29 grudnia 2011

Leszek Szymowski - Przestroga

Wpis ten jest przeznaczony dla wszelkiej maści kół studenckich, koordynatorów i ludzi, którzy zajmują się organizowaniem spotkań z dziennikarzami czy też innymi znanymi osobami.

2 grudnia w piątek odbyło się spotkanie z Leszkiem Szymowskim. Siedlecki pub "Pracownia Rannych Pantofli" zgromadził około 60 młodych osób. Tematem spotkania była "Anatomia marnotrawstwa" - nazwa wydarzenia nawiązywała do książki jakże zacnego gościa, który napisał również dzieło pt. "Zamach w Smoleńsku", o którym wypowiedział się nawet sam Antoni Macierewicz.

Nie mogliśmy doczekać się przyjazdu naszego gościa. W końcu włożyliśmy w organizację spotkania sporo pracy: podrukowaliśmy i rozkleiliśmy plakaty, zapraszaliśmy ludzi, ustalaliśmy wszystko zarówno z gościem jak i z kierownikiem pubu. W końcu nadszedł ten dzień i po telefonicznym pokierowaniu po siedleckiej metropolii trafił do nas w końcu upragniony gość. Spotkaliśmy się przed pubem. Nie poznałem go - znacznie przybrał na wadze w porównaniu z tym, co było widać na plakacie. Swoją drogą, projekt plakatu, który otrzymałem mailem, był bardzo innowacyjny - zawierał nowoczesną ortografię, uwzględniał także dwie strefy czasowe: KLIK. Na szczęście użyłem swoich zdolności w programie o wdzięcznej nazwie Paint i ujednoliciłem godzinę przy okazji powracając do archaicznej, staroświeckiej ortografii.

Szymowski spytał, ile osób jest w środku. Do mych uszu ledwie przebiło się pytanie, czy warto brać książki. Zasugerowałem, że książki lepiej by było wyłożyć pod koniec spotkania. Jednocześnie zadał mi dość znaczące pytanie: "a jacy ludzie przyszli - młodzi czy starsi?". Bez namysłu odpowiedziałem, że praktycznie sama młodzież, głównie studenci. Dopiero później zacząłem analizować tę osobliwą konwersację - ale o tym potem. Nie było czasu.

Weszliśmy do środka. Jeden chłopak od razu poprosił szanownego gościa o dedykację w książce, którą już jakiś czas temu zakupiła jego mama - chodzi właśnie o "Zamach w Smoleńsku".

Wszystko stało przygotowane. Właściciel lokalu dopytywał się, kiedy wyłączyć muzykę z tła i włączyć nagłośnienie przez mikrofon. Byliśmy niecierpliwi, było już 5 minut po godzinie 19. Szymowski poprosił jeszcze o gorącą herbatę i stwierdził, że rozpocznie spotkanie po jej skonsumowaniu. Udałem się więc pod podest, by tam w gotowości oczekiwać na rozpoczęcie spotkania i przedstawienie gościa. Czekałem tam 10 minut - gościa nie było, herbata stygła... Wyszedłem na zewnątrz - samochód gościa wyparował.

Zaczęliśmy wydzwaniać, a to do Szymowskiego, a to do p. Kornasia, który koordynował i chyba nadal koordynuje wizyty Szymowskiego w kolejnych miastach. Kontakt był tylko z p. Kornasiem, który wyraził zaszokowanie sytuacją - podobno takie coś zdarzyło się po raz pierwszy. I co teraz? W napięciu czekaliśmy niemal godzinę. Podszedł do mnie pan, który przyjechał na te spotkanie aż z Łosic. Pamiętam go, był też na JKM-ie, pomagał nam zebrać podpisy... Tym razem był jednak zdenerwowany. Wsiadł do samochodu i odjechał pospiesznie. Cóż, trzeba ogłosić, że gość się nie pojawi!

I w ten oto sposób Leszek Szymowski nas skompromitował. Jednak nie tylko nas - przede wszystkim skompromitował siebie i tezy, które wysuwa w swoich książkach. Teraz jest już oczywiste, dlaczego zaczął pisać o Smoleńsku, dlaczego w tym udawanym duchu wolnorynkowym krytykował rząd - chciał sobie nabić kabzę - i tyle!

Zwracam się więc z apelem do wszelkich ludzi, którzy cokolwiek organizują - takich ludzi trzeba powstrzymywać w zarodku, zanim się napasą, a potem narobią wielu szkód. Szkoda bowiem później tracić czasu, nerwów i potencjalnych zwolenników, których mogłoby przybyć po takim spotkaniu. Jak ktoś jest ideowcem, to świetnie. Ale co z tego, że mamy 20 ideowców, jak jeden karierowicz zniweczy ich pracę? Trzeba takich odcinać od razu od jakiejkolwiek współpracy, bez względu na ich skruchę czy przeprosiny - bo cóż jest w stanie zmienić naturę człowieka?




Co śmieszniejsze, facet zaczął bezczelnie kłamać, że na spotkanie przyszło... 7 osób :) Potem zmienił wersję na 20 osób, ale wraz była to liczba zaniżona trzykrotnie. Nie usłyszeliśmy nawet słowa przepraszam. Skończyło się na jednostronnym sms-ie ode mnie, o treści "Przesyłam pozdrowienia od 60 osób, które przyszły na spotkanie z Panem. Zachował się Pan jak gówniarz". Aha, i żeby nie było, mam pełno świadków, na czele z działaczami (których liczba przerasta 7) i znajomymi (których liczba obecnych przerastała 20) oraz takimi osobami jak barman czy kelnerki, które na pewno są w tej sprawie bezstronne - przecież im też zależało na tym, żeby przyszło jak najwięcej osób i w ich interesie leży wskazanie prawdziwego winnego: czy to my nie zorganizowaliśmy słuchaczy, czy to p. Leszek nie zorganizował choćby pozorów honoru. A nóż-widelec, sprzedałby jakieś książki?

23 grudnia 2011

Prawdziwych Świąt!

Jak się pewnie dało zauważyć, nie zawsze mam czas, by coś tutaj napisać. Teraz też nie mam czasu, ale jednak czuję powinność, żeby naskrobać parę słów, nawet kosztem tych kilku chwil wspaniałej lektury ciekawych książek, które wpadły w moje ręce.

Martwi mnie powrót lewicy do komunistycznych metod stosowanych w XX wieku w Polsce, aktualnie najaktywniej stosowanych wobec tradycji i religii. Kiedyś komuniści chcieli zrobić własny, państwowy "kościół". Zatrudnili państwowych księży, którzy rywalizowali ze sobą w zawodach w księżowskim "rzemiośle", mieli nawet własnych przodowników pracy. Państwowym kościołem chcieli wyprzeć ten prawdziwy Kościół. Dzisiaj chcą wyprzeć prawdziwą tradycję i religię. Już teraz w znacznym stopniu im się to udaje, ale oni dążą do absurdu. Piszę to kiedy widzę w państwowej telewizji te same lewackie, obłudne, przepełnione hipokryzją ryje, bez mrugnięcia okiem stawiające się w świetle tych "fajnych", którzy składają nam życzenia na "święta". Robią to w pełni świadomie, bez wspominania o istocie Świąt, zmieniając okazję do złożenia życzeń na okazję do poprawy własnego wizerunku w opinii publicznej. I tak oto widzę te jakże opiniotwórcze "autorytety" w postaci Żakowskiego, Pawlaka, Millera, a to w Teleexpressie, a to w telewizji śniadaniowej. Widzę Wandę Wasilewską Nowicką dzielącą się opłatkiem na "imprezie", gdzie nie ma krzyża, jest za to żydowska menora. Niezłe multi-kulti! [Polecam w tym miejscu ten wpis na innym blogu, gdzie obszernie i barwnie opisano tę hucpę: KLIK]

Starają się nam narzucić skrajny relatywizm. Podobieństwo do wieku XX jest uderzające - tamci chcieli stworzyć kościół bez naleciałości kultury europejskiej, a ci teraz mieszają się już do wszystkiego, żeby to wypaczyć i przedstawić w swojej wizji. Dotyczy to również Świąt, ale przede wszystkim dotyczy to Unii Europejskiej, która w żadnej mierze nie realizuje zasad europejskich.

W tym miejscu powtórzę za klasykiem:
"Ja jestem Europejczykiem. Jestem dobrym Europejczykiem. I tak samo jak dobry Rosjanin nienawidził Związku Sowieckiego, tak samo jak dobry Niemiec nienawidził Trzeciej Rzeszy, tak samo ja jako dobry Europejczyk nienawidzę Unii Europejskiej"


Pan Palikot życzy nam więcej "ruchu" i dodaje potem, że chodzi również o seks. Cóż, tak się składa, że lewica najwięcej mówi o tych sprawach, natomiast prawica zamiast mówić po prostu to robi, wynikiem czego jest większa dzietność prawicowców :) Niestety, coraz większej liczby osób po prostu nie stać nawet na ślub, a co dopiero na dziecko... Jeśli połączymy to z ciągłymi atakami na rodzinę (przejawianymi w: propagandzie, rozszerzania państwowej edukacji na coraz to młodszych ludzi, systemie emerytalnym gdzie starsi są obciążeniem dla młodszych, wojną międzypłciową o "równouprawnienie", forsowaniem dewiacji seksualnych etc. etc.) mamy naprawdę nieciekawy obraz. Już nawet teraz rzadko kiedy zdarzy się wieczerza wigilijna z 12-ma potrawami. Nie tylko dlatego, że żyjemy w gospodarce interwencjonistycznej i stać nas na coraz mniej. Innym powodem takiego stanu rzeczy jest to, że po prostu jest nas za mało - kto to wszystko zje?*

Dlatego życzę wszystkim, którzy odwiedzają mojego bloga, Prawdziwych i Rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia.



* - pewnie Grecy ;)

27 listopada 2011

Kara śmierci - c.d.; Pobór do wojska + filmik

W związku z żywą dyskusją, jaka została wywołana moim poprzednim wpisem, muszę pogłębić temat kary śmierci. Wyszedł mi dość długi tekst, ale chyba warto przeczytać.


Kiedyś rzeczywiście uważałem, że zamiast kary śmierci powinno się stosować roboty przymusowe o zróżnicowanej długości - w przypadku tych szczególnie okrutnych, praca aż do śmierci. W ten sposób nie dość, że taki więzień utrzyma się "sam", to jeszcze nadwyżkę będzie się przeznaczało na wypłatę dodatkowych odszkodowań na rzecz rodzin osoby zamordowanej. Nikt mi takiego rozwiązania nie przedstawiał wcześniej, byłem z niego dumny. Jednak w miarę upływu czasu pojawiły się dodatkowe przemyślenia - i to właśnie w ich efekcie zmieniłem swój (nadal ambiwalentny!) stosunek do kary śmierci. Z jednej strony kara śmierci dla morderców jest dla mnie czymś skrajnie ostatecznym, ale koniecznym. Nie da się przecież wykalkulować ceny czy wartości życia ludzkiego. Ale, skoro decydujemy się na więzienie przestępcy w celi, to czy da się wykalkulować jego wolność, zdrowie, czas?

Pilnowanie więźnia niebezpiecznego stwarza nie tylko ogromne koszty, ale również niebywale wielkie zagrożenie dla samych pilnujących. Taki więzień nie ma przecież nic do stracenia - woli zostać zabity podczas próby ucieczki czy napaści na funkcjonariusza, niż tkwić w więzieniu i całe życie harować. Może być odbity przez swoich kolegów. Koledzy mogą porwać niewinnych zakładników żądając zwolnienia swojego ziomka. Między innymi dlatego Osama bin Laden (przynajmniej oficjalnie) został zabity i wrzucony do wody w nieokreślonym miejscu - żeby nikt nie chciał go wykupić życiem innych ludzi, żeby nie było takiego miejsca dla Al-Kaidy, jakim jest grób Rudolfa Hessa dla nazistów. W końcu, więzień może zachorować i w szpitalu wyrządzić krzywdę lekarzowi. Konwój i obstawa to wielki koszt i przede wszystkim dalsze i większe ryzyko dla niewinnych ludzi - pół biedy, jeśli chodzi o wycieczkę do gabinetu dentystycznego, ale co dopiero jeśli chodzi o wielomiesięczne leczenie w szpitalu.

A skoro taki więzień ma harować całe życie, to co jeśli nie będzie już zdolny do pracy? Państwo - czyli my - mamy go utrzymywać? Czy rodziny ofiar mają go utrzymywać razem z nami? Co gorsza - co jeśli po prostu nie zechce pracować? Zmusimy go do nieefektywnej i pełnej aktów sabotażu pracy? Kiedyś myśląc o tej opcji pomyślałem - po prostu nie damy mu jeść, albo damy tylko chleb i wodę oraz ciemną celę 2x2 metry. Ale czy to nie jest bardziej "okrutne i zezwierzęcone" od kary śmierci?


* * *
Zastanawia mnie zapalczywość, z jaką niektórzy "konserwatyści", którzy całkiem słusznie uważają, że tylko Bóg jest panem życia i śmierci, z jednej strony stanowczo bronią prawa do życia (słusznego!) osób jeszcze nienarodzonych, ostro sprzeciwiają się karze śmierci, a z drugiej strony popierają powszechny pobór do wojska. Pobór jest przecież formą podatku - i to skrajnie dokuczliwego, gdyż jest niewolnictwem i jednocześnie loterią między życiem a śmiercią. Większość amerykańskich ofiar rzezi w Wietnamie pochodziło z poboru, a przy tym większość z nich nie oddała ani jednego strzału. Jest to więc nie tylko pogwałcenie wolności osobistej człowieka, ale również marnotrawienie środków i energii pozostałych ludzi utrzymujących wyszkolenie i wysłanie takiego "żołnierza", oraz np. psychologów, którzy skłaniają takiego "żołnierza" do zabijania innych ludzi. Mamy więc grupkę rządzących, która wypowiada wojnę za innych ludzi i wysyła tychże ludzi, żeby za nich walczyli. Zazwyczaj wbrew ich woli, zazwyczaj na wojny potrzebne i opłacalne wyłącznie z punktu widzenia bankowców i konsorcjów zbrojeniowych. Czy oni także "bawią się w bogów"? Bez wątpienia tak, przez co popełniają zbrodnię nie tylko na wolności, własności i sprawiedliwości, ale także na życiu, zdrowiu i psychice ludzi, którzy w metryczkę mają wpisany niefortunny rok urodzenia.

Czy można więc powiedzieć, że taka Platforma Obywatelska bardzo słusznie zniosła przymusowy pobór do wojska? Cóż, ja myślę (może trochę złośliwie), że na pewno chcieli zaoszczędzić na osłabieniu naszego kraju (choć przez pomyłkę ;) zamiast osłabić - wzmocnili Polskę). Jednak jakość i powszechność sprzętu wojskowego, oraz żołd, stoją na niskim poziomie. Myślę, że tak samo jest z planami obronnymi, skoro nie potrafiono ułożyć sensownych planów anty-powodziowych. Naszym głównym mankamentem jest poleganie na NATO, które de facto nie zakłada, że pomoże nam w przypadku ataku (piąty artykuł waszyngtoński). W połączeniu ze stanem, w którym uczciwy obywatel ma utrudniony dostęp do broni - nasza obronność jest w stanie opłakanym. Żołnierze wolą służyć w Bundeswehrze, gdzie lepiej płacą, my sami natomiast nie jesteśmy w stanie zapewnić militarnej ochrony naszym miastom - a jeszcze wysyłamy żołnierzy do akcji okupacyjnych.

Wyższość służby ochotniczej nad poborem to materiał na książkę, dlatego pozostanę przy kwestii "bawienia się w bogów". Bez wątpienia można powiedzieć, że samobójcy usiłują przejąć władzę nad swoim życiem z rąk Boga do rąk własnych - i je zniszczyć. Ale co mamy powiedzieć o mordercach? Oni nie dość, że "bawią się w bogów", to jeszcze niszczą nie swoje, ale czyjeś - często niewinne - życie! Kto tutaj bawi się w Boga - zwolennicy kary śmierci, czy mordercy?


Jak brzmi piąte przykazanie? "Nie zabijaj" czy "Nie morduj"? Szukając odpowiedzi na te pytanie, warto postudiować teologię i porozmawiać z dowolnym księdzem, który miał styczność z kwestiami historii Kościoła. Razi mnie fakt, jak wielu katolików dało sobie sztucznie przebudować niektóre pojęcia (w mediach "radykalizm, fundamentalizm"... brak rozróżnienia między zabójstwem a morderstwem itd.) albo też dali sobie wpoić poczucie winy np. za Inkwizycję czy kolonizację - tymczasem powinniśmy być za to chwaleni, wystarczy przebadać te sprawy i zauważyć jasne, choć nie nagłaśniane fakty.




* * *
Nie mogę się również zgodzić z określeniem, że skoro popieram karę śmierci, nie mogę nazywać się katolikiem i niech sobie założę własną religię, skoro bawię się w Boga, bo dla każdego, nawet najgorszego przestępcy, jest szansa na nawrócenie. Tymczasem kara śmierci w katolicyzmie ma charakter egzekutywy, a nie kary na przyszłość. Ale jest też skutecznym "straszakiem", który ochroni życie innych osób, które mogłyby stać się ofiarami mordercy. Ich życie też jest ważne. Morderca ma owszem godność swojej Persony, ale taką samą godność mają też potencjalne ofiary tegoż mordercy. Co prawda, jeden nawrócony jest cenniejszy niż 99 sprawiedliwych, ale jeśli porównamy, ilu jest nawróconych, a ilu pomordowanych, to mamy tutaj już zupełnie inny kontekst, gdyż nie jest powiedziane, że jeden nawrócony jest cenniejszy niż utrata 99 sprawiedliwych.

Mogę przygotować oficjalne oświadczenie, że jestem gorącym zwolennikiem wprowadzenia w Polsce kary śmierci dla morderców i przedstawić je dyrektorowi Instytutu Teologicznego w Siedlcach. Jak myślicie, wyrzucą mnie? :) Wielu księży gorąco popiera karę śmierci - oni też nie są katolikami?

A co do "możliwości nawrócenia" - co się robi ze zdrajcą w wojsku? Stawia przed sądem wojennym i rozstrzeliwuje, czy przebacza i liczy się na jego nawrócenie, przy okazji grzebiąc kolejnych zabitych w wyniku zdrady własnych żołnierzy?

Owszem, katolik powinien przebaczać, ale odpowiada tylko za SIEBIE, nie za INNYCH. Dlatego nie mogę przebaczyć mordercy w czyimś imieniu!


W ten mój wywód niejako wpisuje się jakże niekatolicki Wojciech Cejrowski, który przedstawia sposób niemal maksymalnie sprawiedliwy (choć zapomniał dodać, że zwolennicy kary śmierci powinni także sami utrzymywać tych wszystkich biurokratów, którzy odpowiadają za tę rubryczkę w dowodzie osobistym; zapomniał też o sytuacji, gdzie osoba nie ma dowodu; ojciec dziecka jest za, a matka przeciwko karze śmierci; albo kiedy dziecko nie ma rodziców).



Kara śmierci (inaczej: kara główna) jest rozwiązaniem, które stosuje się w ostateczności i w przypadku, w którym nie ma najmniejszej wątpliwości, że popełniono morderstwo (rozróżniane od zabójstwa). Ja i inni zwolennicy kary śmierci z chęcią uniknęliby konieczności jej stosowania, tak samo jak chcielibyśmy uniknąć konieczności zabijania żołnierzy atakujących nasz kraj - stąd też różne pomysły, np. ten, o którym pisałem na końcu poprzedniej notki. Jednak dopóki kara śmierci będzie najlepszym środkiem do zagwarantowania, że ilość ocalonych dzięki jej funkcjonowaniu wielokrotnie będzie przewyższać ilość skazanych na nią, dopóty będę jej zwolennikiem.

Będę więc też zbierał podpisy pod propozycją ustawy o przywróceniu kary śmierci dla morderców, jeśli pojawi się taka inicjatywa. Czekam na nią niecierpliwie, mimo, że wprowadzenia kary śmierci zabrania nam nasza "stolica" - Bruksela - spełniającą dziś dla nas taką samą rolę, jaką niegdyś pełniła dla nas Moskwa.

25 listopada 2011

Kara śmierci

Jako, że pan Kaczyński chwytając sypiący się między palcami elektorat postanowił uderzyć w tony wymiaru sprawiedliwości, dziś pojawiła się koncepcja przywrócenia kary śmierci. Ta kara jako taka jest bardzo dobra i pożądana, w końcu nie bez powodu jest to jeden z postulatów Korwina. Ale podstawową różnicą między karą śmierci w wydaniu Kaczyńskiego i w wydaniu Korwina jest to, że JKM postuluje to od prawie 30 lat, a Kaczyński od dzisiaj. Cieszę się, że ta koncepcja zyskuje wśród polityków coraz większe poparcie, ale niepokoi mnie jeden fakt. Już sama osoba Kaczyńskiego stawia w świetle ryzyka postulat o karze śmierci. Kompromituje ją swoją reputacją "zacofanego" człowieka, dlatego wielu wyborców może kojarzyć ten postulat właśnie z Kaczyńskim...

To nie służy dobrze potencjalnym ofiarom morderstw. Kara śmierci jest wszak skutecznym straszakiem na bandytów - wiedzą, że mordując kogoś, sami podpisują na siebie wyrok. Jest oczywiście duża szansa, że śmierci unikną, gdyż jest ona orzekana wyłącznie w sytuacjach, co do których nie ma cienia wątpliwości. Ale zaostrzenie kar za ciężkie przestępstwa jest konieczne, bo dziwnym wydaje się, że tzw. "dożywocie" dożywociem nie jest, bo trwa 20 lat, a morderca siedzi 8 lat, podczas, gdy na podobny wyrok można trafić do ciupy za uchylanie się przed opresją aparatu państwowego.

Oczywiście nie brak też głosów sprzeciwu: bardziej wobec PiSu, niż wobec kary śmierci, ale jak już pisałem, kara śmierci przez Kaczyńskiego będzie się właśnie kojarzyła z tym znienawidzonym, skompromitowanym PiSem. W ramach walk politycznych zabrał głos twórca sukcesu Palikota, Piotr Tymochowicz, który dokonał rzeczy niezwykłej - zbeształ ideę kary śmierci, zrównał ją do zwolenników PiSu, przy tym wszystkim nie używając ani jednego argumentu ad rem.

Zabrałem więc głos w dyskusji, która krążyła wokół wymyślania coraz to barwniejszych konstrukcji pozbawionych argumentów. Postanowiłem się więc zachować niepoprawnie politycznie i rzuciłem kilkoma argumentami:

Zamieszczam linki do obrazków z Facebooka, gdzie toczyła się dyskusja:
Link nr 1
Link nr 2
Link nr 3

Dalej dyskusja zeszła na to, co to jest życie i dlaczego mrówka jest ważniejsza od ludzkiego płodu.

Reasumując: jestem ZA karą śmierci dla morderców, bo nie dość, że chronimy w ten sposób życie potencjalnych ofiar morderców, to jeszcze redukujemy koszta trzymania groźnego elementu w więzieniach i zapobiegamy stworzeniu zagrożenia przez nich w przyszłości. Na pierwszy rzut oka kara śmierci może się wydać czymś socjalistycznym - bo to zabijanie w majestacie prawa i aparatu państwowego. Jednak karze się ludzi również pozbawieniem wolności lub własności, a wielu ceni wolność czy bogactwo wyżej niż własne życie. Ale mam też argument ostateczny: przywracając karę śmierci będziemy zarówno bardziej bezpieczni, jak i bardziej wolni. Bezpieczni, bo zredukuje się liczba chętnych do popełnienia morderstwa. Wolni, bo zasada "Wolność mojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność Twojego nosa" będzie prawnie umocniona, a ten, kto przestrzega tej ważnej dla wolnościowców zasady, będzie przez prawo chroniony przed tymi, którzy mają tę zasadę gdzieś, albo wcale o niej nie słyszeli.

Więcej info o tym, dlaczego warto popierać karę śmierci (nie, nie PiS, tylko karę śmierci):
http://www.karasmierci.info.pl/


Mówi się, że Korwin, autor tekstu na tej stronie, jest chory na władzę - na pewno tak to wygląda z zewnątrz. Ale nieraz został sprostowany przez członków swojej partii, na przykład właśnie w sferze kary śmierci. Otóż, JKM wpadł pewnego razu na pomysł, żeby zwolnić z kary śmierci kobiety. W końcu jest to słabsza płeć i czymś bezdusznym byłoby karać je tak samo okrutnie jak mężczyzn, poza tym kobiety wykazują większą skłonność do działania pod wpływem emocji. Jednak praktycznie od razu z grona członków przyszła riposta: nie możemy zwolnić kobiet z kary śmierci, bo mafie będą zatrudniać same kobiety do "brudnej roboty"!

I tą ciekawostką chciałbym zakończyć dzisiejszy wpis.

19 listopada 2011

Przeszliśmy

Ale to chyba pyrrusowe zwycięstwo. Obserwując media i słuchając, co ludzie gadają, stwierdzam, że 11.11.2011r. to dzień, w którym wygrała lewica i aparat państwowy wciągający swoje służby w aktualnie prowadzone gry polityczne. Osiągnęli po prostu swoje cele - choć nieopatrznie przeliczyli się i wyhodowali szeroki front przeciwników lewicy. Przy okazji dostało się także Policji, szczególnie tajniakom, którzy wielokrotnie (razem z sądownictwem) skompromitowali się przed społeczeństwem i nie mają praktycznie żadnej legitymacji swojej władzy - a to nieuchronnie prowadzi do obalenia danego systemu. Dlatego system się broni i zaostrza prawo, montuje po kryjomu syreny ogłuszające, wprowadza agentów do środowisk antysystemowych (bynajmniej nie do prosystemowej, faszystowskiej "Antify") etc. Nie będę tutaj wyjaśniał, jak było naprawdę na Marszu - to się zrobi w realu, poprzez szereg dyskusji, prywatnych rozmów, publicznych spotkań (które już są w moim mieście zaplanowane i zaklepane). Wszyscy, co czytają te słowa, i tak są obeznani w temacie.

Nawet ja po powrocie do domu i włączeniu telewizji przeżyłem szok, jak mocno, za nasze własne pieniądze, została oczerniona w Polsce prawdziwa prawica. Ale stało się także coś jeszcze: wielu ludzi się obudziło i zaktywizowało. A wystarczy tylu, co było na Marszu (nie licząc tych, którzy byli tam duchem) - ABY TYLKO SIĘ IM CHCIAŁO - i już Polskę można w jakimś stopniu naprawić. A nie da się naprawić Polski jeśli najpierw sami Polacy nie wezmą się za siebie.

Największą przyczyną zła jest bezczynność ludzi dobrych
i wbijcie to sobie do głowy przed ruszeniem dupska i wyjściem do ludzi :)


Wielka szkoda, że tych wszystkich młodych ludzi już się próbuje szufladkować do zadymiarzy i ekstremistów. Jest to pretekst do przykręcania śruby - w imię "bezpieczeństwa" zostanie nam ograniczona wolność. A tymczasem Krytyka Polityczna, która ściągnęła, przechowała i uzbroiła niemieckich bandziorów, dostaje obfite dotacje zarówno z Ministerstwa Kultury, jak i z magistratu Urzędu m.st. Warszawy - grubo ponad pół miliona PLN. Jest to skrajnie lewacka organizacja, która odpowiada za obecność nie tylko blokady legalnego Marszu, co wraz z działaniami Hanny Gronkiewicz-Waltz było prowokacyjne i miało na celu wywołanie zamieszek. Odpowiada też za obecność Niemców na polskim święcie niepodległości, za ataki na uczestników Marszu, jak i za atak na historyczną grupę rekonstrukcyjną, która musiała specjalnie zmieniać trasę przemarszu. Odpowiadają za ten "wielki narodowy wstyd", jak to nazwał nawet Prezydent - a w TV ucięli dalszą część jego wypowiedzi, by wyglądało to na jego komentarz do Marszu Niepodległości, a nie do faktu, że do Polski zostali ściągnięci Niemcy w celu zakłócania naszego święta!

Mam nadzieję, że wszyscy, którzy nie chcą być dalej okłamywani za własne pieniądze, ci, którzy nie chcą dalej finansować swoich własnych ciemiężycieli, podejmą czynny opór i zmienią ten stan rzeczy. A jest to w miarę łatwe, tylko potrzeba trochę czasu i przede wszystkim chęci.


Kto miał interes w tak drastycznym zniekształceniu Marszu Niepodległości, że nie pokazano nawet jednego ujęcia, ani zdjęcia, z prawdziwego Marszu Niepodległości? Kto ma interes w tym, żeby zbrodnicza Krytyka Polityczna dostawała po pół miliona dotacji z naszych podatków? Dlaczego Policja i inne służby nie otoczyły zadymiarzy (pewnie podstawionych) i zachowywała się tak prowokacyjnie, rzucała takimi komunikatami, że ludzie z drugiego końca pl. Konstytucji autentycznie bali się? Dlaczego funkcjonariusze zamiast oddzielić zadymiarzy od Marszu Niepodległości spychała ich do tego Marszu powodując takie sceny?:





Na te pytania należy sobie odpowiedzieć, a z odpowiedzi wyciągnąć wnioski i przestać do cholery być obojętnym. Ja robię wiele, aby odkłamać Marsz Niepodległości, i żeby za rok było tam dwa razy więcej ludzi niż w tym roku. A Ty?

Na zakończenie, graficzne przesłanie do wszelkiej maści lewaków, których mini-epoka właśnie chyli się ku upadkowi:

30 października 2011

Grunwald 11.11.2011



Będzie ciekawie. W Polsce tak już jest, że wokół najwyższych wartości zawsze musi być ciekawie, bo zawsze zostaną zaatakowane z jednej strony, a nadużyte - z drugiej. W zbliżające się Święto Niepodległości różne środowiska będą zarówno atakowały, jak i przywłaszczały wartości patriotyczne i narodowe. Dlatego zamiast uczestniczyć w "imprezach kulturalnych", w których główną rolę będzie grała nie Polska, a lokalni krezusi, pojadę na Marsz Niepodległości.

Bardzo cenię decyzję organizatorów Marszu o tym, by była to inicjatywa bezpartyjna - działacze partyjni mogą być jedynie w Komitecie Poparcia Marszu Niepodległości. Nie podoba mi się granie naszymi wartościami i wykorzystywanie religii, kultury czy patriotyzmu dla własnych korzyści - to my jesteśmy dla tych wartości, a one są dla społeczeństwa jako ogółu - nie dla rządzących. Tylko jako wspólnota możemy odnosić wymierne korzyści z patriotyzmu czy religii. Tymczasem partia socjalistyczna mianująca się republikańską prawicą (!!!) na pokaz kreuje wizerunek ludzi pobożnych i oddanych Polsce. Efektem były wojny o krzyż, które pomogły Donaldowi Tuskowi podwyższyć podatki za tą zasłoną, a sam krzyż ucierpiał znacznie nie tylko ze strony jego przeciwników, ale również ze strony samego Jarosława Kaczyńskiego, który otwarcie nazwał ten święty symbol "substytutem". Wyższą od krzyża wartość ma widocznie dla niego pomnik, który zapewniłby mu wymierną korzyść polityczną.

Dlatego 11 listopada naszym obowiązkiem jest zaprezentowanie zdrowego patriotyzmu ponad podziałami. Co w końcu, jak nie podziały, tak dzieli prawdziwą prawicę i każe jej pozostawać poza wpływem na władzę?

Niestety, taka inicjatywa nie może obejść się bez wojny zaczepnej, którą wypowiadają jej lewackie środowiska, na czele z tzw. "Antifą", "Gazetą Wyborczą", "Młodymi Socjalistami" itp. tworami, które mimo znikomego poparcia społecznego i lichych dochodów, dysponują zawrotnymi sumami pieniędzy. Środki te pożytkują przede wszystkim na propagandę (atakującą głównie media publiczne) i sianie zamętu w młodych głowach - w końcu co to za organizacja, gdzie wszystkich trzeba opłacać?

"Antifa - Łowcy HIV-a" - takie plakaty widziałem w swoim mieście. Całkiem trafne i zabawne, jednak mimo oczywistej "dziwności" lewackich anarchistów, pozyskują oni coraz więcej młodych ludzi. Czy ma na to wpływ doba Palikota - chyba nie. Prędzej jest to obietnica możliwości wyżycia się bez konsekwencji, w imię jakiejś bliżej nieznanej ideologii. Bo w końcu anarchiści nie chcą państwa w ogóle - a mimo to prezentują postawy socjalistyczne! Co złośliwsi stwierdzają, że lewaccy anarchiści celowo chcą państwa opasłego i powolnego, by łatwiej je było pokonać, niż twór w koncepcji państwa minimalnego, który jest szybki, zwinny i szybko reaguje.


Wracając - stać ich na niemal każdą formę działalności: od "kulturalnej" (projekcje filmów o "faszystach") po wandalizm (malowanie na murach wizerunków czerwonych zbrodniarzy przeciw ludzkości). Jednak narodowców jest nieporównanie więcej, funkcjonują z potrzeby serca wykładając skromne środki z własnej kieszeni np. na znicze, które zapalają w miejscach, gdzie ginęli walczący o Wolność.

Właśnie dlatego ta nazistowska "Antifa" ściąga bojówkarzy z samych Niemiec, aby zakłócali Marsz Niepodległości. Jak to celnie zauważono w "Wydarzeniach", to tak, jakby nasze bojówki pojechały do Berlina zakłócać Dzień Zjednoczenia Niemiec!


Marsz Niepodległości niewątpliwie będzie więc atakowany przemocą. Uczestnicy będą na szczęście całkowicie bezpieczni, bo organizatorzy Marszu nie polegają na Policji, która mimo ochrony Marszu może zawieść. Zorganizowali własną Służbę Porządkową, która będzie wspierać Policję w ochronie Marszu. Dzięki temu będziemy mogli zaprezentować to, co będziemy chcieli, bez zbędnego zawracania sobie głowy usiłującymi przeszkadzać gówniarzami. Ale na froncie... może być istny Grunwald.




Zapraszam wszystkich do udziału w MARSZU NIEPODLEGŁOŚCI
11.11.2011r. Warszawa, godz. 15:00, Plac Konstytucji


8 października 2011

Skandal. Milcząca zgoda wyborcza.

Po pierwsze, jest cisza wyborcza, dlatego Ja Kulturalnie Milczę.

A teraz do rzeczy. Jak wiemy, niektóre partie finansowane są z budżetu państwa. Materiały, które wykorzystują do promowania swoich kandydatów, w dużej mierze są więc pokrywane z naszych pieniędzy (tak, także z Twoich ciężko zarobionych pieniędzy). Mniejsze komitety – oprócz przymusowego pośredniego zasilania partii uprzywilejowanych – mogą polegać wyłącznie na sobie i swoich sympatykach. Dlatego też nie bombardują nas „wyborczymi śmieciami” na każdym kroku, po prostu liczą każdy grosz na każdy plakat. Cudze pieniądze wydaje się z rozmachem, swoje natomiast ostrożnie. To okropne uczucie, kiedy głosujesz na kogoś innego, a finansujesz całą resztę, z którą się nie zgadzasz. Pół biedy kiedy Ciebie też finansują - jak jesteś poza "korytem", to denerwuje jeszcze bardziej.

Jedynymi miejscami w Siedlcach, za które nie trzeba płacić są tablice i słupy ogłoszeniowe. Jest to jedyna szansa zaprezentowania się komitetów, które nie otrzymują dofinansowań. Tymczasem w ramach „sprzątania miasta” zerwano wszystkie plakaty, zaklejając tablice i słupy szarym papierem. Jest to zniszczenie mienia, na dodatek w trakcie ciszy wyborczej. Grozi za to kara nawet do 500 000 zł. Być może miasto – a raczej tutejszy establishment nie boi się tego ryzyka- w końcu to nasze pieniądze.

Jednak prawo jest prawem a najbardziej pokrzywdzone komitety muszą liczyć się z tym ze płatne banery i dykty wiszą nadal. Oprócz naszych - ktoś je pozrywał, odzyskałem ledwie jedną, ze śmietnika.

Ale wracając do tematu: to mamy tę ciszę wyborczą, czy nie? Czy obowiązuje ona tylko na słupach i tablicach? Dlaczego chroniony jest ten, kto zapłacił, a niszczony ten, kto nie bierze dotacji z budżetu i chce te dotacje zlikwidować?


Dlatego nie tylko mówię, że cisza wyborcza jest zupełnie zbędna (bo teraz nie mogę powiesić nawet tej swojej zerwanej dykty!), bo w USA i wielu innych krajach jakoś sobie radzą bez niej. Nie dość, że jest to zamach na wolność wypowiedzi, to jeszcze tworzy masę patologii. Ale nie tylko cisza wyborcza jest idiotyczna - jeszcze gorsza jest sama demokracja, a szczególnie demokracja parlamentarna - gdzie to większość decyduje, co jest słuszne, a co nie, oraz co powinno stać się prawem. Krytyka demokracji jest bardzo rozbudowana, dlatego ograniczę się tylko do prostego hasła: Chcę Republiki z prawdziwego zdarzenia!

A co to naprawdę jest republika, można b. łatwo sprawdzić w tym filmiku:

7 października 2011

Co Nowa Prawica zrobi dla pamięci rtm. Witolda Pileckiego?

Oto moja odpowiedź na specjalną ankietę, którą przygotował człowiek walczący o ustanowienie Dnia Walki z Totalitaryzmem 25 maja, na cześć czynu rtm. Witolda Pileckiego. Gorąco polecam przeczytać raport tego Bohatera Narodowego, o którym Polska zapomniała i Europa nie chce słyszeć: http://www.polandpolska.org/dokumenty/witold/raport-witolda-1945.htm

Jest to tekst długi, ale bardzo poruszający i warto go przeczytać.


Oto 2. pytania, które przesłali mi ludzie nagłaśniający sprawę Rotmistrza:

"Zwracam się do Państwa w Sprawie, która dla mnie i wielu moich Przyjaciół jest bardzo ważna. Pytam o Wasze stanowisko w sprawie Rotmistrza Witolda Pileckiego - z prośba o odpowiedzi : 

1. Czy popiera Pan/Pani ideę upowszechnienia wiedzy o rotmistrzu Witoldzie Pileckim wśród młodzieży szkolnej (jako wzorze patriotyzmu, niezłomności, odpowiedzialności i wierności wartościom chrześcijańskim) oraz na arenie międzynarodowej (jako ważnego elementu polskiej polityki historycznej), a w szczególności: 


- inicjatywę ustanowienia rocznicy śmierci Witolda Pileckiego 25 maja, europejskim Dniem Bohaterów Zmagań z Totalitaryzmem (http://michaltyrpa.blogspot.com/ ),
- inicjatywę uwzględniania wiedzy o rtm. Witoldzie Pileckim w programie nauczania młodzieży szkolnej, wyposażenie szkół w niezbędne pomoce dydaktyczne, nadawanie patronatu Witolda Pileckiego szkołom,


2. Czy gotowy(a) jest Pan/Pani podjąć działania zmierzające do realizacji powyższych celów w przypadku zdobycia mandatu Posła na Sejm RP i jakie to będą działania?

Pytanie zasadnicze

Czy pochowamy Rotmistrza? Czy nasz Bohater Narodowy - doczeka się swojego Grobu?"

A oto moja odpowiedź:


"1. Na arenie m-nar. TAK. W szkołach - raczej nie, by dzieci nie kojarzyły tego z kolejnym "przykrym" obowiązkiem, kolejnym apelem, który trzeba "odbębnić" - chyba, że w formie gazetek itp. nieobowiązkowych, acz zachęcających form (również pozaszkolnych!).

Patronat nad niektórymi szkołami jak najbardziej TAK. Mogą być też filmy - są świetnie odbierane przez młodzież (jako "luźna lekcja", a taki cięższy film gwarantuje skupienie uwagi).

2. Nie mogę odpowiadać za innych, powiem co bym sam zrobił i co zrobi np. pan Michowiecki, bo na razie tylko z nim o tym rozmawiałem (wiadomo, kampania, nie ma czasu na rzeczy inne niż organizacyjne): Przede wszystkim poparcie, albo nawet i zaproponowanie obydwu inicjatyw w formie ustaw, być może z drobnymi zmianami w drugiej ustawie. Bo my mówimy tak: trzeba nagłaśniać czyny bohaterskie i zwycięskie, a szczególnie jeśli chodzi o jednostki. Kiedy jednostka ratuje (nawet pośrednio, jak tutaj) wielu ludzi jednocześnie narażając własne życie, ponosząc olbrzymie ryzyko i samemu cierpiąc fizycznie i psychicznie (co da się odczuć czytając raport rtm. Pileckiego), to jest to bohater jak najbardziej indywidualny i działający w imię zdrowych wartości. Później człowiek pamiętając o takich czynach stara się robić samemu, indywidualnie, to, co może najlepiej, w imię wartości i innych ludzi, bez zwalania zadania na "ogół". Dlatego będziemy promowali nasze zwycięstwa, wbrew działaniom poprzedniego systemu, który chciał nas upodlić i wpoić poczucie, że zawsze przegrywamy. Chcemy dokładnie na odwrót, chcemy cieszyć się z tego, że jeden człowiek utarł nosa całej zbrodniczej machinie - i chcemy się z tego cieszyć publicznie zarówno w granicach jak i poza nimi. Bo te wartości trzeba krzewić także w Europie, która umiera, bo o nich zapomniała.

Grób Rotmistrza należy utworzyć i z pompą ustanowić dzień walki z totalitaryzmem, który coraz śmielej próbuje się odrodzić - to dlatego eurofederaści tak się przed tym bronią i trzeba ich nazwać po imieniu: obrońcami totalitaryzmu.

Pozdrawiam!
Paweł Wyrzykowski"

27 września 2011

Debata w Siedlcach!

Odnośnie poprzedniego wpisu, kończył się on słowami "do zobaczenia na debacie... jeśli się nie boicie."
I debata będzie! W czwartek 29 września o godz. 18:00 na Placu gen. Sikorskiego.

Ale muszę poruszyć jeszcze jedną ważną sprawę. Otóż, kiedy pytaliśmy Jacka Kozaczyńskiego, dlaczego odszedł z UPR, odpowiedział, że wcale nie zmienił poglądów, tylko chce je reprezentować w liczniejszej partii. Proszę zatem sprawdzić poniższy link:

http://www.latarnik.info/?q=mp&q2=okreg&r=sejm&k=6&okr=18

Widać tutaj wyraźnie, iż pan Kozaczyński (PO) OSZUKAŁ NAS twierdząc, że od czasu bycia w UPR nie zmienił poglądów - zmienił je diametralnie, dosłownie w każdej poruszanej w głosowaniach materii!

Co więcej, pan Kozaczyński nie zjawi się na debacie - wysłał pana Czesława Mroczka, który również popisał się głosowaniem przeciwko naszym wartościom w 6 na 8 głosowań.

Nową Prawicę na debacie będzie reprezentował Paweł Michowiecki. W powyższym linku można zobaczyć, że jest on dumnym posiadaczem Certyfikatu Kandydata Przyjaznego Życiu i Rodzinie. Niełatwo go otrzymać, co widać po tym, że tylko 4 kandydatów z naszego okręgu ma taki certyfikat. Świadczy to również o dużej wartości certyfikatu. Dyskusja z PO będzie więc na pewno bardzo ciekawa. Ale obiecuję, że pozostałym socjalistom również dostanie się ostro.

A będą to także: p. Sawicki (PSL), p. Prządka (SLD), p. Tchórzewski (PiS).

Będzie to wspaniałe wydarzenie, dlatego serdecznie zapraszam wszystkich w czwartek 29 września o godz. 18:00 na Plac gen. Sikorskiego! Debata odbędzie się w tzw. otwartym studiu, więc ludzie będą stali na świeżym powietrzu.

Trzymamy kciuki za naszego reprezentanta!
I pamiętajcie - Lista nr 9! :)

23 września 2011

Co to się dzisiaj w Siedlcach (nie) działo

Z wielką pompą w różnych mediach zapowiadano spotkanie z europoseł Hibner z PO, na Placu gen. Sikorskiego, które miało odbyć się dzisiaj. "Miało" - bo nie nazwałbym tego spotkaniem, a zwykłym rozdawaniem ulotek. Całe szczęście byliśmy tam grupą z Nowej Prawicy i pokazaliśmy, kto jest w Siedlcach silniejszy.

Od razu podszedł do nas pan Jacek Kozaczyński, oczywiście z obstawą panów-śmieszków :) Śmieli się z naszych koszulek, które wyglądały mniej więcej tak:

Związek Socjalistycznych Republik Europejskich


Cóż, fakt faktem, że żyjemy w eurokomunie, a rolę Moskwy zastąpiła Bruksela, starająca się nie popełnić błędów z XX wieku. Do tego mieliśmy polskie flagi - jakież to obciachowe! Sam Pan Tusk stwierdził, że polskość to nienormalność - więc trzeba wyśmiać. Jeden z nich stwierdził, że był na spotkaniu z Korwin-Mikkem w Siedlcach i dawno takich "durnot" nie słyszał.

Z tym, że na Korwina przybyło w Siedlcach (20 września) ponad 300 osób. A na panią Hibner... 10-ciu działaczy PO z ulotkami. No i nas 18 osób, ale to tak skrzykniętych z dnia na dzień i jako przeciwnicy.

No i co powiedział nam pan Jacek Kozaczyński, "dwójka" na liście PO? Odparł twierdząco na moje zdanie, że był w UPR i potem przeszedł do PO. Argumentował to tak, że warto przynajmniej zrealizować 3% swoich poglądów, niż wcale. No, jak na razie jest to 1%... podatku VAT w górę. Skoro byli UPR-owcy tak mają się realizować te wolnorynkowe idee w PO, to może lepiej niech się wcale nie realizują? Dobrze, że korytko ściąga łasych na władzę, szkoda tylko, że te korytko jest utrzymywane z naszych pieniędzy.

Po chwili przyjechały dwa samochody pewnej firmy ochroniarskiej. Trochę nas to zaniepokoiło, ale zanim pomyślałem, co zrobić, dwóch "naszych" rozdało im nasz biuletyn. Podobno dwóch ochroniarzy powiedziało, że nas popiera, i że byli na spotkaniu z JKM. To jest zbyt piękne, ale chłopakom uwierzyłem.

"Platformersi" po 40 minutach doszli do błyskotliwego wniosku, że są otoczeni i każda ich ulotka jest konfrontowana z naszym biuletynem. Ok. 17:40 zwinęli namiot, więc tym razem to my zaczepiliśmy ich.

Rozmowy na argumenty nie było. Wstępnie umówiliśmy się na debatę Kozaczyński (PO) - Sommer (Nowa Prawica) i zobaczymy, czy rękawica zostanie podjęta. Jak do tej pory nie poczuliśmy się poważnie potraktowani - p. Jacek uciekł kiedy tylko kolejne osoby od nas zaczęły się schodzić z posterunków, by zobaczyć, co jest grane. Oddalił się czym prędzej jakimś dziwnym, chwiejnym krokiem i krzyknął jak do kolegów: "na razie!".

Pozostaje mi tylko odpowiedzieć: do zobaczenia na debacie... jeśli się nie boicie.

3 września 2011

Książę Michał i jego podpisy


Podszedłem raz do jednego pana, który siedział sobie na ławeczce na Skwerze Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej i przyglądał się na dziewczyny stojące przy fontannie. Zagadałem, by podpisał się pod listą poparcia Nowej Prawicy i komunikuję, że m.in. należy się podpisać. Dopiero wtedy zauważyłem, że pan ów ma w kieszeni koszuli kilkanaście długopisów różnego koloru. Przedstawił się jako Książę Michał i uprzedził mnie, że będzie się on długo podpisywał. Dlaczego? Bo ma dziesięć podpisów, każdy musi być innym długopisem i mieć inny wzór: wyjął "wizytówkę" i zaczął pokazywać.

"Ten jest lewoskrętny, ten prywatny, ten zielony książęcy, ten zastawki serca...". Nie wiedziałem, jak mu powiedzieć, że to wszystko nie zmieści się w małej rubryczce i byłbym wdzięczny tylko za jeden podpis. W końcu wykrztusiłem: "ale wystarczy jeden". On na to odparł, że jak się podpisuje jednym, to musi być kroplą krwi - a tutaj nie ma do tego warunków. Pierwszy raz w życiu ucieszyłem się, że ktoś mi się nie podpisał.


* * *
Przez pracę przy zbiórce podpisów potrzebnych do rejestracji komitetu wyborczego, zapomniałem, że mam bloga i wypadałoby czasem coś napisać. Ale to nie tak, że nie pisałem niczego. W międzyczasie pojawiły się dwa moje artykuły w Gazecie Łochowskiej, oraz jeden w Tygodniku Siedleckim (tego numeru nie ma już w kioskach, ale treść moich wypocin można przeczytać także na moim blogu: wpis "W Siedlcach nie ma gdzie pływać" - co ciekawe, za kilka dni już był artykuł w innej gazecie, że wychodząc na przeciw potrzebom mieszkańców władze miasta wybudują czyste baseny nad zalewem - ale, cholera, nie jestem zadowolony z takiego rozwiązania...). Komentarze na Wykopie się nie liczą.

Jednak przede wszystkim zbierałem podpisy. Mniej lub bardziej skutecznie, dzień po dniu przybywało po kilkadziesiąt podpisów. Było to męczące, ale konieczne - gdybyśmy nie zebrali 5000 podpisów w okręgu, nie moglibyśmy wystawić swoich kandydatów. Poza tym Nowa Prawica musiała zarejestrować zawczasu przynajmniej 21 okręgów w oparciu o podpisy, aby w reszcie móc zarejestrować się bez konieczności ich składania. Jak wiemy, Sąd Najwyższy rozpatruje jeszcze sprawę zaniedbań PKW w Rybniku i jeszcze nie wiadomo, czy Nowa Prawica wystawi swoich kandydatów w całej Polsce.

Ale jak by się to wszystko nie potoczyło, skupiam się na Siedlcach i okręgu siedlecko-ostrołęckim. Niektóre gminy w okręgu wciąż nie mają chętnych osób, by zasiadać w komisji wyborczej z ramienia Nowej Prawicy - gdyby ktoś był chętny, proszę o maila na: paulusw91@gmail.com


Zbieranie podpisów było fajną przygodą, ale na tyle męczącą, że w przypadku przełożenia wyborów na grudzień (tak, może tak być - wszystko zależy od wyroku Sądu Najwyższego) na pewno małą grupą podpisów się nie zbierze - trzeba będzie polegać na setkach różnych ludzi, którzy nam pomogą... A w zimie może to być ciężkie.

Ale i w wakacje ciężko się podpisy zbiera. Po domach nie ma co chodzić - większości po prostu nie ma. Ludzie na ulicy to często turyści lub przyjezdni, jedynie na młodzieży można opierać swoje nadzieje na zebranie tylu podpisów. Jednak warto poświęcić ten czas i energię także dla innych rzeczy, niż tylko rejestracja komitetu. Mianowicie, nie miałem pojęcia, że ludzie na ulicy są jeszcze bardziej zróżnicowani niż w Internecie. Na pierwszy rzut oka tego nie widać - ale wystarczy zagadać i już mamy pewien obraz.


* * *
Mieliśmy straszne ciśnienie na zbieranie podpisów. Kolejne okręgi poddawały się, w naszym brakowało jeszcze 400, a za cztery dni upływał termin rejestracji komitetów. I wtedy znowu poszedłem na Skwer Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej oznaczonym specjalną tabliczką-strzałką mieszczącą całą tę nazwę i uginającą się pod swą długością. Zagadywałem do ludzi siedzących na ławkach. Teraz była kolej na łysawego, starszego pana. Już powiedziałem połowę zdania, kiedy się okazało, że to Książę Michał...! Odwrotu już nie było. Ale na szczęście rozpoznał mnie i był już mniej oficjalny - ni to z gruszki, ni z pietruszki, opowiedział mi anegdotkę:
"Stanisław August Poniatowski powiedział: Nie szata zdobi człowieka!
A ja Książę Michał przekształciłem to i mówię:
Nie szata zdobi nagą kobietę - jeno wdzięk, uroda i seksapil!
I zapamiętaj sobie właśnie to, że Książę Michał tak powiedział:
Nie szata zdobi nagą kobietę - jeno wdzięk, uroda i seksapil!"

Kiedy mówił to za drugim razem, brzmiało to dokładnie tak samo, z tym samym innowacyjnym akcentem, co po raz pierwszy. Musiał dużo ćwiczyć.


I tak to właśnie było - a teraz, kiedy widzę, co się z Polską dzieje, myślę sobie, czy również nie rzucić tego wszystkiego i jak Książę Michał zająć się głównie sobą (no, i może tymi kobietami, o których opowiada), a potem przyjąć postawę "co się ma stać i tak się stanie". Ale z drugiej strony jest silne poczucie, że coś trzeba zrobić - nie wiem jak to nazwać - "poczuciem misji"? A jak wiemy, oprócz tego, że coś dla tej misji należy robić, jest to, żeby tej misji nie zaprzepaścić. Teraz jesteśmy bliscy sytuacji, gdzie mała grupa ludzi zaprzepaściła misję wielu osobnych jednostek, których część postanowi dać sobie z tym spokój. Ale jest jeszcze polityka lokalna - i okropne w niej błędy. Są też siła, młode lata i walka o przyszłość. Teraz wystarczy tylko na nowo rozpalić ten zapał i pozwolić działać w sytuacji, w której wynik zależy od nas samych, a nie od kilku osób na "górze". A taka szansa już za 3 lata, warto się do tej szansy dobrze przygotować.

12 sierpnia 2011

Lepiej się nie wychylaj

Po śmierci Leppera ludzie gadają, że to był zamach. Oczywiście, logicznie rzecz ujmując do takiego podejrzenia można dojść w sposób całkowicie uzasadniony. Jednak ważna jest również przyczyna i co ludzie pomyślą - kto za tym tak naprawdę stoi. Samobójstwo jest bardzo mało prawdopodobne, szczególnie w sytuacji, w jakiej znajdował się zarówno sam śp. Andrzej Lepper i jego syn. Jeśli to służby, to zdają sobie sprawę, że przegięły i trzeba się z tego jakoś wykaraskać. A tymczasem ludzie nadal żyją w zastraszeniu znanym z PRL: "lepiej się nie wychylać". Jak się wychylisz to zaraz dostaniesz kijem po tyłku niczym te bydło, za które mają nas (i chcą, żebyśmy sami siebie za takie bydło uznawali) socjaliści. Chyba czas to zmienić?

A tymczasem polski resort MSZ dał ciała tak, że w mediach nijak nie dało się tego odkręcić. W ogóle po co oni się mieszają w wewnętrzne sprawy Białorusi? Kiedyś Polacy byli tam traktowani tak, jak u nas Amerykanie. Teraz są traktowani jak szpiedzy. Białoruś po raz kolejny strollowała polski rząd.

Zaskoczył mnie Jarosław Kaczyński. Jako socjalista zaczął obiecywać obniżkę akcyzy, pokazał też, że podatki to ponad połowa ceny benzyny (chociaż rzeczywistość jest taka, że gdyby obniżyć te podatki, to i koszt samej produkcji benzyny byłby mniejszy). Ale i tak nie przebije SLD, które też skarżyło się na akcyzę. Już nawet najgorszym socjalistom ten podatek przeszkadza - to dobry znak, bo wskazuje granicę absurdu, do której nie chcą dojść nawet czerwoni.

W ogóle wszystko staje na głowie. Wojewódzki "heiluje" w TV niczym faszysta, podobnie jak ci ludzie:
http://www.flickr.com/photos/rodwey2004/4761662627/lightbox/

Chociaż bardziej zaskoczył mnie fakt, że Nowa Prawica i JKM zostali pokazani przez kilkanaście sekund w "Wiadomościach". Co prawda to psi obowiązek telewizji przeznaczyć minimalną wymaganą przez prawo ilość czasu na każde ugrupowanie, ale materiał o Nowej Prawicy był nawet ciekawy i fajnie zrealizowany.

Ale i tak nie ma co się oglądać na media - one za nas podpisów nie zbiorą :) A to ciekawe zajęcie i miłych ludzi się spotyka, o dziwo umiejących dyskutować i nie wierzących tak ślepo telewizji jak jeszcze kilka lat temu. Problem w tym, że niektórzy na ulicę nie wychodzą, bo są przykuci do telewizora i zrobią tak, jak im pani ze szkiełka rozkaże. I pójdą na wybory mimo braku elementarnej wiedzy.

* * *
Ciekawostka: "Befsztyk Chateaubriand uzyskał swą nazwę i sławę od znanego pisarza i dyplomaty francuskiego z XVIII wieku.
Jego kucharz, nazwiskiem Montmireil, opracował własną metodę przygotowania steku. Umieszczał gruby płat mięsa z najdelikatniejszej polędwicy pomiędzy dwoma innymi płatami o tych samych rozmiarach. Taką "kanapkę" ze steków przypiekał na ruszcie, aż oba zewnętrzne płaty mięsa przypalały się na czarno, podczas gdy stek Chateaubriand znajdujący się w środku zachowywał w całej swej grubości równą różową barwę i ten sam stopień przypieczenia.
Danie było podobno wyśmienite, ale możemy powoływać się tylko na świadków współczesnych wicehrabiemu de Chateaubriand i jego kucharzowi Montmireilowi, ponieważ od ich czasów mało kto i mało gdzie może pozwolić sobie na przyrządzenie steków metodą tego francuskiego kucharza.
Podany wyżej przepis został odnaleziony we francuskiej książce kucharskiej z XIX stulecia i już wtedy opatrzono tę recepturę komentarzem stwierdzającym, iż metoda Montmireila jest zbyt kosztowna i marnotrawna."

5 sierpnia 2011

Zapłać i Umrzyj Szybko (ZUS)

Jak obiecałem, tak zrobiłem: byłem na III Manifestacji przedsiębiorców przeciw bezprawiu ZUS. Oczywiście nie jestem przedsiębiorcą. Nie mogę nim być w obecnym układzie, mimo, że chcę. Przypomina mi się fragment Kongresu Nowej Prawicy w Sali Kongresowej, gdzie prezes stowarzyszenia Wolni Przedsiębiorcy poprosił o podniesienie ręki tych, którzy mieli bądź mają firmę. Podniosło się kilkanaście rąk, spośród 2600 zebranych na sali osób. Potem poprosił o podniesienie ręki tych, którzy chcą mieć firmę. Muszę pisać, co się stało potem? :)

Organizatorzy manifestacji obliczyli, że chętnych może być nawet 3000 - piszę o tym, bo zamieściłem tę informację w niedawnej notce. Nie uwzględnili jednak pewnej rzeczy: aby przyjechać na manifestację, trzeba poświęcić cały dzień. Ja poświęciłem dwa dni, bo byłem do końca i miałem możliwość przenocowania w Warszawie - a przyjechałem pociągiem z Siedlec. Jednak ja mam trochę czasu wolnego, jestem studentem, nie mam stałej pracy. Natomiast najbardziej uciskana grupa - MiŚie (mali i średni przedsiębiorcy) muszą zrezygnować z 1-2 dniówek, muszą zostawić swój biznes, który i tak jest skutecznie tępiony. Na manifestacji byli więc obecni głównie bezrobotni, mieszkańcy Warszawy, patrioci, ale także zieloni lewacy protestujący (tym razem całkiem słusznie) przeciw GMO i monopolowi firmy Monsanto - natomiast przedsiębiorcy byli w mniejszości, o dziwo podobnie jak studenci. Warszawa ma już chyba dość tych wszystkich manifestacji, każdy już się w tym gubi i czuje przesyt. Obecna była również "Solidarność" z terenów Śląska, co mile mnie zaskoczyło, bo ci ludzie żądali też obniżenia akcyzy na paliwo. Jest jeszcze nadzieja dla "Solidarności" - muszą nią pokierować tylko dobrzy i odważni ludzie.

Bo główna przyczyna zła leży w bezczynności ludzi dobrych.

KRÓTKA RELACJA + WIDEO

Niestety, ale nie mamy co liczyć na państwowe emerytury - trzeba odkładać samemu, inwestować w kapitał, który nie straci na wartości, nie bać się rodzić i wychowywać dzieci nawet mimo trudności stwarzanych przez państwowy ucisk ekonomiczny. ZUS jest już tak zadłużony, że zapożycza się w prywatnych bankach i jest to sytuacja, która wiedzie tylko w jedną stronę - do upadku tego systemu. Chciałbym, żeby przymus ubezpieczeniowy został zniesiony - bo skoro ZUS jest taki dobry, to dlaczego jest obowiązkowy?

Ale najgorsze jest to, że po nieuchronnym rozpadzie tego systemu ludzie, którzy już wpłacili masę wypracowanych pieniędzy, nie otrzymają już z tego ani grosza - to po prostu przepadnie. Dlatego jak najszybciej trzeba wstrzymać ograbianie ludzi z wypracowanego dochodu i dopilnować, żeby wszyscy, którzy już wpłacili swe ciężko wypracowane pieniądze, otrzymali to, co im się należy z wpłaconej sumy. Państwo musi się wywiązać ze zobowiązań wobec własnych obywateli - pacta sunt servanda.

Prywatne ubezpieczenia nie różnią się od ZUSu niczym oprócz tego, że nie są przymusowe i tego, że są bardziej efektywne. Likwidując monopol ZUSu zwiększymy konkurencyjność między tymi "okropnymi prywaciarzami", którym zależy wyłącznie na zysku. Szkoda, że niektórzy zapominają, że zysk osiąga się dzięki dbałości o klienta.

Zapoznałem się dokładniej w tej kwestii z postulatami Kongresu Nowej Prawicy, z którym jak chyba widać sympatyzuję. Pieniądze na ZUS chcą oni pozyskać z prywatyzacji - więc zamiast topić kasę na wzór dotychczasowej "prywatyzacji" wg Balcerowicza, chcą z niej wywiązać się z dotychczasowych zobowiązań zaciągniętych przez państwo wobec swych obywateli. Niektórzy sympatycy Nowej Prawicy jeszcze wahają się, czy później likwidować państwowe ubezpieczenia czy nie. Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby wahających się przycisnąć do zdecydowania, czy chcą być w przysłowiowej ciąży, czy nie. A oni chcą być trochę w ciąży, po prostu kraść mniej. ZUS należy zburzyć, spalić i zaorać. A przynajmniej sprywatyzować - byłby dzięki temu bardziej efektywny, a większość miejsc pracy zostałaby zachowana i zwolnione masy urzędnicze nie musiałyby się nagle rozglądać za jakąś dla odmiany produktywną pracą.

Oczywiście nie mam nic do zwykłych urzędników - naszymi wrogami i największymi pijawkami są ci na samej górze, o których nie wiemy praktycznie nic, a którym fundujemy służbowe limuzyny i strach pomyśleć co jeszcze. I oni jeszcze śmią mówić nam, że wysokie podatki są konieczne. Hańba...

A co ze zwolnionymi z ZUSu ludźmi? Znajdą się w końcu na wolnym rynku: niektórzy założą własne firmy w wolnym gospodarczo państwie, inni po prostu przejdą (może nawet razem z budynkiem!) po prostu pod skrzydła prywatnego ubezpieczyciela, gdzie zarobią więcej i będą cieszyć się większym poważaniem w społeczeństwie. Dlatego nie boję się prezentować tych postulatów nawet urzędnikom, gdyż na wolnym rynku byłoby im po prostu lepiej. Niektórzy zapominają, że nawet urzędnicy są obecnie grabieni przez aparat państwowy.


* * *
Ciekawostka: Oto ciekawy tekst modlitwy bogacza, odkryty wśród papierów londyńskiego kupca, Johna Warda z Hackeney, żyjącego na przełomie XVII i XVIII stulecia:

"O Panie, wiesz że jestem właścicielem dziewięciu posiadłości w mieście Londynie i że ostatnio nabyłem jedną posiadłość w hrabstwie Essex; błagam Cię więc byś chronił te dwa hrabstwa Middlesex i Essex przed ogniem i trzęsieniem ziemi; a ponieważ mam także zastaw hipoteczny w Herfordshire, błagam Cię o litość i nad tym hrabstwem; natomiast z resztą hrabstw uczynić możesz, co zechcesz.

O Panie, spraw by bank odpowiadał na moje noty, a moich dłużników uczynił ludźmi rzetelnymi. Udziel łaski pomyślnej podróży i powrotu żaglowcowi Mermaid, ponieważ ja go asekuruję; a jako rzekłeś, iże dni niegodziwców policzonymi są, ufam Ci, że nie zapomnisz Twego przyrzeczenia, albowiem zakupiłem skrypt dłużny gwarantowany pewnym majątkiem, który moim będzie po zgonie tego rozpustnego, młodego szlachcica J.L."

W roku 1727 angielska Izba Gmin usunęła tego jegomościa ze swego grona, co jest bardzo rzadkim i drastycznym rozwiązaniem. Nie do końca wiadomo, za co. Być może ten "pacierz" może nasunąć pewne przesłanki.

2 sierpnia 2011

Gdzie pływać w Siedlcach?

Szczęście w nieszczęściu, że nie ma aż tak wielkich upałów. Jednak zdarzają się "łańcuszki" dni bardzo ciepłych, w których człowiek marzy o wodzie. I tym człowiekiem nie jestem tylko taki na przykład ja, młody człowiek potrzebujący ruchu. Takich ludzi jest wielu i niektórzy osiągają nawet taki poziom desperacji, by kąpać się w siedleckim zalewie. Jest to akwen, w którym można znaleźć chyba wszystko - od zdechłej krowy (głośna sprawa, kilka lat temu, efektem była mini-epidemia czerwonki) poprzez siatki i butelki, aż po granat ręczny. Ostatnio do naszego zalewu dostały się nawet ścieki - ciekawe, czy zauważalnie pogorszyły ogólny stan wody? Nie wiem, od dawna nie sprawdzałem i sprawdzać nie zamierzam mimo względnie uspokajających doniesień inspekcyjnych.

"WODA W ZALEWIE TROCHĘ LEPSZA"

Inspekcje inspekcjami - ale koń jaki jest każdy widzi - i niewielu decyduje się na kontakt z zalewową wodą, a nawet jeśli, to w stopniu ograniczonym i uzupełnionym prysznicem po powrocie do domu. Faktem jest, że w Siedlcach nie można bez obaw nigdzie popływać czy puścić dzieci do zabawy w wodzie, mimo wakacji. Niby buduje się Aquapark (w miejscu, którego Siedlczanie nie chcieli), zapewne z kosztami wstępu, które nijak nie będą pasować do rynkowych standardów. A może akurat będą, bo Aquapark będzie swego rodzaju monopolistą? Siedlce powoli nas do tej sytuacji przyzwyczajają.

Ludzie będą chcieli coraz bardziej ochłodzić się nie musząc jechać 30 kilometrów a to do Sokołowa Podlaskiego, a to do Łukowa czy Berezy. Popyt będzie zapewniony, tym bardziej jeśli przyjrzymy się ciekawej praktyce, którą spotykamy przyglądając się popularnej niegdyś pływalni siedleckiej. Otóż dość często jest ona remontowana - akurat na wakacje, "bo w roku szkolnym nie wystarcza na to czasu". Basen miał być otwarty wraz z nastaniem sierpnia. Oto, co dziś widnieje na stronie internetowej basenu:

Dyrekcja Publicznego Gimnazjum nr 4 informuje, że  w związku z przedłużającymi się pracami remontowymi nastąpi zmiana otwarcia PŁYWALNI.  Przybliżony termin oddania do użytku obiektu to 22.08.2011r.  Zaznaczamy, że termin ten może ulec zmianie.


Czy potrzeba ku temu jakiegoś komentarza? Myślę, że tak. Otóż gdyby ta Pływalnia była prywatna, właścicielowi zależałoby na stworzeniu alternatywy dla brudnego zalewu - póki jeszcze może mieć tę uprzywilejowaną pozycję bez Aquaparku jako konkurencji! Właściciel chciałby ściągnąć ludzi jak najszybciej i jak najwięcej, dlatego fachowy remont trwałby maksymalnie krótko, a zarówno ceny jak i jakość (i reklama!) byłyby zachęcające nie tylko dla mieszkańców danego osiedla, ale być może także dla okolicznych miejscowości. Zarobki pozwoliłyby na dalszy rozwój Pływalni i przedsiębiorczy sukces, przyczyniający się do rozwoju Siedlec (choćby dlatego, że po basenie można pójść na jakieś jedzenie albo chociaż kupić cukierki dla dzieci w okolicznym sklepiku). Ale to w zdrowym państwie.


A tymczasem w Łukowie... płacimy 5 złotych, siedzieć możemy 10 godzin, bez obowiązku noszenia czepka, 4 baseny (płytkie i głębokie), połacie zieleni, na której można się "rozłożyć", jedno boisko do siatkówki, drugie do koszykówki, pływamy, jemy, pijemy... i dojeżdżamy długą drogą wydając dodatkowe pieniądze na bus/pociąg/paliwo i tracąc czas, który moglibyśmy spędzić na własnej, równie bezpiecznej choć może nie tak atrakcyjnej Pływalni.

27 lipca 2011

Zakład Utylizacji Szmalu, broń i demokracja

Jutro (czwartek) o godz. 11:00 odbędzie się manifestacja przeciwko przymusowi ubezpieczeniowemu i praktykom ZUS-u. Siedlce oczywiście będą obecne. Nie z nadmiaru wolnego czasu, tylko z chęci zadania potrzebnego pytania: skoro ZUS jest taki dobry, to dlaczego jest obowiązkowy?

W tym miejscu miał być wywód o ZUSie, ale zamieszczę go w następnym wpisie, wraz z relacją z manifestacji. Prognozy mówią o 3000 uczestników, zaangażowanych jest wiele organizacji i kilka partii.

* * *
Niektórzy zapominają też, że człowiek nie jest bydlątkiem, jak próbują nam wpoić socjaliści przez swoje rozwiązania. Lektura Manifestu Normalności (dla leniwych wersja czytana: KLIK) przybliży nieco powody napisania przeze mnie poprzedniego zdania i nie tylko - odnosi się to również do poprzedniego wpisu. Chociaż większość reakcji była pozytywna, niektóre bardzo mnie zdziwiły, bo insynuowały, że porównałem ludzi do bydła. Tymczasem każdy może sprawdzić (jeśli mi nie ufacie, to np. w Cache Google), że porównałem tylko ich zachowanie, nie ich samych. Zabawne było odwoływanie się do mojej osoby, czy postąpiłbym inaczej. Siedząc tutaj twierdzę, że postąpiłbym inaczej, ale nie wiem, co by się działo "na miejscu" - na pewno próbowałbym zrobić coś sensownego, bo lepiej zginąć ratując kilka osób niż również zginąć, ale razem z resztą. Tylko, że cały sęk w tym, że ja nie postuluję wielkich ideałów "socjalistycznej wspólnoty" - i nie jestem hipokrytą.

Co więcej, niektórzy ludzie myślą, że ludzie z łatwiejszym dostępem do broni zaczną się zachowywać tak:

Swoją drogą tutaj też się dziwię, że nie odebrano broni "napastnikowi"
wątpię, żeby instynkt rządził rozsądkiem, ale może przeżyłem zbyt mało ekstremalnych sytuacji?

Abstrahując od autentyczności nagrania ;)


Ale my nie jesteśmy małpkami, nie zaczniemy strzelać od razu jak ktoś nam da broń, nie zwrócimy się nagle przeciwko władzy. Co nie zmienia faktu, że jakość władzy jednak się poprawi... Wolę żyć w kraju, gdzie każdy może "na wszelki wypadek" mieć broń, niż w kraju, w którym pozornie wolnemu człowiekowi komunistyczna elita pluje w twarz i śmieje się z tego, że jest bezkarna wobec swoich kłamstw i przewinień. Nie, żeby ich zabijać... wtedy zamienimy się w to, z czym walczymy, o czym niejaki F. Nietzsche powiedział kiedyś kilka trafnych słów (chociaż z drugiej strony popularny jest też pogląd, że gen. Pinochet popełnił błąd socjalistów wywożąc z kraju, nie odsyłając na "tamten świat"). Jednak brak choćby najmniejszej odpowiedzialności karnej za niewywiązywanie się z obietnic wyborczych prowadzi do sytuacji, jaką zafundowała nam "liberalna gospodarczo" PO.

Biorąc rzecz z punktu widzenia marketingu politycznego głosując na daną partię dokonujemy pewnej niejawnej umowy - zakupu danego towaru, który zostanie wybrany przy założeniu, że większość "konsumentów" zagłosuje tak samo.

A tymczasem ZUS bankrutuje, a politycy mają w głowie tylko jedną myśl: "oby tylko nie za mojej kadencji!". I coraz bardziej zadłużają kraj.


Pewnie ktoś spyta, czy mam jakiś genialny pomysł na to, jak taką umowę wyegzekwować? Otóż: nie mam fioletowego pojęcia. Trzeba zmienić system na taki, w którym odpowiedzialność i długoterminowe podejście do rządzenia, z możliwością natychmiastowej prawnej reakcji obywatelskiej w oparciu o daną umowę - bez czekania do następnych wyborów. Niewielu wie, że program A. Olechowskiego (lipny, ale ja nie o tym) był sporządzony w formie umowy, oczywiście nie do wyegzekwowania, ale jednak. No i żeby nie było niedomówień - oczywiście jestem zwolennikiem Republiki i wrogiem demokracji, przed którą przestrzegał np. Platon.



Bardzo ciekawy jest też fakt, że nie trzeba było kamer i nowoczesnych metod kryminalistycznych, aby przestępczość w związku z bronią utrzymywała się na niskim poziomie. Kto mi wytłumaczy, dlaczego wzrosła ona dopiero wtedy, kiedy zabroniono obywatelom broni posiadać, mimo znaczącego postępu technologicznego?




* * *
Krótka ciekawostka, bo wpis długi:
"Oficerowie tureckiej marynarki wojennej za czasów ottomańskich nosili na czapkach drewniane modele swoich okrętów".


Ach, przynajmniej nie było rozproszenia odpowiedzialności ;-)

25 lipca 2011

Dostęp do broni palnej

"Gdyby w '39 co drugi Żyd miał broń, nie byłoby Holokaustu" - Janusz Korwin-Mikke


Nie miałem dostępu do Internetu (ani do broni palnej), więc przerzuciłem się na telewizję. Tam oczywiście ciągle o zamachu w Norwegii. To oczywiste, że informacje są nieobiektywne - ale nikt nigdy nie będzie obiektywny. Są jednak pewne granice i wczoraj miarka się przebrała - w "Wiadomościach" poruszono kwestię powszechności dostępu do broni. Bardzo miło, że podano zagęszczenie posiadaczy broni w Finlandii, spokojnym kraju, gdzie broń można dostać bardzo łatwo. Podano też informację, że Polska jest najbardziej restrykcyjnym krajem jeśli chodzi o dostęp do broni - to oczywiste, że przestępcy mają broń bez względu na prawne ograniczenia (w końcu są przestępcami!) i ilość incydentów z udziałem broni palnej jest o wiele większa niż w takiej Finlandii czy właśnie Norwegii. Mimo to broń, której tradycja noszenia była tak żywa w II RP, jest dziś u nas najtrudniej dostępna. I tutaj dochodzę do momentu, w którym wypowiedział się rzecznik Komendy Głównej Policji. Oczywiście był stanowczo przeciwny liberalizacji prawa w kwestii dostępu do broni. Trzeba więc zapytać: dlaczego? Otóż dlatego, że to właśnie służby mundurowe (więc państwowe) i ochroniarskie (ściśle kontrolowane przez państwo) mają monopol na broń i często dzięki temu taka Policja czy "Ochrona" mogą pozwolić sobie na więcej, niż się przewiduje (vide sprawa w Lublinie, z której znamy obrazek Palikota z pistoletem i wibratorem - to właśnie tam i wtedy policjanci zmuszali młode dziewczyny do czynności seksualnych, przystawiając im broń do głowy). Gdyby obywatel również miał broń, czułby się bezpieczniejszy nie tylko wobec bandziorów, którzy tak czy siak broń zdobędą - ale również bezpieczniejszy przed władzą.

Warto tutaj przypomnieć słowa Thomasa Jeffersona, jednego z Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych Ameryki:
"Najmocniejszym powodem, by utrzymać prawo do posiadania i noszenia broni przez ludzi jest to, że stanowi ono dla nich ostateczny środek do obrony przed tyranią rządu"


I teraz powróćmy do Norwegii... kim były ofiary zamachowca? Była to grupa szczególna - młodzieżówka norweskiej lewicowej Partii Pracy. której umysły żyją wśród socjalistycznych mrzonek, gdzie naiwność przesiąka nie tylko sferę gospodarczą, ale dotyka również kwestii broni. Są to przeciwnicy posiadania broni. A teraz pomyślmy, ile ofiar byłoby, gdyby tamci ludzie posiadali broń palną? Dwie, trzy? Zamachowiec zdążyłby wystrzelić maksymalnie kilka razy przed własną śmiercią wymierzoną przez najbliższą osobę posiadającą broń. Zazwyczaj tak kończą się zamachy w USA i ten zamach skończyłby się tak samo w Norwegii - ale nie w tej grupie. Grupie, która uciekała w popłochu jak zindoktrynowane, uległe bydło, które nie ośmieliło się napaść kupą na agresora i odebrać mu broń (skoro sami jej nie posiadali, wraz mogli zredukować liczbę ofiar!).

Jest to zbrodnia krwawa i niedopuszczalna, nieludzka. Była szykowana długo, więc i grupa była dobrana starannie. Grupa ludzi uznających się za pewien rodzaj bydła (w tym kierunku socjalizm kształtuje ludzi) była idealnym celem - bo kiedy przychodzi niebezpieczeństwo, wielkie ideały socjalistycznej wspólnoty pryskają - a to w las, a to do wody - i tam giną. Zamachowiec osiągnął swój cel zbierając krwawe żniwo i rozgłaszając swe nazwisko i czyn na cały świat. A można było tego uniknąć tak łatwo...


Zamiast ciekawostki, dwa bardzo ważne cytaty Benjamina Franklina, bo wpis jest śmiertelnie poważny.


"Ci, którzy są skłonni poświęcić wolność dla poczucia bezpieczeństwa nie zasługują ani na jedno, ani na drugie i stracą oba"

"Demokracja jest wtedy, kiedy dwa wilki i owca głosują, co zjedzą na obiad. Wolność jest wtedy, kiedy dobrze uzbrojona owca podważa wynik głosowania!"

21 lipca 2011

Minimum szacunku

Będzie maksymalnie krótko. Niby wakacje, a ja nie mam czasu na napisanie czegoś fajnego na blogu. Niemniej, dyskutuję na wielu płaszczyznach, czasami również z osobistościami znanymi szerokiemu gremium. Dzisiaj przytrafiło mi się coś takiego z p. Martinem Lechowiczem, z którym na żywo już zdążyłem podyskutować na tematy religijne i była to dyskusja bardzo miła i ciekawa. Na osobności zazwyczaj gada się lepiej, bo rozmówca dostosowuje się do nas. Ale w Internecie chęć wpisania się w kreowany obraz swojej osoby często wygrywa z problemowym podejściem do sprawy. Nie będę przeciągał, poczytajcie sobie:




I co o tym myślicie? Zaorane, czy może nie mam racji?

17 lipca 2011

Pseudokibole

Na wstępie proszę wszystkich blogerów, którzy sprzeciwiają się cenzurze Internetu, o podpisanie się pod niniejszym listem-petycją: KLIK


Pewnego dnia zauważyłem, że w polskich mediach stopniowo forsuje się coraz to nowe pojęcia, kreowane tak, żeby w połączeniu z kontekstem, z którym zawsze muszą się wiązać, zmieniały nastawienie odbiorcy do danej grupy. Z jednej strony rebelianci, bojownicy o wolność, buntownicy - z drugiej ekstremiści, radykałowie i fundamentaliści. Jak bardzo boli świadomość zbezczeszczenia tych pojęć! Ale o tym napisałem niemal rok temu, w pierwszym wpisie na tym blogu: KLIK

Zastanawiałem się - kiedy miarka się przebierze? Czy w tej nowomowie dojdziemy do absurdu znanego z PRL-u? No i nie musiałem czekać długo - w pewnej prywatvnej telewizji pewna prezenterka użyła ciekawego określenia na pseudokibiców. Nie byli to już "kibole". To byli "pseudokibole"! Nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać, więc zgłupiałem. Czyżby podobnie jak "radykalizm" uległ zbezczeszczeniu przedrostek "pseudo"? A może to takie celowe przejęzyczenie prezenterki - w końcu nie mówiła o chuliganach, tylko o wszystkich kibicach - wszystkich przedstawiała w tym samym złym świetle.

Dzisiaj na Mszy Św. było ciekawe czytanie - o tym, jak słudzy chcąc wyrwać chwasty spośród rosnącej pszenicy zostali powstrzymani przez swojego pana, którzy polecił im poczekanie aż do żniw, bo wyrywając chwasty teraz mogą wyrwać również młodą pszenicę. To, co robią obecnie media, to wyrywanie wszystkiego, co tylko da się wyrwać. Muchę, która siadła na czyjejś głowie, zabijają kowadłem. A wszystko wskazuje na to, że mucha i tak zdąży uciec...

I jak mamy teraz myśleć o reżimowych mediach? Jak widać nawet status prywatnej telewizji nie gwarantuje wiarygodności, gdyż media zawsze muszą być krytyczne. Kiedy są one tubą propagandową rządzącej grupy, mamy do czynienia z przekręceniem ich roli. Ale czego spodziewać się po socjalizmie, który jako anty-ustrój przekręca nie tylko gospodarkę, ale także pojęcia i rzeczywistość przedstawiając je we własnym krzywym zwierciadle?

Czym teraz różnią się główne wydania programów informacyjnych? Przeciętny Kowalski co pół godziny, przełączając kanały ogląda to samo, tylko, że w innym opakowaniu. Dlaczego trzeba dorwać się do Internetu, żeby odkryć, że danego dnia wydarzyło się o wiele więcej naprawdę ważnych zdarzeń?

Tymczasem premier Putin nie otrzymał "Kwadrygi", pewnej nagrody rozdawanej w Niemczech. W polskich mediach państwowych wrzawa, przy okazji lansowanie Tuska i Barosso. A ciekawe, co na to rosyjskie media państwowe? Ciekaw jestem, czy przez cały dzień będzie przynajmniej 6 sekund (czyli tyle, ile w marginesowej Superstacji pokazano Marsz Nowej Prawicy, gdzie ponad 2000 ludzi przeszło przez centrum Warszawy) ;-)


* * *
Ciekawostka:


"Pies może rychlej zdechnąć z braku snu, niż z braku pożywienia."


Wniosek? Szkoda, że media nie są czasem jak ten pies.

9 lipca 2011

Kultura i immunitety

Znowu o mediach, ale myślę, że mój punkt widzenia będzie ciekawy.

Jak już wiele razy wspominałem, TVP2 jest stacją jak najbardziej lewicową i kontrolowaną przez SLD - to jest info nieukrywane, w końcu kierownictwo telewizji publicznej jest obsadzane siłami politycznymi, aby zapewnić "niezależność" - czy jakoś tak. Stąd też bardzo lubię oglądać tę stację, gdyż mam potem co opisywać na blogu.

Panorama. Informacja o "artystach", którzy postanowili złamać polskie prawo i występować nago w miejscu publicznym. Oczywiście skończyło się interwencją policji i mandatem - co nota bene dało pretekst do rozgłosu tymże artystom. Policja została oczywiście obśmiana przez prezenterki Panoramy, jaka to "wyczulona na kulturę", ale w innym znaczeniu. Wzięto też wypowiedź aktorki, która niczego złego nie widzi w nagości w sztuce - no dobra, ja też nie widzę niczego złego, jeśli wiadomo, co czeka widza i kiedy sam się na to godzi. Teatr to nie jest przestrzeń publiczna, w której narzuca się przechodniom różne widoki. Telewizja niestety tego nie dostrzegła. Szkoda też, że relacje pomijały tutaj rolę prawa, które jest przestrzegane na równi wobec każdego, wyłączając immunitety: polityczne i dyplomatyczne. Dlaczego więc nazwanie siebie "artystą" ma nadawać taki immunitet?

Swoją drogą ciekawe, jak zareagowałaby ta stacja po tym, gdyby ktoś zaszlachtował staruszkę na ulicy w ramach "przedstawienia" i w imię "sztuki".


Pierwsza kwestia omówiona. Teraz kolejna: mianowicie ostatnio pisałem o programie "Europa da się lubić". Całkiem niedawno prezenterka tego programu skompromitowała się na całej linii w innej stacji, TVN. Wielu pewnie już o tym słyszało, dlatego nie przybliżam całej sytuacji, a pełną rozmowę zamieszczam tutaj: KLIK.

Polecam uważnie obejrzeć całość. Nie chodzi tutaj bynajmniej o chamskie zachowanie p. Moniki (ach, te Moniki w mediach!), przerywanie, śmiechy-hihy, próżność, bagatelizowanie rozmówcy ze względu na jego młodszy wiek (p. Bosak ~30 lat, ale co tam, Richardson jest starsza, to musi mieć rację!). Chodzi tutaj po prostu o kolejne złamanie prawa, mówi się już o pozwie sądowym wobec prezenterki Richardson. Mam nadzieję, że dojdzie do skutku i że fakt bycia telewizyjną celebrytką również nie nada immunitetu i nie zwolni od przestrzegania prawa. Bo o kulturze już nie mówię (a warto zaznaczyć, że p. Monika prowadziła pasmo kulturalne w TVP Info).


* * *
Ciekawostka:
Przeciętna letnia burza wyzwala energię o mocy trzynastokrotnie większej, niż energia bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę, której ładunek odpowiadał 20 000 ton TNT.



Obawiam się, że tego lata burze (te w atmosferze i nie tylko) będą szczególnie gwałtowne...

5 lipca 2011

Jednodniowe wybory

Wiem, wiem, miało być o JKM, ale nadal czekam na zdjęcia, wywiad z YT usunięty przez radio, a relacji na tymże portalu jeszcze nie ma (a rozdrabniał tego nie będę). Tymczasem w telewizji propaganda na całego: stara "Europa da się lubić" leci już co najmniej od miesiąca (widocznie program dobrze wpłynął swego czasu na referendum), ciągła mowa o "prezydencji" (wpajanie błędnej terminologii) itd. Najciekawsze jest to, że propaganda nie idzie na zewnątrz kraju, tylko do wewnątrz. Takie to promowanie Polski za nasze pieniądze - a może to po prostu promowanie polskiego rządu...

Czyli kolejny odcinek serialu pt. "Jak nabić sobie poparcie za pieniądze wyborców".

Ale wczoraj stała się rzecz doprawdy niesłychana, takie medialne zaskoczenie: Prezydent nieformalnie ogłosił, że wybory będą jednodniowe - och, tak, jaki to ukłon w stronę pozostałych partii, jakąż to "figę" pokazał Platformie, niech no teraz ktoś spróbuje powiedzieć, że Komorowski jest marionetką! Problem jednak w tym, iż dwudniowe wybory z założenia są niezgodne z Konstytucją, a Prezydent zarządzając takie wybory jednocześnie rozwala kampanię partiom. No i robi sobie kolejny wstyd przy wyborcach z powodu nieuctwa. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego to nadal mocno medialna sprawa, więc Pan Bronek utraciłby część szacunku ze strony ludzi przyssanych na co dzień do telewizora.

Oczywiście nie mogło obyć się bez komentarzy ELITY politycznej narodu. Najbardziej rozśmieszyła mnie wypowiedź posła Wenderlicha, który pochwalił decyzję słowami "stare, ale jare" - czyżby zabrzmiała w nim teraz nutka konserwatysty?

Oprócz uśmiechu, było też zdziwienie. Otóż reżimowe media przypomniały kilka wpadek Prezydenta. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom i nadal głowię się nad tym, czym mógł im podpaść... tego pewnie się nie dowiemy, natomiast logicznie można wysnuć wniosek, iż władza boi się jeszcze mediów. Media korzystają z tego statusu, również jest to całkiem logiczne. Tylko jaki mieli powód...? Jedyne, co przychodzi mi do głowy to sprawa ze sprawozdaniem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Sprawozdanie te odrzuciły wszystkie partie oprócz SLD. To by się nawet pokrywało ze wzmożoną obecnością komuchów i ich wypowiedzi np. w niedocenianiu lewicy w jej staraniach w członkostwie w UE. Jakby nie było, mają rację - tęsknota za ZSRR dała o sobie znać i wyrzuceni spod Moskwy wepchnęli się pod Waszyngton i Brukselę.

I to tyle, bo mam mało czasu. Z racji ograniczonego dostępu do Internetu więcej działam w terenie - i dobrze, skutki na pewno są bardziej namacalne ;-) A w wolnej chwili odświeżyłem sobie pewną "starą, ale jarą" grę. Ciekawe, czy spodobałaby się posłowi Wenderlichowi.



Grał ktoś za młodu? :)

29 czerwca 2011

Spotkanie z Januszem Palikotem - cz. 2

Właśnie przed chwilą w państwowej telewizji wystąpił na żywo Krzysztof Rybiński. Traf chciał, że gestykulując rozlał wodę. W tej sytuacji obawiam się, że widzowie zapamiętają raczej ten wypadek, niż to, co gość powiedział. A mówi bardzo sensownie, można sprawdzić tutaj: http://www.rybinski.eu/?lang=all


A teraz wracamy do spotkania z Panem P. Otóż, jak już napisałem w poprzednim wpisie, nadszedł czas na pytania. Pierwszy wyrwał się znany siedlecki narkoman, co prawda sympatyczny, luzacki, ale trochę zagubiony człowiek. Reagował żywo, klaskał najgłośniej, o wybuchach gromkiego śmiechu w odpowiednich momentach nie wspominając. Było barwnie, co mi się podobało. Jego towarzyszka uspokajała go, nawet krytykowała - ale Janusz Palikot przyćmiewał jej autorytet w zupełności. Przyszedł czas na zadanie pytania. Po dwóch minutach opierania się o kolumnę i dość zawiłego sposobu mówienia padło w końcu stwierdzenie: "bo ja jestem... Panie Januszu... pana... kibicem...". No i w tym momencie nie byłbym sobą, gdybym nie krzyknął: "Widać!". W jednej chwili mikrofon został odebrany pierwszemu pytającemu, ale książkę i tak dostał, gdyż była ona obiecana każdemu, kto zada pytanie. Abstrahując od środków i celów tego zabiegu, jest to bardzo fajne działanie - bo posiadając pamiątkę po spotkaniu pamięta się o gościu, nie "wylatuje" on z głowy - a nawet pytanie mu zadaliśmy! I odpowiedział! A książkę być może ktoś jeszcze przeczyta, a jak przeczyta to może polubi (w końcu od tego są książki polityków - mają pozyskiwać oddanych, zaangażowanych sympatyków [bo dzisiaj przeczytanie książki to już niezłe zaangażowanie] i w taki też sposób są pisane).

Z pytań, które warto przytoczyć, pojawiła się kwestia osławionego pistoletu i wibratora (zdjęcie chyba każdy zna i oszczędzę sobie trud zamieszczania go). Z samego zdjęcia wyraźnie widać, że coś tu jest nie tak i osoba na zdjęciu jest, lekko mówiąc, ekstrawagancka. Palikot tłumaczy to tym, że w pewnej miejscowości (niestety nie pamiętam jakiej, memoria mea fragile non est, ale to taki szczegół, którego się zwyczajnie nie pamięta) policjanci pod pistoletem zmusili kilka młodych dziewczyn do seksu oralnego. Sprawa paskudna, ale media się tym nie interesowały, funkcjonariusze byli kryci. Podobno dopiero po tym zdjęciu zajęto się istotą sprawy, kosztem wizerunku biednego Palikota - Winkelrieda Młodych Dziewic. Dlaczego teraz kpię? Owszem, jeśli to prawda, co powiedział, to jest człowiekiem zacnym i szlachetnym, godnym pochwały. Jednak osobiście myślę, że akcja po prostu mu nie wyszła - wystarczyło oficjalnie i głośno poruszyć tę sprawę z poziomu autorytetu Posła RP, a nie pajacować - a nawet jeśli pajacować, to dodać do tego zdjęcia planszę z wielkim napisem typu "Stop policyjnym gwałcicielom!" - i sukces murowany! Jakkolwiek sytuacja dyskusyjna, to w ostatecznym rozrachunku widać, że mediom zależy na czymś innym niż na rzetelności, i że są one zależne w stopniu niezwykle wysokim.

Pytania padały różne (np. o elektrownię atomową, książkę Grossa), widać było przy tym wyraźną przewagę przeciwników gościa, ale było kulturalnie. Kilku widzów miało nawet transparent "Zaorać lewactwo!", ale nawet go nie rozwijali, było cicho i spokojnie. Nie chcieli dobijać oblężonego Palikota, gdyż wystarczały same odpowiedzi i reakcje publiczności np. na stwierdzenie, że "Nie da się zlikwidować ZUS, bo to niewykonalne", "Bo tak jest" itd. Z drugiej strony, retoryka i gestykulacja Pana P. budziła respekt - widać wpływ Piotra Tymochowicza (którego kiedyś zaprosiliśmy do Siedlec jako SKNP, opisałem te spotkanie TUTAJ). Palikot zgubił też sporo kilogramów i zadbał o fryzurę. Nie nosi też już wielkiego, czerwonego zegarka - takiego jaki noszą dziewczynki w przedszkolu (widać go ładnie na plakatach RPP) :) Widać, że wielką wagę przykłada do wyglądu i do osiągania sukcesów, powinien jednak popracować nad aspektem merytorycznym. Już opowiadam, dlaczego.

Po spotkaniu, wszyscy, którzy dotrwali do końca, otrzymali książkę z dedykacją (a należało się, bo zaczynała mnie już boleć głowa). Korzystając z okazji, choć z trudnościami, spytałem:

Ja: Panie Januszu, Pan deklaruje się jako polityk wolnorynkowy, ale jak widzę punkty Pana programu: stworzenie urzędu do walki z biurokracją (sic!), rozdawanie prezerwatyw, darmowy dostęp do Internetu, finansowanie in vitro z budżetu państwa... To nasuwają mi się pytania: co z producentami i dystrybutorami prezerwatyw, co z dostawcami Internetu, co z prywatnymi klinikami i co z wolnością człowieka jeszcze nienarodzonego? Czy to ma być wolny rynek, liberalizm? Jak dla mnie to jest Pan socjalistą czerwonym, a nie liberałem!


Oczywiście nie wyglądało to tak pięknie i składnie, bo nieźle mi przerywano, ale oczywiście odpowiedź usłyszałem:

Palikot: Ale proszę mi pokazać, w którym kraju zbudowano taki pełny liberalizm.
Ja: Dobrym przykładem są pierwsze dziesięciolecia istnienia Stanów Zjednoczonych.
Palikot: Ale to nie tak, to trzeba by było poświęcić osobną dyskusję na to, bo tak nie było.
Ja: No jak nie było (mamrotanie)


Jak widać, zostałem zbity z tropu siłą argumentów, ale (cytując) "mimo różnic" otrzymałem książkę z dedykacją, uścisnęliśmy sobie dłonie i zrobiliśmy słodką fotkę w sam raz na facebooka :)

Dzisiaj bez ciekawostki, bo jest ciemno, a po ciemku nie przepiszę żadnej z mojej książeczki ;-) Będę teraz pisał już częściej i krócej - zgodnie z życzeniami Czytelników. Postaram się niebawem krótko opowiedzieć, jak było na spotkaniu z Januszem Korwin-Mikke.

23 czerwca 2011

Spotkanie z Januszem Palikotem - cz. 1

10 czerwca w piątek, o godz. 17:00 miało odbyć się w Siedlcach spotkanie z Januszem Palikotem. Odbyło się o 18:20, ale obietnica rozdania książek gościa z autografem dla każdego, kto wytrzyma do końca spotkania, zatrzymała wszystkich 67 widzów w tej 200-osobowej sali, której wynajem kosztuje (bazując na moich wcześniejszych rozmowach z, warto zaznaczyć, uprzejmą i sympatyczną kierowniczką) bagatela 2000 złotych. Problemy techniczne, niekompetencja organizatorów z RPP (którzy niczym nie zajęli oczekujących, bezskutecznie namawiając do wypełniania deklaracji członkowskich) świadczy o tym, że ta grupa może sobie pozwolić na olbrzymie wydatki i nic sobie z nich nie robi. Masa kasy z centrali zasila coś skrajnie nieefektywnego, wręcz szkodliwego dla RPP. Ale to nie mój problem - gorzej było z czekaniem. Jednak cały dyskomfort prysnął w niepamięć w chwili pojawienia się gościa na sali. Przechodząc, zatrzymał się, żeby głośno wyrazić żal z powodu posiadania najgorszej drogi (Warszawa-Siedlce) w Polsce. Myślał, że najgorsza jest droga z Lublina do Warszawy, ale teraz zmienił zdanie. Od razu zaczęło się opowiadanie i wyliczanie tego, co jest złe i jak to niedobrze się teraz dzieje. Oczywiście nie sposób było nie przytakiwać, ale wydaje mi się, że technika oczywistości nie osiągnęła swojego celu - pozyskania wsparcia słuchaczy, w stylu "hmm, dobrze mówi" i popłynięcia dalej na tej fali.

JP nie zapomniał pochwalić się, że tylko on uczestniczy w tak wielu spotkaniach. Jednak natychmiastowo został "zgaszony" przez jednego z widzów twierdzącego, iż to Janusz Korwin-Mikke, mimo podeszłego wieku, uczestniczy w takich spotkaniach najczęściej. Palikot niechętnie, ale przyznał mu rację. Szybko jednak zepchnął to na dalszy plan, dodając niezwłocznie, że na tym właśnie przykładzie widać, kto musi się poświęcać (partie spoza parlamentu), a kto z nadania ma wsparcie w mediach.

Co do przerywania, kiedy mówił o połączeniu ZUS-u i KRUS-u, z sali równie gwałtownie padła propozycja, że lepiej po prostu zlikwidować ZUS i KRUS, te niewolące podatników instytucje, niż szukać połowicznych rozwiązań i oszczędności - bo skoro ZUS jest taki dobry, to dlaczego jest obowiązkowy? Niestety, dla Pana P. takie rozwiązanie jest niemożliwe - "bo tak". "Nie no, tego zrobić się nie da". Tutaj muszę wtrącić się i ja z taką myślą: gdybym miał raka, to wyciąłbym go od razu, całego. Jeśli wyciąłbym tylko połowę, to on zaraz urośnie jeszcze większy. Myślę, że z połączenia ZUS-u i KRUS-u poziom biurokracji i wydatków spadłby tylko na pewien krótki czas. Później wszystko wróciłoby do "normy", a może i jeszcze gorzej. I wcale nie dlatego, "bo tak" - po prostu jedna instytucja z czasem będzie mogła pozwolić sobie na więcej, gdyż nie będzie już argumentu, że rolnicy mają lżej.

Janusz Palikot przedstawił, jak system polityczny stwarza warunki, gdzie szefowie partii mogą wyrzucać ludzi z partii praktycznie bez podania powodu. Przykłady można mnożyć: Marek Jurek (po chęci zadania pytania na zebraniu partyjnym), Ryszard Kalisz (po wystąpieniu na Kongresie Palikota w roli prelegenta), Elżbieta Jakubiak i Joanna Kluzik-Rostkowska (po krytyce języka użytego w kampanii J. Kaczyńskiego), aż w końcu walka chcącego utrzymać się na stołku Tuska, przeciwko Grzegorzowi Schetynie. Skarżył się na sytuację, w której przez 3 lata nie mógł wprowadzić w PO żadnego z projektów Komisji Nadzwyczajnej "Przyjazne państwo". Omówił też propozycję przekazania 1% podatku do wyboru: na organizacje pożytku publicznego, Kościół, armię i kulturę - trzeba byłoby więc decydować, co jest "ważniejsze". Stwierdził także, iż armia nie obroniła Polski - a kultura owszem... To już oczywiście bzdura i przegięcie, bo tylko silna armia jest w stanie odeprzeć atak, kultura natomiast tylko pomaga przetrwać okupację.

Przyszedł w końcu czas na pytania, gdyż przemowa była skrócona z racji opóźnienia. Ale o tym w następnym wpisie :)


* * *
Długa, ale interesująca Ciekawostka:


"Jeszcze w 1960 roku na wyspach u wybrzeży peruwiańskich żyło ponad 32 miliony pelikanów. Żywiły się ulubionymi sardelami, których ławice upodobały sobie tamtejsze płycizny Pacyfiku. Ekskrementy ptaków tworzyły na wyspach grube pokłady, wykorzystywane jako cenny nawóz ze znaczną zawartością związków azotowych. Do Europy trafił w połowie ubiegłego stulecia, ale na wybrzeżach Pacyfiku używali go już Inkowie do nawożenia swoich pól.

Peruwiańskie "huano" stanowiło przez wiele dziesięcioleci źródło sporych dochodów dewizowych państwowego monopolu eksploatującego złoża na wyspach. Wreszcie ktoś zorientował się, że to wcale nie pelikanom, lecz właśnie sardelom zawdzięczać należy ów cenny nawóz.






Zamiast archaicznego i mało ekonomicznego zbierania nawozu na wyspach przestawiono się na przetwarzanie sardeli bez pośrednictwa pelikanów. Obliczono, że z 20 ton tej ryby skonsumowanej przez ptaki uzyskiwano zaledwie 1 tonę nawozu. Fabryki produkujące nawóz z samych sardeli osiągają tę samą ilość już z niespełna 6 ton ryby.


Miejscowi rybacy zaczęli wreszcie zarabiać, znalazła się również praca w fabrykach, a monopol państwowy wzmocnił znacznie pozycję waluty peruwiańskiej na rynkach światowych. Utraciły tylko pelikany. Przemysłowo rozwinięte rybołówstwo nie pozostawiło dla nich wiele sardeli. Ptaki zdychały tysiącami. Ich ilość oblicza się obecnie na ledwie 3 miliony. Co roku głodujące ptaki atakują targi rybne w Limie."




I cóż rzec... mamy chyba kolejną sytuację (obok słynnych wróbli za czasów Mao Zedonga), w której państwowe zarządzanie zrobiło "kuku" naturze. Nie mówiąc już o prawdopodobnym marnotrawstwie środków, nepotyzmie na stanowiskach kierowniczych itd. - ale w to nie wnikam, bo nie o tym mowa w ciekawostce.

A wracając do tematu, nie można łykać wszystkiego jak młode pelikany - dlatego właśnie warto uczestniczyć w takich spotkaniach, a nawet je organizować. Można dowiedzieć się wielu nowych, mniej oficjalnych rzeczy, zadać kłopotliwe pytanie, przy odrobinie pracy wręcz merytorycznie zaorać gościa (o czym w następnym wpisie) - no i walnąć sobie fajną fotkę na fejsa! :)