osiągnięty stan stabilizacji i pokoju na Półwyspie Koreańskim, przeciwnie – działania takie spowodują rozszerzanie się niepokoju w rejonie wschodniej Azji oraz na całym świecie.

Jak dotąd udawało nam się utrzymywać nerwy na wodzy. Jednak wrogowie rozpoczęli manewry wystrzeliwując salwy w stronę KRL-D. Nasza wojenna odpowiedź jest konieczną sprawiedliwą karą wobec oszalałych prowokatorów.

Jeśli lotniskowiec USS „George Washington” wpłynie na Zachodnie Morze Koreańskie wówczas nikt nie jest w stanie przewidzieć jakie będą nastepstwa takiego wrogiego działania."
źródło: http://krld.pl/krld/czytelniateksty/biuletyny//123%20-%20Komentarz%20KCNA%20-%20Kto%20jest%20prowokatorem.pdf


Prawda może być tylko jedna, ale obawiam się, że ani jedna, ani druga strona nie przedstawia jej w pełni. Do szczątkowej prawdy można próbować dociekać jedynie badając różne źródła. Doniesienia amerykańskie (czy też nawet globalne) znamy wszyscy z polskiej telewizji. W tym przypadku KRL-D wydaje się być krajem samotnie "walczącym" na polu informacji - i właśnie dlatego wydaje mi się źródłem, z którym mimo wszystko warto się zapoznać.

Nie neguję faktu, że Korea Północna jest państwem zbrodniczym. Nie neguję faktu istnienia na jej terenie obozów koncentracyjnych, oraz prowadzenia bardzo agresywnej polityki przez ten kraj (może wymuszonej?).

Chciałbym jednak zauważyć, że propaganda panuje nie tylko w tym totalitarnym państwie, ale także na Zachodzie. Czasami subtelna propaganda jest gorsza od tej nachalnej, gdyż trudniej ją odróżnić od przekazu obiektywnego. Najgorsze jest jednak to, że świat zachodni atakuje reżim, atakuje produkcję broni atomowej - ale nie robi kompletnie nic w kwestii obozów koncentracyjnych, pozostawiając to ludziom, którzy ryzykują życiem, aby cokolwiek nam o nich przekazać!

Jedni warci drugich.

Wielu ludzi zadaje sobie pytanie, jak to było możliwe, że kiedy obozy koncentracyjne funkcjonowały w Europie było to ignorowane. Teraz widzimy taki sam proces w przypadku Korei Płn.




A poza tym uważam, że... albo inaczej: mój blog zyskuje powoli na popularności. Wczoraj w ciągu jednej godziny (trzynastej) odwiedziło mnie 19 osób, a w ciągu całego dnia 147. Dziękuję wszystkim, a szczególnie wytrwałym, stałym czytelnikom! To właśnie dzięki tym stałym czytelnikom średnia dzienna ilość odwiedzin tego bloga to 35. Jestem uradowany, ale zapominam, że liczby to nie wszystko. Dziękuję też za wszystkie oceny pod poszczególnymi wpisami.

6 grudnia 2010

Spotkanie z b. szefem WSI

W piątek miałem okazję być jako wiceprezes SKNP (wraz z panią prezes, którą pozdrawiam) na konferencji zorganizowanej przez zaprzyjaźnione SKNBN UPH w Siedlcach. Oczywiście, nie byłem tam "z gębą na pączki" - miałem oficjalne zaproszenie ;) Ludzi było dość sporo, więcej niż miejsc. Ale do rzeczy - całe zdarzenie dotyczyło udziału byłego szefa (naczelnego specjalisty) WSI, gen. Marka Dukaczewskiego. Wygłosił on wykład na temat współczesnych zagrożeń bezpieczeństwa państwa z punktu widzenia wywiadu. Wykład był arcyciekawy, przepełniony anegdotami, które na pewno wykorzystam na tym blogu (nie wszystko naraz :)). Jednak już na samym końcu poruszył sprawę WSI właśnie. Wiele czasu poświęcił historii tej organizacji, z której wywodzą się takie osoby jak Marian Rejewski (szczególnie matematycy, Poznaniacy i ci, którzy grali w Hearts of Iron II powinni znać te nazwisko) i inni, którzy złamali Enigmę. Ale, kurczę, chyba zapomniał, że to było w II RP. Zrodziło więc się w mej głowie pytanie, które w myślach uformowałem naprędce:

"Panie Generale, wiem, że to będzie dość przykre pytanie... ale abstrahując od wspaniałej historii przedPRL-owskiej WSI, ta aktualna kadra z wiadomych przyczyn szkoliła się w Moskwie. Mówię to również w kontekście tego, kto jako jedyny głosował w Sejmie przeciwko likwidacji WSI i kto ostatnio przejął władzę. I moje krótkie pytanie: czy ci ludzie będąc tyle czasu w samym sercu ZSRR nie stali się przypadkiem tymi "nawróconymi", podwójnymi szpiegami, o których mówił już Sun Tzu, którego Pan cytował na początku? Dziękuję"

Podniosłem więc rękę, a że byłem dość daleko, zdążył już wstać dyrektor mojego instytutu (który jest względem mnie dość surowy, i któremu kilka razy "podpadłem"). Kiedy chwyciłem już mikrofon, on wymawiał właśnie słowa: "no, skoro nie ma chętnych to ja zadam..." i w tym momencie generał wskazał na mnie i powiedział, że chętny jest. Dyrektor spojrzał na mnie... tak, spojrzał - te niepozorne słowo wywiera w mojej pamięci niesamowite przytłoczenie. Przeprosiłem i zadałem swoje pytanie.

W odpowiedzi usłyszałem, że członkowie WSI wcale nie stali się podwójnymi agentami, co potwierdzają ich drobiazgowe badania na wiarygodność. Dodatkowo, poznali oni mentalność Rosjan i zachowania swoich nauczycieli, co możemy teraz wykorzystać jako "ci z drugiej strony barykady". Poza tym, kto już raz wszedł w wywiad, stracił już "cnotę" i będzie mu o wiele łatwiej współpracować, zmieniać fronty itd. Potem wypowiedź szybko zeszła na Afganistan i ten temat zajął dużo czasu (a nadal to była odpowiedź na moje pytanie). Na koniec usłyszałem cytat z Feliksa Dzierżyńskiego: "Ufaj, ale sprawdzaj", co sprawdza się w wywiadzie. Tak, to ten sam koleś, co powiedział: "Nie ma ludzi niewinnych, są tylko ludzie źle przesłuchani"...

Bardzo mnie kusiło, aby trochę mu poprzerywać, ale to by nie było miłe z mojej strony, zresztą można zrozumieć jego stronniczość. Zamiast rozwiać, generał wzbudził we mnie jeszcze więcej pytań: Kto badał tych ludzi? Od kiedy nie jesteśmy po tej samej stronie barykady co Rosja? Czy mentalność Rosjan nie zmieniła się? Czy nauczyciele, którzy uczyli naszych z WSI nie są przypadkiem już na emeryturze? Dlaczego nie inwestujemy w młodych i zdolnych ludzi - przecież stara gwardia WSI kiedyś opuści ten padół?


Mimo wszystko, jestem bardzo zadowolony z tego spotkania i winszuję uczelnianej "Bezpiece". Obiecuję też, że my, Politolodzy, nie będziemy bierni i też takie spotkania, oraz inne eventy, będą stałym elementem naszej działalności. Przy okazji zapraszam wszystkich studentów UPH do naszego koła. O kontakt proszę tutaj: paulusw91@gmail.com A oto nasza strona: http://sknp.wordpress.com/ - polecam w szczególności galerie z naszych wyjazdów.

5 grudnia 2010

Siedlce - miasto przyjazne!

Ulice naszego miasta dopiero wczoraj zaczęły "jakoś wyglądać". Podczas, gdy w większości miast odśnieżone są nie tylko główne drogi, ale i chodniki i przede wszystkim przejścia dla pieszych, jeszcze w piątek przez sam środek ul. Warszawskiej przebiegała bajeczna wstęga wysokiej warstwy śniegu. Aby przejść przez ulicę, trzeba było skakać przez zaspę - jedną, potem tę środkową, potem trzecią... "Siedlce - Miasto Przyjazne!". Dzięki naszemu kochanemu Miastu będziemy mieli przednich płotkarzy.

Ale to i tak nic w porównaniu do pierwszego dnia zwiększonych opadów śniegu. Zima zaskoczyła oczywiście wszystkich, kurczę, nawet mnie, gdyż w adidasach musiałem dotrzeć z uczelni aż na Romanówkę, aby udzielić korepetycji z angielskiego (czyżbym nie ujawniał zbyt wielu faktów?). Wtedy pośród zawiei, orząc nowe szlaki pomyślałem: "Chrzanić ich! Zbiorę ludzi, weźmiemy łopaty - i sami, na własną rękę będziemy odśnieżać! Zrobimy jeszcze jakieś kartki z odpowiednim tekstem, przypniemy je do pleców i pokażemy ludziom, że oddolna inicjatywa też może wiele. Potem już tylko założymy lokalne stowarzyszenie inicjatywy obywatelskiej, zyskamy sławę, przejmiemy władzę..."

Ale niestety nikt nie miał czasu. Wszyscy mają straszny zapiernicz na fejsie.

***
Polecam film przedstawiający kilka cytatów wielkich przedstawicieli liberalizmu gospodarczego: KLIK
***

Przechodząc wczoraj obok naszego kochanego więzienia, ok. godziny 20:40, widziałem grupę młodych ludzi robiących sobie zdjęcia przy choince i aniołkach. Ładne są. I dziewczyny, i choinka, i aniołki. Ale za to tło rekompensuje wszystkie pozytywne odczucia. Teraz już jestem pewien, że o wiele bardziej trafnym hasłem mojego komitetu wyborczego byłoby "Święta w cieniu więziennego muru...". Patrząc na tę scenerię, na tych ludzi, którzy będą mieli jako podstawę zdjęć obdrapane mury, bardzo posmutniałem. Ale co tam, przesadzam, głowa do góry! Przecież Siedlce to Miasto Przyjazne - bo tak ustalili Panowie Urzędnicy i już, tak jest, nie ma dyskusji!


A poza tym uważam, że te więzienie... no, ono powinno być przeniesione.

29 listopada 2010

Palący problem + dygresja.

Ostatnio nasze władze wprowadziły tzw. ustawę antynikotynową - czyli zakaz palenia w miejscach publicznych. Idea szczytna, lud się cieszy, przyznam się, że mnie to również trochę satysfakcjonuje. Tylko trochę, gdyż patząc szerzej i mniej egoistycznie, wczuwając się w sytuację palaczy i właścicieli lokali gastronomicznych, wcale nie wygląda to tak kolorowo. O ile jestem zagorzałym przeciwnikiem trucia innych ludzi i zmuszaniem ich do palenia biernego (sam przez to często cierpię/cierpiałem), o tyle zbyt wielka liczba zakazów jest nie tyle groteskowa, co po prostu szkodliwa. Bo kto wyegzekwuje karę za naruszenie zakazu palenia w samochodzie służbowym (co da się zinterpretować z ustawy)?

Oto pełna treść tej ustawy: KLIK


Moja ocena tego dokumentu jest następująca: dobrze, że powstał, ale bardzo źle, że został przekombinowany. Właściciele skromnych lokali z jednym pomieszczeniem będą musieli zdecydować, czy można w nich palić, czy nie. Jeśli nie - to OK - stracą klientów, którzy chcieliby tam palić (ale być może zyskają tych niepalących). Jeśli tak, to utrzymają palących - ale za cenę systemu klimatyzacji wymaganego w takiej sytuacji przez prawo (a raczej: przez państwowych urzędników). Koszt takiego systemu to 30-50 tys. złotych, w zależności od sali. Strzelam, że to trochę więcej niż tabliczka z napisem "zakaz palenia" kupiona w pierwszym lepszym sklepie.

Jak właściciele małych lokali unikają wielotysięcznych wydatków na systemy specjalnej klimatyzacji? Na razie znam dwa sposoby: pierwszy - uznają lokal za salę dla niepalących, wieszają tabliczkę, a palącym każą palić na zewnątrz (swoją drogą, to im samym i reszcie paradoksalnie wyjdzie na zdrowie). Drugi sposób to utworzenie tzw. "klubu palacza". Taki klub jest zwolniony z obowiązku instalowania kosztownego sprzętu. Niepalący i tak mogą do niego chodzić - w końcu do tej pory tak było, nikt nas przecież nie zmuszał siłą do siedzenia razem z palącymi. Taki "klub palacza" jest więc pomysłem niegłupim - ale to nie wszystko.

Takie lokale swój zarobek opierają wiadomo na czym. Aby sprzedawać piwko, wódeczkę i wszystko inne, co zawiera alkohol i oficjalnie jest uważane za przydatne do spożycia, trzeba mieć na to koncesję - pozwolenie państwowych urzędników. Tworząc "klub palacza" właściciel musi najpierw wyrejestrować dotychczasową działalność gospodarczą, zarejestrować "klub" - i ponownie starać się o koncesję. A z tym może być już bardzo trudno...

Wszystko wskazuje więc na to, że właściciele będą stosować pierwszy sposób, bo nie chcą ryzykować (także dlatego, że wszystko, także alkohol, w supermarketach i tak kosztuje zdecydowanie mniej a lokal musi się jakoś utrzymać). Dobrze, że będzie wiadomo z góry, w którym lokalu spodziewać się "siekiery" na wejściu. Nowa sytuacja wpłynie też dodatnio na pomysłowość właścicieli i uatrakcyjnienie lokali - będzie trzeba jakoś zwiększyć popyt. Ale za jaką cenę?

Wolność mojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność Twojego nosa. Ustawa jest do poprawki. Nie można narzucać nikomu kosztownych regulacji w jego własnym, prywatnym lokalu. A ilu jest takich osiedlowych właścicieli? Tysiące. W skali kraju to garstka, ale nie wiemy, czy przypadkiem i my nie znajdujemy się w "garstce", która w przyszłości będzie poszkodowana w celu uciechy "ludu" i zysków dla państwowych urzędników wraz z ich znajomymi (tak przypadkiem akurat zajmującymi się od pewnego czasu instalacją specjalnych systemów klimatyzacyjnych).


====
 DYGRESJA:

Owszem, niektóre "garstki" są faworyzowane, np. studenci (czyli m.in. ja) od stycznia będą mieli 50%-owe zniżki na przejazdy komunikacją publiczną (tzn. na bilety upoważniającej do takowej komunikacji). Coraz częściej słyszy się o kolejnych przywilejach, KRUSy i ZUSy ciągle mają sie dobrze... Bo nie liczy się to, żeby społeczeństwo się bogaciło, tylko to, żeby większość na nich zagłosowała, bo oni "dadzą więcej". To smutne!

Socjalista nie musi być z rodziny PZPR-owskiej. Wielu z nich to tacy "Solidarnościowcy" wg. Lecha Wałęsy, czyli: związki zawodowe, prawo do godnej pracy i płacy (nota bene: dlaczego godnej, a nie wyższej? sztuka nomenklatury!), jak największe i najdłuższe zasiłki dla bezrobotnych - aby "żyło się lepiej". Jest to podejście skrajnie egoistyczne, bo tacy ludzie myślą tylko o sobie tu-i-teraz, a nie o przyszłości.

Wg mnie polskie społeczeństwo zepsuły Okrągły Stół i pierwsze wybory prezydenckie. "Stara Gwardia" została i siedzi np. w takiej RBN do dziś. Czołowi kandydaci z pierwszych (kolejnych też!) wyborów prezydenckich zaczęli obiecywać gruszki na wierzbie i zgodnie z tzw. teorią oczekiwań ludzie przyzwyczaili się, że lepszy jest ten "kto więcej da". Na przykład takie 100 milionów...

Chociaż muszę przyznać, że wyborcy Tymińskiego to jeszcze ciemniejsza masa. Mimo, że określał się mianem ekonomicznego liberała, to de facto był demagogiem - chciał pokierować ludem tak, żeby wygrać. Prawie mu się udało, czym dowiódł beznadziejności demokracji, szczególnie tej na wschód od Łaby...


Zresztą, czołowi kandydaci byli... tacy trochę z doskoku.

====

WRACAJĄC:

Wolność jednego kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. Państwo chroniąc naszą wolność do oddychania powietrzem bez szkodliwego dymu papierosowego, zapędziło się i weszło na wolność innych ludzi: właścicieli i użytkowników prywatnych lokali, służbowych samochodów... Nie weszło natomiast do więzień, co trafnie komentuje Kalasanty Pasiak:



Niedługo wchodząca w życie ustawa godząca w palaczy tak mocno, że nie będzie im wolno puścić dymka w publicznie dostępnych knajpach, czyni wszelako zacny wyjątek dla więzień i aresztów: wolność dla palaczy w pierdlu! To mi się podoba – zostaję.



A poza tym uważam, że... szkoda, że zamknęli "Świetlicę".

25 listopada 2010

Oś Paryż-Berlin-Moskwa.

Już jest jasne - fantazje Siergieja Karaganowa ("Stworzenie supersojuszu strategicznego z Rosją, jej siłami zbrojnymi i potencjałem", "Europejczycy od Atlantyku po Władywostok") ziszczą się szybciej, niż obawiałby się tego największy nawet pesymista. Wszystkie ostatnie wydarzenia wskazują na to, że Europa stanie się socjalistyczną marionetką Rosji. USA w wyniku olbrzymiego zadłużenia kraju, oraz prowadzenia wyniszczających i kosztownych wojen wycofują się ze starego kontynentu. Składają hołd Rosji proponując współpracę w projekcie tarczy antyrakietowej, mówi się o wejściu Rosji do NATO (co de facto zakończy istnienie tego sojuszu). Sytuacja ekonomiczna na świecie wisi na włosku. Coraz częściej dochodzi do zbrojnych starć (ostatnio - Korea). Obywatele niemal wszystkich krajów cieszą się coraz mniejszą wolnością zarówno osobistą, jak i ekonomiczną.

Coraz więcej absurdalnych zakazów również w naszym kraju (np. zakaz palenia w samochodach służbowych - cały zakaz skomentuję w następnej notce) i coraz więcej szkodliwych działań politycznych. Groteskowe orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego o zgodności Traktatu Lizbońskiego z naszą konstytucją narusza znacznie pojęcie suwerenności. W mediach coraz więcej opinii "ekspertów", że w dzisiejszym świecie nie jest już mozliwa suwerenność z prawdziwego zdarzenia. Nasza niezależność przecieka nam przez palce, a do łask dzięki obecnemu prezydentowi wraca "stary układ". Najpierw przywrócenie do łask WSI (szkoleni oczywiście w Moskwie, wiadomo w jakich czasach i dzięki czemu WSIoki mogły się tam szkolić). Oto zdjęcie z posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego:


http://g.gazetaprawna.pl/p/_wspolne/pliki/288000/10b24075_288796.jpg
Licząc od Bronisława Komorowskiego zgodnie z ruchem wskazówek zegara siedzą:
Donald Tusk, Stanisław Koziej, Jerzy Miller, (nie rozpoznałem tej osoby - może to obserwator Federacji Rosyjskiej? :D), Adam Rotfeld, Włodzimierz Cimoszewicz, Leszek Miller, Wojciech Jaruzelski, Aleksander Kwaśniewski, Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, Józef Oleksy, Krzysztof Bielecki, Kazimierz Marcinkiewicz, Grzegorz Napieralski, Radosław Sikorski, Bogdan Borusewicz, Grzegorz Schetyna.

Historia zatoczyła koło.



Teraz każdy (oprócz niewielu krajów, np. Chile - chwała za to Pinochetowi) jest zadłużony u każdego. Właśnie zadłużenie jest najpoważniejszym gruntem pod III Wojnę Światową. Odsetki rosną, właściciele filii i fabryk zagranicznych są coraz bardziej zagrożeni przejęciem (znacjonalizowaniem przez państwo upominające się o spłatę długu). I pomyśleć, że już Jan Paweł II wezwał wszystkie kraje świata do anulowania wszelkich długów...

Ludzie po cichu szykują się na kryzys. Stopniowo rosną zapasy żywności, rośnie popyt również na broń. Cenne kruszce, takie jak złoto, są tak pożądane - i drogie, czyli cenne - że nawet w telewizji widzimy telemarketowe reklamy o chęci kupna tego nie tracącego na wartości towaru. Coraz więcej ludzi zaciąga kredyty wiedząc, że w przypadku kryzysu pieniądz wart jest tyle, co papier na nim wydrukowany.

To są czasy, o których następne pokolenia będą dużo uczyć się na lekcjach historii - o ile przetrwamy... To są czasy, w których sojusze i układ sił na świecie zmieniają się w ściśle określonym kierunku. Rosja umacnia swoją pozycję w obawie przed rosnącymi w siłę Chinami i Indiami. Polska w wyniku wydarzeń z kwietnia zmieniła swój kurs z pro-amerykańskiego (wieloletnie wysiłki i ustępstwa poszły na marne bez odpłaty) na pro-niemiecki.

Dlaczego na pro-niemiecki, a nie np. na pro-rosyjski? Przeciętny obserwator stwierdza, że drastycznie idziemy Rosji na rękę w wielu drażliwych sprawach - ale Niemcom? Otóż, jesteśmy po prostu w niemieckiej strefie wpływów. Wpływy te zostały podzielone kilka dni temu w Deauville.

Skoro Niemcy prowadzą (szczególnie w ramach UE) politykę prorosyjską, to i my musimy... Podczas II Wojny Światowej mieliśmy chociaż złudne nadzieje na wsparcie Francuzów czy Anglików. Dzisiaj, kiedy Francuzi zostali dokooptowani przez wiecznie przyjaźniących się Niemców i Rosjan, kiedy reszta Europy jest skrępowana więzami Unii Europejskiej, nie ma już dla nas nawet nadziei. Nie będą nas . Będą nas indoktrynować i rabować podatkami i różnymi "zleceniami" zagranicznymi typu remont Tupolewa za 60 mln zł - samolotu wartego nie więcej niż 10 mln zł. Efekt: 50 milionów w prezencie dla naszych PRZYJACIÓŁ.

Trochę jak w PRL-u: my im wysyłamy węgiel, a oni nam za to biorą cukier!


Gen. Jaruzelski został zaproszony na posiedzenie RBN, gdyż "ma doświadczenie w kontaktach z Rosją". Ja to skomentuję tak: Jaruzelski miał kontakty, ale z ZSRR (swoją drogą: wszyscy tam obecni mieli swego czasu niezłe kontakty z ZSRR...). Czyżby więc ZSRR i dzisiejsza Rosja niczym się między sobą nie różniły? Patrząc na politykę UE śmiem twierdzić, że już niedługo nawet ona nie będzie się wiele różniła od ZSRR. Nie bez powodu w Internecie popularne jest sformułowanie "Związek Socjalistycznych Republik Europejskich".

Opowiedzieć Wam najkrótszy kawał? Polska suwerenność.


W czasie pisania notki znalazłem taki dość długi artykuł (sprzed miesiąca, przeleciałem tylko wzrokiem) o koncepcji Karaganowa:
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101019&typ=my&id=my11.txt

Nadmienię przy okazji, że dość niedawno wygłaszałem na uczelni referat o różnych koncepcjach geopolitycznych (Kjellen, Brzeziński, Otok i... Karaganow właśnie) - ale nie myślałem, że zacznie się to realizować tak błyskawicznie. Z tej perspektywy widać doskonale, że tragedia smoleńska i tegoroczne wybory prezydenckie są wydarzeniami znacząco wpływającymi na dzieje świata. Świata, gdzie Eurazja* (określona przez Brzezińskiego terenem, którego kontrolowanie daje władzę nad światem) znajduje się pod jednym sojuszem.

Świata bez Polski...



http://bi.gazeta.pl/im/9/8709/z8709509X.jpg
A konkretnie - całej Polski!

I nic nie możemy na to poradzić - najwyżej pomachać szabelką, co tylko pogorszy naszą sytuację. W pewien sposób trzeba przygotować się na te zmiany, tak samo jak kot spadający z trzeciego piętra wykręca się tak, by spaść na cztery łapy. Trzeba pozostać sobą - ale nie wolno pchać się na pewną śmierć.


* - Współzawodnictwo amerykańsko-sowieckie ma wymiar globalny, ale jego centralnym obiektem jest Eurazja - największy masyw lądowy, na którym żyje większość ludności Ziemi i który posiada większość zasobów naturalnych świata - Z. Brzeziński, "Plan Gry". Polecam też "Wielką szachownicę" tegoż autora. Wielka szkoda, że poprzez błędy USA wizje Brzezińskiego (i choćby Friedmana, który widział Polskę jako przewodniczące Środkowo-Wschodniej Europie mocarstwo będące buforem finansowanym przez USA i chroniącym Zachód przed Rosją) się nie spełnią.


***
Pamiętajcie - ślimak to ryba! Mam w planach opisanie jakże ciekawego wykorzystywania środków z Unii Europejskiej (do której m.in. Polska, czyli my, wpłaca masę pieniędzy). Obiecuję, że będzie ciekawie. "I smutno, i śmieszno" zarazem.


***
Miałem uaktualnić - aby dostać się do Rady Miasta Siedlce, trzeba było zdobyć 198 głosów. Aby dostać się z mojego okręgu, trzeba było zdobyć 257 głosów - tyle zdobył mój egzaminator na prawo jazdy... zdałem za pierwszym razem - to niech mu będzie! ;-)

22 listopada 2010

Garść statystyk i podsumowanie.

Powiem krótko: przegrałem, ale wygrałem.


Teraz będzie szczerze i pokornie:
Uzyskałem 15 głosów z 6846 w moim okręgu. Jeśli chodzi o procenty, było to 0.22%

Koszt mojej kampanii wyborczej wyniósł 5,60 PLN, w całości pochodzący z moich skromnych środków. 5 zł poszło na tusz, oraz papier (projekt ulotki, chałupnicze drukowanie, wycinanie i fatyga została wykonana przeze mnie nieodpłatnie - sam sobie płacić nie muszę). 60 groszy kosztowało mnie pudełko pinezek.


W swoim okręgu jestem 58-my na 66 kandydatów, a w całym mieście 212-ty na 262 kandydatów. W moim okręgu jest 6 miejsc do Rady Miasta, natomiast w całych Siedlcach - 23 miejsca. Frekwencja w moim okręgu: 46,76% W całych Siedlcach: 47,15%

Aby dostać się do rady, potrzeba było powyżej 200 głosów (nie wiem jeszcze dokładnie, gdyż PKW do tej pory nie podała, kto konkretnie dostał się do Rady Miasta Siedlce - uaktualnię to jak podadzą oficjalne dane) przy założeniu, że dana lista osiągnie próg wyborczy - 5%. Moja lista osiągnęła wynik 1,03%, więc nawet gdybym miał 300 głosów, nie dostałbym się.

Głosy nieważne nie przekraczają 5%, ale warto zwrócić uwagę na fakt, iż te malutkie procenciki to średnio 250-300 głosów na okręg, co oznacza jednego pewnego radnego.

Dlaczego mówię, że "wygrałem"? Trochę się tutaj pocieszam na siłę, ale już sam start jest jakimś sukcesem, podobnie jak uzyskanie każdego pojedynczego głosu. Sukcesem jest tutaj uzyskanie kilku głosów mimo młodego wieku i praktycznie zerowej "sławy" w mieście. Zapewne wiele osób mnie popiera, ale ostatecznie zdecydowało się oddać głos na kogoś, komu po prostu bardziej ufa, lepiej zna, daje większe szanse.
Serdecznie dziękuję za każdy głos z osobna. Jest to dla mnie olbrzymia motywacja, ponieważ widzę, że bez wsparcia finansowego da się pozyskać kilka głosów. Poza tym, głos głosowi nierówny - o wiele więcej wart jest przemyślany, zdecydowany głos na osobę, niż głos "bo tak" na partię. I takie głosy bardzo cenię! Co prawda, moja babcia i tata zagłosowali na mnie "bo tak" (no dobra, tatę musiałem przekonać do przeniesienia więzienia - myślał, że zlikwidujemy także miejsca pracy, ale za niego wstawmy mnie samego), jednak cała reszta (12 osób) to głosy ludzi ze mną niepowiązanych. Ach, niektórzy mają dobrze, gdyż ich (liczne!) rodziny mają w większości meldunek w Siedlcach - no, ale nie mają za to tej satysfakcji, którą mam ja :-)

Dziękuję Natalii, która pomogła mi zebrać wymagane podpisy poparcia, razem ze mną zdobywając cenne doświadczenie związane z bardzo różnymi reakcjami na tego typu oddolne inicjatywy społeczne.

Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili czas na przeczytanie tego, co pisałem w związku z moim kandydowaniem, oraz wszystkim tym, którzy rozmawiali ze mną na żywo - a w szczególności ludziom, którzy potrafili konstruktywnie ze mną podyskutować.

Dziękuję każdemu, który mnie popiera - w głosowaniu, w słowie otuchy, czy nawet w swoich myślach.

Główną przyczyną mojego niepowodzenia był fakt, iż dostałem się na listę startujących w ostatniej chwili, można powiedzieć, że przypadkiem, czy może nawet przez zrządzenie Bożej Opatrzności (naprawdę, całe te wydarzenie było szeregiem niezwykłych zbiegów okoliczności). Dlatego też już dziś postanawiam działać aktywnie, żeby przede wszystkim ludzie mnie znali. Spodziewam się reakcji wyborców na wieść, że do Rady Miasta startuje niejaki Paweł Wyrzykowski: "nie znam człowieka!". Dodatkowo, 30 odwiedzin tego bloga dziennie, to stanowczo zbyt mało, poza tym Internet nie jest opanowany przez każdego naszego mieszkańca. Na pewno kwestia rozpoznawalności jest tutaj priorytetem, aby wygrać wybory (oczywiście wygrać dla jakiegoś konkretnego celu, a nie "wygrać dla samego wygrania" i siedzieć z założonymi rączętami). Niemniej ważnym jest, żeby była to rozpoznawalność na gruncie pozytywnym i nienachalnym. Zależy mi na głosach rozważnych, przemyślanych (nawet za cenę porażki), a nie na popularności w stylu Joli Rutowicz. Wtedy ma się szansę zostać kimś, naprawdę kimś wartościowym, czasami nawet pożytecznym dla społeczeństwa. Zapowiadam, że raczej będę się starał wystartować ponownie za cztery lata, zbierać ludzi, tworzyć plany, koncepcje i pomysły - a jeśli ja nie wystartuję, moje poparcie i osób mnie popierających postaram się skierować na inną osobę wolną od "układów" (a takich jest bardzo dużo, tylko problemem jest ocena, czy są to ludzie o dobrych zamiarach). Zresztą, mam nadzieję, że nie będę startował zupełnie sam w duchu, który reprezentuję.

Nie zrzucam winy na innych. Sytuacja trochę nie sprzyjała, ale czasami mogłem być bardziej śmiały (bezczelny?) i zaangażowany we własną kampanię. Nie usprawiedliwiam się tym, że "partyjni" czy "stowarzyszeni" mieli pokaźne środki na kampanię (chociaż bardzo mi to przeszkadza i denerwuje). Zyskałem bezcenne doświadczenie, które pomogło mi dostrzec takie trudności, o których wcześniej nie zdawałem sobie nawet sprawy. Natomiast wyniki wyborów niczym kubeł lodowatej wody gaszą zapał, nadając przy tym zdrowego dystansu do własnej osoby. Dodają one też mobilizacji, gdyż mam przed oczami liczbowe dane wskazujące dokładnie, ile mi jeszcze brakuje.



***
Moja obserwacja ogólna odnośnie wyborów samorządowych w Polsce: nadal rządzą w tej materii partie parlamentarne, które otrzymują dofinansowania z budżetu państwa. Dostają nasze pieniądze na własną działalność (a jak Friedman mówił o wydawaniu cudzych pieniędzy na własne potrzeby? beztrosko i jak najwięcej [np. kolacja na koszt pracodawcy] - link do filmu podałem dwa wpisy temu). Jak mają wygrywać bezpartyjni, kiedy nawet oni sami muszą dokładać się do kampanii wyborczych PO, PiS-u, SLD i PSL-u? Oczywiście, Sejm nie zmieni tego układu, bo po prostu nie jest to im na rękę - nie chcą sami sobie likwidować "koryta". Mimo faktu, iż każdy, z kim o tym rozmawiam, sprzeciwia się temu, ludzie głosują nadal na te ugrupowania zaśmiecające nasze otoczenie - i to za nasze, a także ich, pieniądze. I partie nie zmienią tego dopóki ludzie nie zaczną się burzyć (bo jak widać, w wyborach nie potrafią tego dać do zrozumienia; posłowie z "własnej dobrej woli" też nie znieśli dofinansowań).

Wracając na nasze podwórko: niestety, nie jestem w stanie podać liczby osób, z którymi rozmawiałem, ani dokładnej liczby tych, którzy deklarowali, że na mnie zagłosują. Wydaje się, że było ich ociupinkę więcej, ale czasami rzeczywiście człowiek nie da rady zagłosować z przyczyn obiektywnych (Martiko, jeśli to czytasz, to Cię gorąco pozdrawiam - zdrowiej! - a jeśli źle odmieniłem Twoje piękne imię - wybacz!).

Nie jestem również w stanie podać liczby reklam wyborczych, których ujrzałem bez liku w dniu wyborów. Ładna mi kultura (już nie mówię "cisza"!) wyborcza. Przy niektórych komisjach było nawet 10-20 takich plakatów, często dość pokaźnych rozmiarów (np. przy SP nr 6). Przy ul. Chrobrego, kandydat, o którym wspominałem w notce "Więcej wędek, mniej igrzysk!", postawił przyczepę, na której wielka plansza przedstawiała jego buzię, tzn. plakat wyborczy. I może nie zapadłoby mi to aż tak w pamięci, gdyby nie fakt, iż przyczepa stała dokładnie przed drzwiami do komisji, może 8, może 10 metrów od nich. I ten wzrok uderzający wychodzącego wyborcę: "I co, zagłosowałeś na mnie?!"... Pokusiłem się nawet o pewien fotomontaż, ale go nie upublicznię, gdyż na bank znalazłbym się wtedy w sądzie (chociaż to tylko zestawienie dwóch portretów obok siebie).

Trzeba jednak przyznać, że CKiS potraktował sprawę dojrzale i dopilnował zachowania ciszy wyborczej zaklejając plakaty "szarym" (skąd ta nazwa?) papierem i przyklejając obwieszczenia komisji wyborczych. Przedtem to właśnie te obwieszczenia były chamsko zaklejane - ale ostatecznie to one wygrały :-)

Może kiedyś, tak samo jak na słupach, wygrają ci, którzy pokornie znają swoje miejsce, myślą, mają dobre i szczere intencje, bez zapędów złodziejsko-kolesiowskich, odporni na wodę sodową, posiadający własny rozum i własne zdanie, przemyślany program i "robiących swoje" nie na pokaz, tylko tak, jak najlepiej umieją.


===

Oczywiście, wygrał PiS. Siedlce to bastion PiS-u, za co bardzo nie lubi nas TVN. Zaskoczeniem jest tutaj bardzo niewielka różnica między PO a STS - ale to nie jest zasługa STS-u, tylko wina PO. Jakich by nie snuć teorii, Mariusz Dobijański dobił Platformę, zamiast wznieść ją na wyżyny. Jest to największy przegrany tych wyborów biorąc pod uwagę środki na jego kampanię i to, co utracił (Wojciech Kudelski będzie wolał prowadzić koalicję z kimś innym: "młodzież musi się wyszaleć"). Facet jest spalony. Chyba trochę na własne życzenie - kampania negatywna to już nie jest recepta na zwycięstwo, bynajmniej nie na Wschodzie. Tutaj ludzie aż nadto znają konsekwencje politycznej taktyki "divide et impera".

Jeśli wliczyć w statystyki tych, którzy nie głosowali, wygrałaby opcja "mam to gdzieś" - i to stanowczo.

===



***
Teraz trochę statystyk "blogowych" (będę je publikował pobieżnie, załóżmy, co trzy miesiące):

Bloga założyłem 84 dni temu, 31 sierpnia 2010r. Najpierw na onecie. Na moim blogu na onecie, przed przenosinami, odwiedziło mnie 1600 osób, skomentowało 41.

Potem, 27 września, przeniosłem się na Bloggera. Na tym blogu odwiedziło mnie 945 osób, z czego w tym miesiącu aż 539 (a jeszcze kilka dni do końca miesiąca). Komentarzy na chwilę obecną jest całe 19, włącznie w moimi.

Odwiedzający bloga są z całej Polski (normalnie jak Komorowski!), ale znalazło się też kilku z USA, Niemiec, Rosji i Wielkiej Brytanii (ale może to proxy?).

Liczba wpisów, które upubliczniłem na swoim blogu: 25

Wasze oceny moich wpisów są zazwyczaj dobre (na oko, wyciągając średnią wychodzi pomiędzy "średni" a "interesujący"). Najgorzej ocenionym (3 "beznadziejne", 1 "nudny", 4 "b. interesujący") był wpis "In vitro", czego się spodziewałem (cóż, mam swoje poglądy). Najlepiej ocenionym jak do tej pory był wpis "Muzułmanie to...?" (1 "nudny", 2 "interesujący", 9 "b. ciekawy") - trochę ostry, trochę prześmiewczy, ale najważniejsze jest to, że MIAŁ OBRAZEK :D

Dziękuję za wszystkie oceny! Dopiero się rozkręcam - mam nadzieję, że w "interesującą" stronę ;-)

Patrząc natomiast na statystykę mojego "zysku" z reklam, to chyba nie są one współmierne do utrudnień dla Czytelników. Dlatego też zastanawiam się nad odesłaniem ich w niebyt. A kto czyta mojego bloga od samego początku wie, że jak się nad czymś zastanawiam, to najczęściej to realizuję. Tylko do tej decyzji będą mi potrzebne głosy "za" lub "przeciw" samych Czytelników. Mi reklama nie przeszkadza, ale przecież nie piszę dla siebie, tylko dla Was!

A poza tym uważam, że więzienie w Siedlcach powinno być przeniesione.

19 listopada 2010

(Bez)radny.

Dzisiaj o godz. 16:22 uroczyście zakończyłem swoją kampanię wyborczą wręczeniem ostatniej ulotki przemiłej starszej pani stojącej pod więziennym murem.

Wiem, że jeszcze do północy będzie trwała dzika akcja zaklejania plakatami wszystkiego, co takowy plakat utrzyma. Słupy ogłoszeniowe pokryte są wielowartstwową masą makulatury - przybrały w obwodzie po kilka ładnych centymetrów. Do mojego domu zawitują ni stąd ni z tamtąd "starzy znajomi" rozmawiający o wszystkim i o niczym, a na końcu wręczając "tak, przy okazji" ulotkę jednego z kandydatów. Wielu z moich konkurentów ma więc spore środki finansowe, oraz armię "pomagierów" agitujących jak się tylko da i kogo się da. W tym momencie jestem świadomy, że bez takiej propagandy szanse mam mizerne. Co prawda, jakieś 150-200 osób stanowczo wyraziło dla mnie poparcie w trakcie bezpośrednich rozmów (przeciwny był tylko jeden starszy pan, "fanatyk" STS-u) i powinno mnie to cieszyć. Jednak skąd mogę mieć pewność, że pójdą oni do wyborów? Skąd mogę mieć pewność, że po kilku dniach będą o mnie pamiętać, jeśli nie będę im przypominał o sobie wszelkiego rodzaju reklamami? I w końcu - skąd mogę być spokojny, że zrobią rzeczywiście tak, jak powiedzieli? Głosowanie jest tajne i mogę mówić jedno, a głosować na kogoś innego.

Czuję się trochę taki (bez)radny - w poniedziałek policzę, ile procent głosujących wybrało mnie, i wtedy zobaczę, co czynić dalej. Jeden sukces odniosłem na pewno już teraz - ludzie przychylnie patrzyli na ideę startowania jako kandydat niezależny, bez partii, stowarzyszenia czy ugrupowania, a z komitetu utworzonego oddolnie przez samych obywateli, którzy zawzięli się i mam nadzieję, że dopną swego.


***
Właśnie przed chwilą na TV Polonia zakończył się powtórkowy odcinek "Boso przez świat" dotyczący... więzienia. Cóż za piękny zbieg okoliczności. Muszę tutaj napisać, że w pełni zgadzam się z Wojciechem Cejrowskim odnośnie sytuacji więzień w Polsce - a raczej warunków, na jakich urzędują tam osadzeni. Zarówno on, jak i ja, twierdzimy, że osadzony powinien sam zarabiać na swoje utrzymanie w więzieniu, zamiast żyć z podatków społeczeństwa, któremu i tak już zaszkodził przez jakieś przestępstwo. Moja koncepcja jest taka: "nie rabotajesz, nie kuszajesz", czyli "jeśli nie pracujesz, to nie jesz". Praca uszlachetnia, kształci i chroni przed ześwirowaniem z nudów. Oczywiście, byłaby ona dobrowolna - ale wtedy cela o obniżonym standardzie, chleb i woda. Darmozjada nikt trzymać nie będzie - oprócz Polski... Utarło się powiedzenie, że "jeśli chcesz jako-tako żyć, a nic nie robić, dostań się do więzienia".

Wojciech Cejrowski przywołuje tutaj przykład Meksyku, gdzie jedzenie kupuje się samemu za pieniądze zarobione np. w pracy w więzieniu (np. w USA w więzieniach wykonuje się tablice rejestracyjne - trzeba je chronić, a w więzieniu i tak i tak jest ochrona): "nie kupisz sobie, rodzina Ci nie przyniesie - to nie jesz". A jak jest u nas? Wyżywienie więzienia realizowane jest za pieniądze z naszych podatków (które rządzący chamsko podwyższają), a sama strawa pozostawia często wiele do życzenia (podobnie jak w szpitalach)*. Gdyby wprowadzono system znany z większości państw na świecie, to nie tylko podatnicy nie musieliby fundować więźniom jedzenia, ale i sami więźniowie mogliby zjeść lepiej i to, co chcą, a nie to, "co dzisiaj rzucą w dołek". Każdy by na tym skorzystał - oprócz nierobów.

* - cytat z bloga przestępcy z więzienia, w którym gościł W. Cejrowski (KLIK):

Dania więziennego menu przewijają się z regularną monotonią: serek – miód – mortadela – jaja na twardo – kiełbasa – nie-wiadomo-co – serek. Mielony – bigos – fasolka – pieczeń rzymska – ryba – soja – nie-wiadomo-co – mielony. Z nudów nie zaglądam nawet do gara z zupą, bo to przeważnie woda z domieszką barwnika, emulgatorów i odpadów warzywnych – przeważnie kapusty, nawet jeśli jest to barszcz czerwony. Choć jednak pewnie jednak na emulgatory zabrakłoby im albo wyrafinowania, albo funduszy. Zresztą czort jechał zupy; i tak ich nie jadam.

Czyli zupkę i kompocik regularnie się wylewa. I to wszystko za naszą kasę.
Na koniec mały bonus - oto link do odcinka "Boso przez świat", o którym pisałem wyżej. Niestety, to zaledwie fragment, ale i tak polecam, gdyż film jest interesujący i ciekawie zrealizowany:

http://patrz.pl/filmy/grypsera-w-wiezieniu


A poza tym uważam, że więzienie w Siedlcach powinno być przeniesione.

15 listopada 2010

Więcej wędek, mniej igrzysk!

Kiedy byłem jeszcze uczniem Szkoły Muzycznej II stopnia (długa historia... przerwałem to po 4 latach, bo moja doba ma tylko 24 godziny, nerwy też mają swoje granice, a papier ukończenia SM I stopnia i dotychczasowe umiejętności na chwilę obecną mnie satysfakcjonują) miałem taki przedmiot: literatura muzyczna. Nauczycielem tego przedmiotu był u mnie niejaki Mariusz Orzełowski. Nie ukrywam, że uwielbiałem te zajęcia, szczególnie za luźne dyskusje i niekonwencjonalne metody nauki. Również te standardowe czynności jak słuchanie muzyki (czasem w zupełnych ciemnościach) bardzo mnie "wciągały" i wprawiały w niesamowity nastrój. Jednym słowem: klimacik.

Jednak najbardziej interesowały mnie "opowieści zza kulis władzy". Naprawdę nie rozumiem, skąd u polityków taka satysfakcja kiedy mówią, ba - chwalą się! - kosztami różnych rzeczy. Rzeczy często wątpliwej potrzeby. Czy oni chcą wywrzeć wrażenie, że to oni z własnej kieszeni fundują nam te bonusy? Czy oni nie zdają sobie sprawy z tego, że jesteśmy świadomi, iż to są nasze pieniądze? Mam nadzieję, że niewiele osób daje się na to nabrać nie zauważając, że fundusze miejskie, państwowe etc. w olbrzymiej części pochodzą z naszych podatków, a reszta dochodu (np. eksport państwowy) jest od naszych pieniędzy (zabieranych nam w postaci podatków) zależna. Bardzo chcę, aby coraz więcej ludzi wiedziało, że najlepiej dysponujemy swoją własnością we własnym interesie, a najgorzej - cudzą, w interesie cudzym.


Polecam film, w którym śp.Milton Friedman, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, prezentuje cztery sposoby wydawania pieniędzy - KLIK i wciśnij "CC" w prawym dolnym rogu filmu, jeśli chcesz polskie napisy. Naprawdę, bardzo polecam.


Wracając: dlaczego tak mocno spieniłem ten fragment mojego wpisu? Otóż, w pewnym momencie rozmów o "kulisach władzy", Przemek, mój kolega z tamtej klasy, zadał pytanie: "A ile to kosztuje, żeby zrobić takie fajne fajerwerki jak ostatnio?". Nasz nauczyciel (nazwiska nie powtarzam, co by mu zbytnio nie podpaść, ale i żeby nie robić jakiejś antyreklamy czy też jeszcze bardziej go promować - ja tutaj omawiam problem, a nie człowieka) wsparł się dumnie na krześle (brakuje mi określenia na tę dostojność) i odparł "wysmakowanym", przeciąganym głosem: "No, takie mizerne, najtańsze, to co najmniej 30.000 złotych!". Trochę mnie zmroziło. Nie tylko mnie, gdyż temat ciągnął się pomiędzy uczniami jeszcze w szatni.

Już co nieco rozumieliśmy i mieliśmy jako taką świadomość, że jest to z naszych pieniędzy. A fajerwerki w naszym mieście zdarzały się wtedy dosyć często - Nowy Rok, koncerty (np. po Skaldach) etc. etc. I nie były to "mizerne" fajerwerki, oj nie...

A gdyby tak zrezygnować z kosztownych, wybujałych pokazów, naciąganych koncertów (oczywiście wiele z nich było OK, imprezy cykliczne są sympatyczne) - albo chociaż trochę na nich zaoszczędzić - to o ile wygodniejsze moglibyśmy mieć życie w mieście z racji lepszych dróg, o ile byśmy byli spokojniejsi o następne pokolenia redukując zadłużenie miasta (aktualnie 33-34% budżetu?)?! Rezygnując z taniej rozrywki i darmowego piwka na koszt podatnika, o ile byśmy byli bogatsi? Będąc bogatsi, o ile więcej moglibyśmy wdrożyć inwestycji w szybszą realizację? O ile mniejsze musielibyśmy wnosić opłaty, czynsze, podatki? I w końcu: o ile więcej mogłoby powstać miejsc pracy?

Oczywiście, wszystkiego naraz zrobić się nie da, bo i takie oszczędności nie byłyby zbyt wielkie. Ale gdyby chociaż jeden z tych aspektów byłby spełniony, to ja bym się z chęcią zrzekł imprez z całej kadencji i postawił na oddolne inicjatywy społeczne zarówno w sferze gospodarczej, jak i w sferze rozrywki. Siedlce na brak kultury i rozrywki narzekać nie mogą - jednak bolączką jest tutaj brak miejsc pracy. Cóż, w czyjejś pracy polityk nie wypromuje się tak jak na masowej imprezie...

Tak jak mówił Milton Friedman, z najlepszym sposobem wydawania pieniędzy mamy do czynienia wtedy, kiedy wydajemy własne pieniądze na własne potrzeby. Miło by było, gdyby politycy wydając czyjeś pieniądze na czyjeś potrzeby, nie czynili tego beztrosko i tak, by samemu wyjść na dobroczyńcę, tylko by traktowali je tak, jakby były to ich własne środki, a nasz interes - ich interesem. Wtedy naprawdę moglibyśmy mówić o rozwoju i inwestowaniem w przyszłość. Życie na kredyt skazuje nas na konieczność spłat odsetek od tegoż kredytu. Za równowartość takich odsetek można w przyszłości zrobić o wiele więcej, niż ma się obecnie (wyjątkiem jest kredyt na inwestycję, która szybko się zwraca - z nawiązką). Chyba jeszcze nikt nie wyliczył, ile dobrych rzeczy moglibyśmy wdrożyć za równowartość odsetek, które niepotrzebnie płacimy. Ja tego nie zrobię, bo bym się chyba zapłakał.

Bardzo bym chciał, aby ludzie z Siedlec (często studenci, ale i starsze osoby mające rodziny na utrzymaniu) nie byli zmuszeni do wyjeżdżania do pracy aż pod Piaseczno, męcząc się 5 godzin w obie strony w autokarze i harując 8 godzin w nocy (na 3-cią zmianę) za marne 60 zł za "nockę" (minus 3 złote za przelew, koszt dojazdu autokarem "na szczęście" już potrącony na wstępie). Nie chciałbym, aby młodzi ludzie przeżywali to, co opisałem we wcześniejszym wpisie - KLIK. Niektórzy przed wyjazdem śmiali się z tego, co tam napisałem. Co gorsza, po pierwszej nocy śmiali się jeszcze bardziej. Jednak kiedy, już jako doświadczeni, trafili na "starą halę", rezygnowali z dalszej zabawy i z pełną powagą zwracali mi honor... Jeśli to teraz czytają, mogliby potwierdzić w komentarzu... ;-)

Nie chciałbym również, aby ludzie z tytułem magistra siedleckiej uczelni składali meble (jak syn jednej z moich rozmówczyń podczas kampanii bezpośredniej), nie dlatego, że to się bardziej opłaca, tylko dlatego, że nie mają innej możliwości.

***
W niedzielę po Mszy Św. w kościele garnizonowym otrzymałem od Pana Kacprzaka płytę zatytułowaną "The Kudelsi". Poziomu nie oceniam, bo domyślam się, że to są "jaja" i ukazanie luzu. Tym bardziej, że autorem pomysłu był pan wspomniany w pierwszym akapicie mojej notki. Pomysł niezły, wykonanie specjalnie garażowe, podejście luźne. Na portalu spin.pl przeczytałem wypowiedź jednego z autorów, iż płyta miała nazywać się "The Kudelsi: tylko po 23:00". Pomysł nie przeszedł. Szkoda - dystansu do siebie nigdy za wiele!


***
W poprzednim wpisie wymieniłem Pana Leszka Szymańskiego dlatego, że jeszcze wtedy nie reklamował się w sposób, jaki prezentuje to większość kandydatów. Trochę się "przejechałem", gdyż następnego dnia wisiały już jego plakaty, a ja sam dostałem różne ulotki z jego ugrupowania. Jednak muszę przyznać, że program mają sensowny, a dodatkowo urzekli mnie tym, iż mają poparcie prof. Bogusława Wolniewicza, którego lubię i cenię. Ciekawe jak zapatrują się na koncepcję przeniesienia siedleckiego więzienia...

...ponieważ ja sam uważam, iż więzienie w Siedlcach powinno być przeniesione.

12 listopada 2010

Rywalizacja samorządowa ze sztuką i religią w tle...

Do czytelników ogólnopolskich: jak tylko skończą się wybory samorządowe, powrócę do "normalnego" pisania.


Jako jeden z kandydatów na radnych sam uczestniczę w samorządowej rywalizacji wyborczej, mogę więc opisać ten proces niejako od podszewki. Jedni wydają fortunę na plakaty i różne reklamy (np. jeden bilboard na placu Sikorskiego kosztuje 25 000 złotych). Inni siedzą cicho, bo na listę kandydatów wpisali się jako "zające" mające zyskać trochę głosów dla listy (najczęściej są to osoby pełniące jakieś oficjalne stanowiska, albo znane np. z telewizji). Jeszcze inni (najmniej liczni) na własną rękę, ze skromnych środków, próbują pozyskać kilka głosów stosując kampanię bezpośrednią. Do tych ostatnich należę m.in. ja. Kampania bezpośrednia, czyli po prostu rozmowa z wyborcami twarzą w twarz, jest najbardziej czasochłonna i najmniej służy zdrowiu, oraz nerwom. Są również pozytywne strony - poznajemy w ten sposób problemy i propozycje mieszkańców, a oni mają okazję poznać kandydata osobiście. Obok chwil przyjemnych (stanowcze głosy poparcia) zdarzają się również te przykre (widok zrywanej ulotki, którą minutę wcześniej zawiesiłem w klatce schodowej na tablicy ogłoszeń). Prowizoryczne, czarno-białe ulotki, drukowane i wycinane nocami w domowym zaciszu rozchodzą się jak ciepłe bułeczki i są czytane z zainteresowaniem. Kandydat niezależny, w dodatku tak młody, który napisał na ulotce kilkanaście zdań, należy dziś niestety do rzadkości. Niestety dla polityki, a dla mnie - na szczęście.

Chociaż czasami czuję to coś, co zwykło się w socjologii nazywać "dyskryminacją ze względu na wiek", to jestem świadomy wad wynikających ze zbyt małej liczby przeżytych wiosen. Ludzie często uważają, że człowiek bezpartyjny, ale bez doświadczenia w "wielkiej polityce" szybko da się zwerbować do jakiegoś ugrupowania (szczególnie takiego, które ma wsparcie z budżetu państwa i może sobie pozwolić na olbrzymie kolorowe reklamy). I mają rację - w większości przypadków tak jest, wystarczy spojrzeć na siedleckie listy partyjne, aby poznać kandydatów 19- i 20-letnich. Trzeba jednak zauważyć, że ich rodziny mają spore powiązania albo z kandydatami pierwszej linii, albo z działaczami partyjnymi. Natomiast ja nie mam żadnych powiązań politycznych ani ekonomicznych - i pewnie dlatego przegram.

Dobrze, że po wyborach można sprawdzić, kto ile zyskał głosów. Dla mnie każdy taki głos będzie miał olbrzymie znaczenie, gdyż wiem, że nie będzie oddany na partię, a na jedną, konkretną osobę.


***
A teraz przejdźmy do analizy szerszej, czyli wyborów na Prezydenta Miasta Siedlce. Jak widać od dłuższego czasu, mamy wojnę. Plakat na plakacie, kłótnie w Internecie, materiały propagandowe... Jakkolwiek żaden z głównych kandydatów do mnie nie przemawia (z wyjątkiem Marka Grabowca - ale to usprawiedliwione, bo jako szef listy wyborczej, która mnie gości, przegadał ze mną wiele godzin i poznałem tego człowieka na tyle, aby oddać na niego głos - ale cóż z tego, skoro nie ma funduszy na promocję), ale jako zaangażowany obserwator mogę trochę "pogdybać". Większość z nich ma naprawdę skromne środki na promocję, gdyż nie liczą na wygraną z racji sondażowych. I tak o panu Leszku Szymańskim przeciętny wyborca wie tylko tyle, co z wywiadu w Tygodniku Siedleckim. Wynika z niego, że facet jest wolnorynkowy, ale tylko w zakresie własnego regionu, czyli można stwierdzić, że jest "liberalnym merkantylistą" (co jest dobre dla lokalnych przedsiębiorców, ale nieco kłopotliwe dla miasta w przypadku wielkich inwestycji). O panu Marku Grabowcu wiem zdecydowanie więcej, bo w końcu współpracujemy przy wyborach - chce on przeniesienia więzienia z centrum Siedlec poza jego granice, przy zachowaniu miejsc pracy i rynku zbytu. Poza tym z rozmów mogę wywnioskować, że jest zwolennikiem wolnego rynku (co mnie cieszy) i nie znosi "partyjniactwa" - czyli dobrze się dobraliśmy.

Obaj nie zyskali na telewizyjnych debatach w siedleckiej telewizji. Pan Szymański udał się na pierwszą jej odsłonę - i bezczynnie przesiedział całe spotkanie, gdyż nikt nie zadał mu ani jednego pytania - nie dość, że się natrudził, to jeszcze na tym stracił. Pan Grabowiec natomiast wcale tam się nie udał, gdyż wiedział, że jeśli się nie umówi (jak kandydatki STS i PSL między sobą), albo jeśli nie zapłaci, to pytania żadnego nie otrzyma. Któż bez wsparcia finansowego poszedłby na takie komercyjne spotkanie, gdzie widzowie decydują kogo zobaczymy w następnej odsłonie za pomocą sms-ów? Ja na pewno nie - to nie jest "Taniec z Gwiazdami"...

Reszta kandydatów promuje się za grube pieniądze albo z budżetu państwa (tutaj zaznaczam partie parlamentarne), albo ze wsparcia spoza ugrupowania. Jedynym komitetem niezrzeszonym jest KWW "Likwidacja więzienia w Siedlcach" - czyli moja lista ;-) Tutaj promujemy się z własnych środków - trochę plakatów, ulotek i mnóstwo poświęconego czasu i efekt w sondażach TS jest - prześcignęliśmy SLD i PSL, zaczynamy powoli konkurować z PO... Komitet niezrzeszony to w Siedlcach wydarzenie bez precedensu, poza tym oferuje on jedno konkretne rozwiązanie. To oczywiste, że popieramy rozwój, zgodę, nowe chodniki itp. Każdy to popiera. My jednak za punkt honoru stawiamy tutaj działania na rzecz utworzenia z Siedlcach centrum z prawdziwego zdarzenia. Na dodatek ludzie mają powoli dosyć zasypywania wszystkiego reklamówkami wyborczymi, które nie noszą w sobie żadnych konkretów. Może właśnie z tych dwóch powodów spodziewamy się licznej reprezentacji w Radzie Miasta.

Zacząłem rozpisywać się o własnym komitecie, ale wróćmy do rywalizacji między kandydatami na prezydenta. Głównymi konkurentami są w Siedlcach kandydaci PiS i PO: Wojciech Kudelski i Mariusz Dobijański. To zapewne przez nich odbędzie się II tura, ale jeśli te starcie nie zmieni stanowczo swojego kierunku, prawdopodobnie sytuacja na tym urzędzie nie ulegnie zmianie. Kandydat PO wydał fortunę na kampanię negatywną - czyli atakującą głównego kontrkandydata. Wyborcy mają zagłosować dla niego dlatego, że urzędujący prezydent jest zły i trzeba to zmienić. Czegoś tutaj jednak brakuje. Mianowicie, brakuje choćby kilku zdań, dlaczego warto by było zagłosować na Dobijańskiego, a nie dlaczego nie byłoby warto zagłosować na Kudelskiego. Co prawda, kandydat PO ma w swoim haśle wyborczym ma dosyć sporo racji - Siedlce są miastem pełnym absurdów. Są również pełne hipokryzji, gdyż absurdalnym jest takie zachowanie kogoś, kto jeszcze w marcu 2010r. był najgorętszym zwolennikiem urzędującego prezydenta spoza rządzącej w Siedlcach partii. Kandydat PiSu perfekcyjnie wykorzystał przytaczając jego pochlebną wypowiedź w swoim materiale reklamowym i ludzie mają teraz Dobijańskiego za karierowicza, który odwrócił się właśnie od swojego koalicjanta. Wyszło na to, że on sam wraz z całą świtą atakują Kudelskiego (działacz PO, Jacek Kozaczyński, krytykuje nawet nowojorski program "zero tolerancji", który jest powszechnie akceptowany i został wykorzystany przez prezydenta jako koło ratunkowe po wpadce z dyskotekami), natomiast kandydat PiSu mimo wszystko wyciąga do niego rękę na zgodę, "w imię rozwoju i dobra ogółu". Mimo to, gazetka PO nadal publikuje treści agresywne (cóż, takie są prawa kampanii negatywnej) i przez brak elastyczności Dobijański ciągle traci poparcie. Zabawny w tej gazetce jest fakt umieszczania treści z bloga Mariusza Dobijańskiego w ramach jego tamtejszych "artykułów".


***
Do całego zamieszania włącza się nasz biskup. Na przykład, kiedy miałem uroczystą inaugurację roku akademickiego w Instytucie Teologicznym, odbyła się Msza Św. z udziałem biskupa właśnie. Nie mogło również zabraknąć gościa honorowego, czyli prezydenta. Biskup postanowił utworzyć wspólnotę zmniejszając dystans między nim, a słuchającymi (których było mniej niż 50 - IT jest dość małą uczelnią). Z tej okazji nie omieszkał uczynić drobnego, przyjacielskiego upomnienia prezydentowi, że nie uczęszcza na neokatechumenat. Kiedy wychodziliśmy już z kościoła, miałem okazję spotkać się w przejściu z Wojciechem Kudelskim i zamienić parę słów. Życzyłem mu powodzenia w nadchodzących wyborach. Podziękował i już by poszedł dalej, gdyby nie to, że poinformowałem go, że życzę mu tego jako konkurent. Ożywił się i dopytał, z jakiej listy. Na moją odpowiedź, że jestem z "Likwidacji więzienia w Siedlcach" ożywił się jeszcze bardziej i niemal wykrzyknął "to przecież mój pomysł!". Zdumiałem się trochę, ale nie tracąc trzeźwości umysłu z niekrytą radością rzuciłem szybko "no, to dobrze - czyli widzę, że będzie nas pan popierał!". "Naturalnie!" - usłyszałem w odpowiedzi. Tak się dzisiaj załatwia poparcie! :-)

Wracając do biskupa, to jest on postacią, która dostarcza wiele uśmiechu, szczególnie przy okazji uroczystości. Jedną z takich wielkich uroczystości było postawienie przy ul. Chrobrego pomnika... rurze ściekowej (nota bene dofinansowanej przez Unię Europejską). Kamień poświęcony, politycy mają zdjęcia, ale ludzi jakoś nie było...

Co innego przy Święcie Niepodległości, gdzie prezydent miał problem z odsłonięciem olbrzymiego Pomnika Wolności. Na pomoc pospieszył biskup - chwycił linę za pomnikiem i z łatwością ściągnął białą płachtę. Jest to dla nas, siedlczan, wielki symbol - ukazuje on, kto tak naprawdę "pociąga za sznurki" w naszym mieście.

Oprócz takich dużych imprez, odbywały się i te mniejsze. Każdy słyszał o koncercie "Verdi - Requiem", gdzie jak zwykle promował się dyrygent CHMS Mariusz Orzełowski, oczywiście przy udziale biskupa i prezydenta. Był on również obecny przy poświęceniu "Krzyża Smoleńskiego" na cmentarzu centralnym, gdzie wygłosił, jak sam określił, "jedno zdanie" (trwające 8 minut) i składał kwiaty (dopóki nie zrobiono mu dwóch zdjęć). Nadmienię, że usprawiedliwił nieobecnego prezydenta jego uczestnictwem w uroczystościach jubileuszowych (które organizował biskup). Nie wspomniał jednak o tym, że startuje do Rady Miasta Siedlce, z tej samej listy co człowiek, który w gimnazjum zbił mi okulary i wykręcił się od ich odkupienia.


A poza tym uważam, że więzienie w Siedlcach powinno być przeniesione.

9 listopada 2010

Problem siedleckich dyskotek

Siedlce to miasto ludzi młodych. Ponad 10.000 spośród ok. 80 tys. jego mieszkańców to studenci. Z powodu takiego natężenia młodzieży, problemy wywoływane przez nią są wyraźne i trudne do przeoczenia – szczególnie w pobliżu dyskotek przy ul. Sienkiewicza, niemal w samym centrum miasta. Mieszkańcy tego rejonu skarżyli się na hałasy, przestępstwa, akty wandalizmu, oraz zanieczyszczanie okolicznych budynków wszelkiego rodzaju odpadami organicznymi...

Jak dowiadujemy się z lokalnych mediów, skargi te docierały bezpośrednio do Prezydenta Miasta Siedlce Wojciecha Kudelskiego. Okres wyborczy zbliża się wielkimi krokami, toteż jeszcze podczas wakacji prezydent Siedlec zainicjował zakaz działania dyskotek po 23:00. Pomysł dość absurdalny, z czym przyznam rację jego głównemu konkurentowi. Podobnie pomyśleli radni miasta i zmusili prezydenta do brnięcia dalej w tę sprawę, mimo, iż ten chciał nagle wycofać ją z procesu ustawodawczego. Doskonale wiedzieli, że jest to strzał w stopę urzędującego prezydenta, tym bardziej, że na sesję Rady Miasta Siedlce przybyło wtedy wielu ludzi, a także przedstawiciele mediów. Ten jednak zaznaczył, iż cieszy się z nagłośnienia sprawy, tłumacząc swoją inicjatywę chęcią zwiększenia bezpieczeństwa na siedleckich ulicach. Swoją drogą, ze ściśle politycznego punktu widzenia, prezydent postąpił słusznie, choć niezbyt uprzejmie. Umocnił własny elektorat, podczas gdy przyjezdni studenci nie mogą głosować w Siedlcach i działanie na ich niekorzyść nie odbije się niekorzystnie na wyniku wyborów. Prezydent przedłożył swoją propozycję w okresie wakacyjnym, kiedy to większość studentów jest w swoich domach poza miastem lub wypoczywa gdzieś daleko i nie interesują się lokalnym życiem Siedlec. Chciał więc zyskać głosy nic nie tracąc – w imię bezpieczeństwa. Jednak oponenci wykazali czujność, oraz zaangażowanie (np. Maciej Drabio zebrał ok. 700 podpisów pod sprzeciwem zamykania dyskotek o godz. 23) i wytworzył się dyskurs, który, mam nadzieję, doprowadzi do optymalnych i rozsądnych rozwiązań. Na lokalnych forach internetowych wywiązała się burzliwa dyskusja co do sposobu rozwiązania tegoż problemu, ale nikt nie ma wątpliwości, że priorytetem jest tutaj walka polityczna. W gazetach pojawiają się różne propozycje poradzenia sobie z chuliganami. Pewne jest już to, że dyskoteki nie będą zamykane. Gdyby tak się stało, miasto straciłoby dosyć sporo pieniędzy, nie tylko z racji zamykania, ale również z powodu zubożenia lokalnych przedsiębiorców. Zamiast w przedsiębiorców, politycy chcą uderzyć w chuliganów. Czy jednak trzeba w nich uderzać, aby załagodzić problem?

Inspirując się książką Roberta Cialdiniego pt. „Wywieranie wpływu na ludzi” chciałbym zaproponować kilka rozwiązań mających za pomoc naturalne procesy psychologiczne zachodzące w każdym z nas. Jednym z nich jest konformizm powodowany tzw. „społecznym dowodem słuszności”. Oznacza to, że oceniając to, co jest słuszne, kierujemy się działaniem otoczenia – innych ludzi. Wtedy jeżeli kilka osób niszczy czyjeś mienie, zachowuje się głośno i agresywnie, nikt nie reaguje, ponieważ widzi, że inni również nie reagują, czasem tylko mrucząc coś pod nosem. Nie chcą się „wygłupić”, ani ryzykować zdrowiem. Następuje również znane w psychologii „rozproszenie odpowiedzialności” obserwowalne np. w przypadku gapiów zgromadzonych w miejscu wypadku. Niestety, dotyczy to również funkcjonariuszy Straży Miejskiej. Siedlecka społeczność internetowa skarży się na sytuacje, gdzie ulicą Sienkiewicza przechodzi patrol podczas, gdy z jednej z bram dochodzą dźwięki walki i wołania o pomoc. Strażnicy spuszczają wtedy głowy w dół i dalej podążają główną ulicą. Co prawda, nikt rozsądny nie wchodziłby w takiej sytuacji do bramy niczym Rambo – ale od czego są krótkofalówki? Wezwana pomoc może nadejść nadzwyczaj szybko.

W tej sytuacji prezydent miasta proponuje rozwiązanie znane z Nowego Jorku – „zero tolerancji”. Nowojorskie metro było swego czasu najniebezpieczniejszym miejscem na Ziemi. Zaczęto więc karać za każde, nawet najmniejsze przewinienie w imię zasady wyznawanej jeszcze przez starożytnych Greków: nie jest ważne, żeby kara była wysoka – ważne, aby była nieuchronna. Program zaostrzono do tego stopnia, że żaden pociąg nie wyjechał na trasę dopóki nie zostało usunięte z niego ostatnie grafitti.
W efekcie poziom przestępczości spadł drastycznie. Również w Siedlcach najprawdopodobniej pojawią się częstsze i bardziej zaangażowane patrole realizujące program nowojorski. Czasami sama świadomość, że natężenie takowych wzrosło, powoduje hamowanie agresywnych zachowań. Dodatkowo, może tutaj pomóc system monitoringu, choć niewątpliwie kosztowny, to na pewno znacząco poprawiłby sytuację – fakt, że jesteśmy obserwowani przez innych wzbudza w nas stan, w którym pilnujemy się na każdym kroku, aby przypadkiem nie zrobić czegoś społecznie nieakceptowanego.

Ale czy to wystarczy? Koszty takiej operacji mogą okazać się dość duże, a strażnicy znowu mogą zawieść. Trzeba więc wpłynąć na samych ludzi – zachowania agresywne muszą w końcu przestać być społecznie tolerowane. Dodatkowo, należy zmienić również samych agresorów. Jak? Tutaj również pomoże nam psychologia społeczna.

W Japonii przeprowadzono szereg doświadczeń psychologicznych lokując ludzi w czerwonym i niebieskim pomieszczeniu, a następnie obserwowano ich zachowanie. Wyszło na to, że ci, którzy byli
w pomieszczeniu o ścianach czerwonych, wytrzymali w nim o wiele krócej, niż koledzy z pomieszczenia niebieskiego. Ponadto, czuli niepokój i napięcie, budziła się w nich agresja. Ludziom z niebieskiego pomieszczenia nie spieszyło się, by z niego wychodzić, byli bardzo zrelaksowani. To leży w naszych genach – w końcu czerwień to kolor krwi. Niebieski zaś oznacza zmierzch i zbliżający się sen. Wyniki tych doświadczeń poskutkowały zainstalowaniem niebieskich latarni na japońskich ulicach. Efekt: gwałtowny, „magiczny” wręcz spadek przestępczości i wszelkich zachowań agresywnych. Dobrze by było, gdyby ulica Sienkiewicza i jej bramy rozbłysły niebieskim blaskiem. Lepiej zapobiegać, niż leczyć, tym bardziej, że podobne rozwiązanie bazujące na oświetleniu w kolorze niebieskim.

Badania Cialdiniego wykazały, że w miesiącu, w którym jakaś sławna osoba popełniła samobójstwo, ogólna liczba samobójstw wzrastała wielokrotnie, by powrócić do pierwotnego poziomu dopiero po upływie kilku miesięcy. Gdyby jakieś młodzieżowe autorytety zaczęły propagować zdrowy społecznie sposób bycia, efekty na pewno byłyby odczuwalne. Zgodnie z tzw. „efektem trzech” przydałyby się co najmniej trzy takie sławne postacie, gdyż dane działanie uważamy za słuszne i wiarygodne o wiele częściej, kiedy trzy osoby robią to samo. Myślimy, że jest to słuszne właśnie zgodnie ze „społecznym dowodem słuszności”. Dodatkowo, równolegle trzeba pobudzać społeczeństwo do pozytywnych zmian, pomagać ludziom, szczególnie młodym, radzić sobie z problemem alkoholowym,
a także spowodować, że „społeczny dowód słuszności” przestanie być po stronie znieczulicy, egoizmu
i zobojętnienia. Tak więc: nie skupiać się na karaniu, a zachęcać do pozytywnej postawy na co dzień.

Uważam, że powyższe rozwiązania zredukują problem wandalizmu i chuligaństwa nie tylko jeśli chodzi o okolice naszych dyskotek, ale również w całym naszym mieście, oraz staną się inspiracją dla innych polskich miast mających podobne problemy. Być może takie podejście do człowieka przeniesie się na inne dziedziny życia i nasi politycy zaczną szukać rozwiązań nie w zakazach, a w stymulacji dobrej strony naszej natury. Dość niskim kosztem zapobiegniemy stratom o wiele większym – zarówno tym materialnym, jak i moralnym. Ciągle panuje przekonanie, że ulicami Pułaskiego, Sienkiewicza i 3-go Maja lepiej nie iść w samotności po zmroku. Wiele osób byłoby szczęśliwych, gdyby nie musiało już czuć strachu, szczególnie jesienią i zimą, kiedy po zmierzchu muszą wrócić ze szkoły, kościoła, dyskoteki, czy nawet dentysty. Przecież nikt nie chciałby mieć wybitych zębów zaraz po bolesnym ich leczeniu…


A poza tym uważam, że więzienie w Siedlcach powinno być przeniesione.