30 marca 2011

Lipia.

Libia, Japonia, Smoleńsk, Biedronka. Jakże ważkie i wpływające na sytuację Polski kwestie, w pełni zasługujące na maksymalne zainteresowanie mediów!

Tymczasem, mój odpowiednik w realu (no dobrze, już nie robię aluzji do tego eRepublik) Radosław Sikorski ma ręce pełne roboty z powodu sporów. Hmm, zapewne z jakąś Rosją te spory, albo z Białorusią. No, nie do końca, gdyż właściwie to z USA, naszym największym bratem. A konkretnie to z Żydami domagającymi się naszego majątku - tutaj nasz MSZ (swoją drogą zauważmy jak nazywa się jego żona - to jest dopiero paradoks!) w doskonałym stylu i ze stoickim spokojem przedstawia coraz to nowe (aczkolwiek same w sobie stare) dokumenty podważające żądania Żydów. Samo USA nie jest jeszcze aż tak tragiczne - Izba Reprezentantów wystosowała bowiem apel do władz litewskich w związku z łamaniem praw tamtejszej polskiej mniejszości.

Fakt, podczas pożegnania Adama Małysza mowa prezydenta pierwszy raz mi się spodobała (ta na scenie, nie z osławionymi sztućcami) - widać, że to "swój chłop", a raczej nie reprezentant na salony. Jednak nadal szczerze żałuję, że w prawyborach w PO, po jakże spontanicznej debacie, nie wygrał Sikorski. Facet jest obyty w świecie, zna angielski lepiej nawet ode mnie (sic!), co więcej, zna mentalność świata zachodniego - w końcu dorastał w nim. Aparycją również przewyższa większość naszych włodarzy - choć ja się nie znam - żeby nie było!

Niestety, Donald Tusk chciał mieć pod sobą marionetkę, a nie polityka zdolniejszego od siebie - albo przynajmniej takiego, który potrafił pokazać "figę" PiS-owi i zapewne stać byłoby go na to samo wobec PO. Ba, nawet teraz czasem śmie mieć własne zdanie! Co gorsza, nie tylko on - od Tuska PO zaczyna się oddalać, coraz bardziej stanowczo. Nie chcą szefa rozdającego karty - i to jest oczywiście na korzyść PO, które mogłoby utracić wiele na skutek stania się wodzowską partią "PiS bis".

I pewnie wiele osób pomyśli sobie teraz: "Newsweeka czytał, burżuj j***ny" - ale muszę te osoby zawieść. Kolega dał mi dziś do poczytania :) Stąd tematy, które poruszyłem i rozwinąłem tak ciekawie jak umiem.


* * *
Dobrze, ale co to ma wspólnego z tytułową Libią? Szczerze mówiąc, niewiele, ale również chciałbym dziś poruszyć tę kwestię. Taaak. Lubię zaskakiwać.

Już chyba każdy widział zdjęcia obściskujących się z Kadafim polityków zachodnich - tych samych, którzy teraz wspierają rebeliantów i strzelają Tomahawkami w obiekty "reżimu", w imię obrony ludności cywilnej (a że zginęło kilka dzieciaków - cóż, prawa wojny, my nadal bronimy cywilów!). Dzisiaj okazuje się, że myśliwce i rakiety nie wystarczą - operację przejmuje NATO, a Kadaffi kontratakuje. Straszne rzeczy, bo to będzie wielki wstyd kiedy jakiś piaskowy ludek pokona pięć wielkich potęg, a biedni rebelianci nie przywrócą "monarchii" (monarchia jest oczywiście lepsza, ale obecnie tak jakby reprezentował ją Kadafi swoją autorytarną władzą - kiedy zwyciężą rebelianci, będziemy mieli do czynienia z kolejnym reżimem islamskim... i to rzut beretem od włoskich wybrzeży Unii Europejskiej).

Wielka szkoda, że każdy podnieca się tą właśnie wojną, ale wiadomo - ropa. W wielu innych krajach, jak np. Sudan, czy Wybrzeże Kości Słoniowej, rzezie są ogromne, wojny trwają od dawna - jednak nikt się o to nie martwi, w końcu nie ma tam aktualnie potrzebnych surowców.

Co jest w tym wszystkim jednak najgorsze? Otóż pewne media usprawiedliwiają podwyżki cen paliwa, cukru, ogólnie żywności (niebawem również mleka i jego przetworów - a tutaj ciężej zrobić zapasy, więc nie róbmy ich i nie napędzajmy popytu i cen) sytuacją w Libii - "bo ropa". Jeszcze spotkałem się z gadaniem, ze kryzys w Japonii tak wpływa na nasz kryzys (na szczęście szybko to wyśmiano, bo co prawda Polska miała być drugą Japonią [Irlandią też, ale o Japonii była mowa w PRL-u] ale jakoś inne kraje w naszym regionie nie mają problemów z podwyżkami cen). Tymczasem wydobycie ropy naftowej w Libii nie spadło nawet o baryłkę. Co więcej, OPEC ma w zapasie duże rezerwy wydobywcze do otwarcia w każdej chwili, na wypadek, gdyby zabrakło tej ropy. Naturalnie, podwyższają ceny, bo Libią można to usprawiedliwić - jednak tutaj Arabia Saudyjska chce po prostu zarobić na panice, natomiast wysoka cena naszej benzyny to wina wszelkich podatków, w tym zabójczej akcyzy.

A propos akcyzy, to świat staje na głowie - SLD skarży się na wysoką akcyzę! Ta informacja była dla mnie szokiem. Wódz PiS zrzekł się immunitetu, senator PO odchodzi z tej wielce prestiżowej cool i trendy partii (bo wstyd w niej nie być), a już niedługo PSL zacznie szukać oszczędności na rolnikach ;-) Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie - oby tylko zyskać poparcie. Jak już pisałem na tym blogu, politycy zrobią wszystko dla poparcia i gdyby wzrastało ono o 2% z powodu chodzenia w kombinezonie narciarskim w upalne dni, to każdy polityk byłby mylony z Justyną Kowalczyk. No, może jeśli popatrzymy na ich przeciętną urodę, to może bardziej z Marit Bjoergen...


* * *
Przepraszam za wielką ilość nawiasów i nie pisania na konkretny temat - musiałem poruszyć te drobniejsze, które leżały mi na sercu. A teraz ciekawostki. Dwie i różne od siebie, tak samo jak dzisiejszy "pomieszany" wpis:

"Walia otoczona jest 12 wyspami, Anglia - 24 wyspami, Irlandia - 52 wyspami i wreszcie Szkocja - 365 wyspami. Liczby te odpowiadają ilościom miesięcy, półmiesięcy, tygodni i dni w roku."


"Żaby oddychają połykając powietrze. Podczas snu zimowego nie otwierają jednak paszcz, pobierając przez skórę dość tlenu do przetrwania w stanie hibernacji"

26 marca 2011

Wiosna! To logiczne.

Uprzedzam, że w niniejszym wpisie pojawią się ciągi znaków wskazujące na bycie przekleństwami, jednak wg definicji prof. Jana Miodka, kiedy mamy na myśli coś innego i te coś innego wynika również z kontekstu wypowiedzi. Również prof. Jerzy Bralczyk zaznacza, że cytowanie przekleństwa nie równa się przeklinaniu.

KLIK 1
KLIK 2

Tak więc nie będzie przeklinania, tylko, eee... "metatekst" :-)


* * *
Za kilka godzin czas zmienia się nam nagle o całą godzinę. Co jest powodem tego działania? Czyżby Ziemia tego dnia w jednej chwili przyspieszyła swój bieg, by potem nagle zwolnić, wystawiając na próbę nasz zmysł równowagi? Czy dlatego, że nasz południk znajdzie się nagle 15 stopni kartograficznych dalej? A może dlatego, że jest to korzystne dla gospodarki i przysparza oszczędności?

Otóż, wszystkie te trzy możliwości są równie prawdziwe i prawdopodobne. Bo chyba nikt nie wmówi mi, że na gospodarkę lepiej podziała spowodowanie zmęczenia pracowników i reszty kadr wszelakich zaburzeniem ich zegara biologicznego o godzinę? Przemysł produkcji kawy na pewno na tym zyska - ale czy ktoś więcej?

Czy nasza planeta zyskała cokolwiek przez "godzinę bez światła" na całym świecie? Elektrownie musiałyby skrajnie obniżyć swoją produktywność na okres równej godziny (lub mniejszy), co jest nie tylko niewskazane, ale również nieekonomiczne - a co za tym idzie, nieekologiczne. Tak, nie lubię ekologów. Jak to mawia jeden z moich wykładowców, prof. Adam Wielomski, ekolodzy to arbuzy - z wierzchu zieloni, ale w środku czerwoniutcy niczym potomkowie sowieckich towarzyszy. To proste, że przykuwając się do brzózek na przyszłym placu budowy szpitala, chcą wymóc decyzje polityczne i przede wszystkim finansowe, mając kompletnie gdzieś tak ważną część ekosystemu, jakim są ludzie. Naturalnie, o przyrodę trzeba dbać, bo bez niej nie ma nas

W naszym świecie brakuje logiki. Ludzie nie tylko działają jak idioci i myślą skrótowo (najczęściej z lenistwa, ale brak czasu także robi swoje), ale również mylą podstawowe pojęcia (poruszałem tę kwestię we wcześniejszych wpisach: raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć... i w mniejszym stopniu w pozostałych, przy okazji zapraszam tam).

Wielu z nas myśli na przykład, że jakże historyczne i popularne słowo kurwa wywodzi się z łaciny - w końcu spotykamy je w tak wielu językach europejskich wywodzących się z łaciny (łac. "curva" - krzywa; istnieje też ciekawe powiedzenie po łacinie: "clava curva piae vinco in spelunca" - czyli "krzywą maczugą pobożnie zwyciężam w jaskini"). Jednak, słowo te o dziwo wywodzi się z czystej staropolszczyzny! Oznacza ono samicę "kura" - dzisiaj nazywamy ją "kurą", samicą koguta. Słowo "kur" zostało uwiecznione w naszej pięknej literaturze, podobnie jak słynne "kutasy" z Pana Tadeusza, jednak kur ów miał swoje "kurwy", a stąd nazewnictwo przeszło w bardziej znane nam współcześnie rejony. Skoro "kurwa" stała się nazewnictwem czegoś brzydkiego, wulgarnego (nota bene "Vulgata" to przekład Biblii z greki na łacinę), to potrzeba było nowego słowa na określenie koguciego haremu - "kury". Bo przecież dziś, będąc na działce u babci, nie powiemy: "ale piękne kurwy".


* * *
Teraz, konsekwentnie, umieszczam ciekawostkę. O jaskółkach. Mimo, że "jedna jaskółka wiosny nie czyni", to jednak kojarzą się one z wiosną. W takim razie zaczynajmy:


"Sądzi się powszechnie, że jaskółki odżywiają się, wyłapując w locie dziobem owady. A tymczasem chwytają je głównie na skrzydła i następnie wyjadają z nich niby z talerzy, względnie, żeby porównanie było bliższe, jak z rąk.
Kiedy wiejące wysoko wiatry lub inne niekorzystne warunki atmosferyczne spędzają owady nisko nad ziemię, jaskółki krążą nad łąkami wokół krów, które pasąc się płoszą owady z krótkich traw. Obserwowano również te ptaki fruwające za samochodami, rowerami, furmankami, albo za idącymi drogą ludźmi i zbierające na skrzydła owady rozgonione ruchem pojazdów lub nóg. Jaskółki bardzo rzadko wydziobują owady, znajdujące się na ziemi czy na liściach drzew.

Pewien ornitolog odnotował szczególny przypadek, wskazujący na znaczną inteligencję młodej jaskółki. W 1942r. żołnierze brytyjscy w jednym z obozów wojskowych w Egipcie znaleźli osłabioną, głodną jaskółkę. Zabrali ją do wielkiego namiotu, stanowiącego kwaterę sporej jednostki. Przebywający tam żołnierze posiadali packi do zabijania nękających ich much. Za pomocą tych pacek zabrali się zaraz do zdobywania pożywienia dla swojej podopiecznej.
Ze zdumieniem stwierdzili, że już po zabiciu dwóch pierwszych much jaskółka zorientowała się, jak uzyskują oni dla niej te owady. Podlatywała teraz kolejno do żołnierzy, którzy upolowali muchy. Uderzenie packi stało się dla niej sygnałem wskazującym, gdzie czeka na nią kolejny kąsek."


Cóż, być może gdyby nie Iwan Pawłow, zamiast "psów pawłowa" mielibyśmy "egipskie jaskółki"? Ich sława mogłaby wpłynąć na to, że w upalne dni każdy z nas trzymałby w domu taką jaskółkę w specjalnie rzeźbionym podwieszanym "gniazdku", a słowo "muchozol" nie pojawiłoby się nigdy w naszym słowniku?

Ze specjalną dedykacją dla kolegi z Internetu o nicku Muchozol - pewnie nie odwiedza mojego bloga, ale po tym wpisie pewnie zacznie ;) Mam nadzieję, że wszyscy inni, którzy tu trafili, również zagrzeją miejsce.

21 marca 2011

Lamus ciekawostek

Jako, że piszę nie za rzadko, ale też nie za często, a jeszcze częściej leję wodę tak jak teraz albo TU - to ryzyko, że mój post zaciekawi niewielką liczbę osób, jest bardzo duże. Dlatego od tej pory będę dodawał do każdego wpisu ciekawostkę pochodzącą z książeczki, która wpadła mi niedawno w ręce: "Lamus Ciekawostek" Mariana Kozłowskiego. Z racji tego, iż książeczka pochodzi z 1976r., będę starał się weryfikować każdą z nich - wyraźnie widać w niej wpływ tamtego "ducha". Postaram się również dobierać maksymalnie neutralne "ciekawostki", które zarazem okażą się... ciekawe :-)

W poprzednim wpisie wspomniałem o Grunwaldzie i wysokich cenach butelek wody. W komentarzu wypowiedział się internauta lukasznaw, bardzo celnie stwierdzając jedną rzecz:

W czasie powodzi chleb też był sprzedawany bardzo drogo. Nawet w kościele mówili, jakie to złe żerowanie na tragedii.
Widocznie nie obejrzeli tego: http://www.youtube.com/watch?v=Jw-LU-k1i-o





Nic dodać, nic ująć, chciałoby się rzec. Film bardzo trafny, odsłonił przede mną nową rzecz. Cóż jednak chciałbym dodać do sytuacji znanej z Grunwaldu? Otóż, wysokie ceny wynikały zapewne z braku konkurencji - wszystko kontrolowała albo jedna, działająca wspólnie grupa, albo kilka osób, które mogły się umówić co do wysokiej ceny. Ewentualnie cena mogła się wybić sama, przyciągając swoją wysokością kolejnych dostawców tlenku diwodoru - ale ci woleli nie obniżać ceny, póki wysoki popyt uzasadniał tak wygórowaną stawkę.


Tak więc do poprzedniego wpisu chciałbym dodać, że na cenę - i zarazem jakość - oprócz popytu i dystrybucji wiąże się również konkurencja. Jest to czynnik zbawienny dla konsumenta, bo nie dość, że ma wybór, to jeszcze toczona jest o niego walka zarówno w sferze wysokiej jakości, jak i niskiej ceny. Sytuacja "win-win", czy trzeba czegoś więcej? Dlatego powinno się dbać o istnienie konkurencji w jak największej ilości dziedzin gospodarki, a nawet życia codziennego - oraz pilnować, by była to konkurencja uczciwa.


***
To teraz czas na ciekawostkę!

W latach 70. budżet wojskowy Andory przeznaczony był wyłącznie na ślepą amunicję do karabinów. Strzelało się nimi na wiwat w dzień święta narodowego. Roczny budżet na cele militarne wynosił około 10 dolarów.

***
Przy okazji, chcę się pochwalić najwyżej ocenionym komentarzem pod jednym z filmików na YT. A chwalę się, ponieważ piszę ich wyjątkowo mało (a jak wiemy, Mao to kiedyś w Chinach rządził). A oto i ten filmik: KLIK

A jak już jesteśmy dzisiaj przy tych wszystkich komentarzach, to chciałbym z tego miejsca podziękować czytelnikowi Tomasz1811 za wiele ciekawych i rozbudowanych zarazem komentarzy, które zawsze są cennym uzupełnieniem moich wpisów.

16 marca 2011

Nie-fenomen Japończyków

Ciągle słyszę głosy zdumienia i podziwu odnośnie wzorowego zachowania się Japończyków w trakcie klęski żywiołowej. Jako przyczyny takiego zachowania podaje się ich kulturę, przywiązanie do wspólnoty, konformizm... padają określenia "to jakieś roboty, ja bym nie wytrzymał!". Z drugiej strony stawia się społeczeństwo amerykańskie - nastawione na wolność i niezależność zarówno myślową, jak i w sferze ekonomicznej. "U nas to by od razu się rzucili" - to fakt. Faktami były też bojówki grasujące w Nowym Orleanie czy na Haiti, grabiące co się da. Jednak fenomen Japonii nie opiera się tylko na kulturze, religii czy "grupowym" wychowaniu w lokalnym "kolektywie", które niebezpiecznie próbuje się teraz podciągać pod ideologię, za którą lekko mówiąc nie przepadam. Są to rzeczy ważne, ale tutaj trzeba myśleć w kategoriach innych niż europejskie. Uważam, że jestem po części w stanie postawić się w roli Japończyka. Jakim cudem?

Myślę, że tym "cudem", który pozwala mi się o tym wypowiadać, są trzy lata treningów karate (ach, czemuż je musiałem przerwać!) w duchu filozofii japońskiej, gdzie doktryna i zasady stały wyżej od techniki, ważny był rozwój duchowy i samoopanowanie, a przed każdym treningiem uroczyście wygłaszało się przysięgę Dojo, której wartości wyraźnie widać dzisiaj w zachowaniu Japończyków. Są oni po prostu wychowani w duchu społecznym, który wymaga współpracy, ale nie rezygnuje jednocześnie z indywidualizmu. Na treningach również trzeba było polegać na kolegach, oraz samemu być w stanie sprostać wyzwaniom, które wymagały współpracy w imię "wyższego celu". Wiedzieliśmy, że zachowując się niestosownie, to do nas wróci, bo inni będą czuli usprawiedliwienie, by zachowywać się tak samo do nas i do kolejnych osób. Jasno było sformułowane, że to do niczego nie prowadzi.

Mimo wszystko uważam, że to nie tyle kwestia "rasy" Japończyków (choć na pewno jakiś wpływ jest), a po prostu mechanizmy ekonomiczne:


1. ludzie, ale także przedsiębiorcy, utracili środki
2. przedsiębiorcy chcąc się utrzymać, muszą coś sprzedać
3. ludzie mają mało środków, więc żeby cokolwiek sprzedać, przedsiębiorcy obniżają ceny
4. ceny niskie, towarów nie brakuje, dobra dystrybucja leży w interesie przedsiębiorców - więc nie ma grabieży
5. grabieży nie ma, ponieważ nie opłaca się kraść czegoś, co jest łatwo dostępne i tanie zarazem




Człowiek kradnie to, dla czego warto podjąć ryzyko. Aby było warto podjąć dla czegoś ryzyko, dany przedmiot musi posiadać wysoką wartość. Wartość zależy od dostępności danego towaru - za tym idzie wysokość zapłaty, którą trzeba uiścić, żeby go dostać. Kiedy przedmiot jest łatwo dostępny, niska jest również cena.


Kolejną kwestią jest to, czy na dany przedmiot jest zapotrzebowanie - i jakie. Jeśli ilość danego towaru przewyższa zapotrzebowanie, nie opłaca się go kraść, ani nawet przepychać się w kolejce - i tak wiem, że dla mnie nie zabraknie.


Kto był na 600-leciu Bitwy pod Grunwaldem, z pewnością widział butelki wody sprzedawane po 5 złotych. O ich cenie stanowiła bardzo trudna dostępność i wysokie zapotrzebowanie. Czyli bardziej naukowo: popyt i podaż.


Faktem jest, że wychowanie Japończyków odgrywa wielką rolę w zmniejszeniu zapotrzebowania (popytu). Poza tym nie ma u nich tej presji, która jest np. w Polsce, i której efekty widzimy we wzroście cen cukru (zamiast poczekać na spadek cen, ludzie napędzają popyt wbrew własnemu interesowi, "bo trzeba zrobić zapasy") - a presja ta jest wywołana przez wiele lat życia w socjalizmie, który w złagodzonej wersji trwa do dziś - "socjalizm z ludzką twarzą" - i nadal napędza tę psychozę... Szczególnie starsi ludzie pamiętają cięższe czasy. Nie mówią "kupiłem". Mówią "zdobyłem".

9 marca 2011

Popielec - i co dalej z grzeszną dziewczynką?

W poprzednim wpisie postanowiłem napisać coś brzmiącego nie tyle naukowo, co ciekawie. Postaram się znaleźć jakiś złoty środek i w sposób interesujący przedstawiać to, nad czym myślę pisząc te słowa.

Dobrze, mamy tego "fanta" - biedna dziewczynka zwinęła batonika... Czuje się winna, ale w końcu uznaje, że jej działanie było usprawiedliwione. Dochodzimy więc do dylematu - czy jest wina, czy jej nie ma? Powróćmy do wspomnianego w poprzednim wpisie wydania "Co z tą Polską?" - używanie prezerwatyw - jest wina, czy jej nie ma? Czy papież bezwzględnie zakazuje ich używania i czy jest przez to zły, wspierający wymieranie ludzi w Afryce? Na pewno nie leżałoby to w jego interesie - muzułmanie wcale nie dominują na tamtym kontynencie, dominują (naturalnie w innej skali) misjonarze katoliccy. Wymieranie i bieda Afrykańczyków na pewno więc Kościołowi jako organizacji nie służy. Dlaczego więc ten "zakaz" (a raczej stanowcze odradzanie)? Otóż, jak nietrudno się domyśleć, posiadając taką zabawkę człowiek może czuć się bezpieczny i niezniszczalny - "przecież nic się mi nie stanie, będzie fajnie, nic się nie popsuje". Gorzej, kiedy rzeczywistość uderza go w twarz faktami takimi jak ten, że prezerwatywa nie daje całkowitej ochrony przed chorobami (w tym przed uwielbianym przez niektóre środowiska AIDS) ani nie "zabezpiecza" przed zapłodnieniem. A co zabezpiecza? Wstrzemięźliwość od różnych rytualnych (zacofanych, ale przez pewne środowiska akceptowanych) orgii, przesądów o leczeniu AIDS poprzez seks z dziewicą (uch, chyba pierwszy raz takie słowo na tym blogu!) itp. itd.

Ciekawa jest argumentacja, że dla dobra głodujących dzieci wysyła się tony prezerwatyw do Afryki. Biedne dzieci, gumę muszą wcinać...

A jeśli zdarzy się już taka sytuacja, że żona ma chorobę etc. i trzeba użyć podobno zakazanego przez złego papieża (tylko powtarzam po niektórych...) przedmiotu? To jest trochę tak, jak z małą dziewczynką kradnącą batonika. Żeby dobrze ustosunkować się do swojego złamania danej zasady, trzeba dobrze znać przyczyny tego zakazu. O tych przyczynach można poczytać w dokumentach kościelnych. Dlaczego nie wolno kraść, to chyba wiadomo - zarówno z moralnego, prawnego, jak i ekonomicznego punktu widzenia. A dlaczego lepiej być wstrzemięźliwym zamiast używać prezerwatyw? Z racji tego, że wcale one nie zabezpieczają w stu procentach (co jest oczywiście udowodnione naukowo, ale do wielu empirystów akurat ten fakt naukowy dotrzeć nie może), zwiększają ryzyko zarówno zachorowalności, jak i zajścia w ciążę. To tak, jakby mieć wybór: wchodzić do toksycznej kałuży w butach, które nie w pełni zabezpieczają przed dostaniem się toksyny do środka, czy nie wchodzić wcale? Ale wiadomo, czasem frajda z pluskania się w takiej kałuży może wygrać... tym bardziej jeśli mamy złudzenie, że buty na 100% nas ochronią, oraz powolnym dochodzeniu do myśli, że w takich bucikach można się pluskać (pozornie) bez konsekwencji w wielu różnych kałużach... jeśli wiecie, co mam na myśli :-)

No dobra, ale jeśli jesteśmy wierni i żona jest chora, nie chcemy się niczym zarazić - co wtedy? To również było poruszane we wspomnianym programie, ale niestety sensowna odpowiedź nie została podana. Oglądając go miałem chęć znaleźć się w studiu (a raczej: szopce) i wyrazić moje zdanie, a po wysłuchaniu braw teleportować się znowu do domu. Nie mogłem tego uczynić, dlatego napiszę to tutaj: w takiej sytuacji jest grzech - ale nie ma kary. I to by było na tyle.



***

Tradycyjnie miejsce na coś z zupełnie innej beczki.

Czytam sobie newsy na stronie MSZ (to nie ma związku z moim stanowiskiem w Rządzie ePolski w pewnej grze), a tam takie coś:


Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski będzie przewodniczyć polskiej delegacji na nadzwyczajnym posiedzeniu Rady do Spraw Zagranicznych (FAC), które odbędzie się w dniu 10 marca br. w Brukseli.

Posiedzenie zostało zorganizowane z inicjatywy Catherine Ashton, Wysokiej Przedstawiciel Unii do Spraw Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa.


Ja rozumiem, że niektóre panie wolą, aby zwracać się do nich w formie męskiej ("pani nauczyciel", "pani lekarz" zamiast "nauczycielka", "lekarka"... szkoda tylko, że nie "pani pielęgniarz"!), ale żeby tak dołować panią Ashton - i to zaraz po Dniu Kobiet? Przecież wystarczy już tylko to, że urodą przypomina mężczyznę - to niegodne, aby dodatkowo podkreślać ten fakt w oficjalnym nazewnictwie.

6 marca 2011

Grzech i poczucie winy

Ile razy zdażyło nam się popełnić w życiu jakiś błąd? Jakikolwiek, nawet najdrobniejszy, choćby ten błąd ortograficzny z poprzedniego zdania. Dopóki nie odkryjemy, że był to błąd, najpewniej nie żałujemy swojego działania - w końcu uznaliśmy je za słuszne, albo wykonaliśmy je jako rzecz oczywistą, z którą się nie sprzeciwiamy, i nad którą nie musimy się zastanawiać. Często jest tak, że po wykonaniu danej czynności uznajemy ją za błąd jeszcze zanim nastąpią skutki - i wtedy zazwyczaj możemy jeszcze zapobiec złym konsekwencjom. Częściej jednak jest tak, że dopiero widząc skutki naszej decyzji, uznajemy ją za błędną. Co wtedy? Czujemy poczucie winy, chcemy naprawić swój błąd i przede wszystkim nie popełniać go w przyszłości.

W którymś z wydań "Co z tą Polską?" był poruszany temat prezerwatyw, byli zaproszeni goście, w tym ksiądz (z którego na początku próbowano zrobić dziwaka, "księdza od prostytutek" - ale to osobny, długi temat). W programie skupiono się na tym, z czego żyje telewizja, czyli na tworzeniu dwóch frontów (Szczuka-Terlikowski), które były bardzo skrajne. Ksiądz próbował jakoś łagodzić sytuację, ale złożył broń w sytuacji krzykliwego przerzucania się argumentami ad personam. Bardzo boli mnie słuchanie takich kłótni, na dodatek kiedy nie zgadzam się ani z jedną, ani z drugą stroną konfliktu. Bezradny ksiądz postanowił skupić się najpierw na wyprowadzeniu dyskursu na jakiś poziom, i dopiero wtedy wytłumaczyć pewną rzecz. Ale wróćmy do tematu.

Mała, biedna dziewczynka nie ma pieniążków. Jej mama jest tak biedna, że mimo stałej pracy oszczędza na czym tylko się da. Córce kupuje tylko bułeczkę dziennie, obiady gotuje raz na kilka dni, "na zapas", czasami wcale... Ojciec owszem, pracuje, ale też oszczędza niebywale - na wódkę. Takich sytuacji jest w Polsce wiele - a na świecie jeszcze więcej, bo jednak należymy do bogatszej części świata. Być może wielu naszych znajomych ma podobnie, mimo, że wyglądają, jakby wiodło im się bardzo dobrze.

Dziewczynkę ssie głód, marzy o ciepłym, smacznym posiłku. Zwykły chleb w ustach sprawia jej niebywałą przyjemność, czuje wspaniały smak, którego ja nie dostrzegam na co dzień, bo tłamsi go aromat szynki lub dżemu. A samego chleba jeść nie chcę - bo jak to tak? Tymczasem dla niej każdy okruszek jest błogostanem, który trzeba utrzymać jak najdłużej. Dlatego każdy kęs chleba miesza ze śliną przez kilka minut. To jej wystarcza, jest zadowolona i szczęśliwsza niż większość jej współobywateli. Osiąga szczęście przez eliminowanie potrzeb - jest to słuszne, ale zatrważające, kiedy idzie zbyt daleko. Z czasem jednak widzi rówieśników, którzy opychają się chipsami, batonami, zapiekankami... czuje ten aromat, zapamiętuje go i wyobraża sobie smak tych specjałów. Nie śmie prosić o kęs - wstydzi się, a zarazem boi, że będzie chciała jeszcze i jeszcze... i że chleb nie będzie już smakował tak dobrze.

Czując się kimś gorszym, zaczyna wypierać z siebie chęć skosztowania tych rarytasów - przecież to niezdrowe, psują się od tego ząbki, a przede wszystkim kosztuje to dużo pieniążków. Już i tak ledwo wystarczy na chlebek i trochę mięska, kartofelków na obiad, mama strasznie chudnie - to pewnie przez te papierosy...

Pewnego dnia wyczerpana po pracy w supermarkecie wysyła swoją córeczkę po zakupy. Daje jej listę zakupów i pieniądze - wszystko wyliczone co do grosika. Mała dziewczynka wyrusza w podróż ("oby tylko wybrać jak największe ziemniaczki!"). Będąc już w sklepie widzi batonika, "milkiłeja", którego kiedyś dostała od wujka z Anglii ("to bardzo daleko, trzeba lecieć aż samolotem"). Smak batonika czuje do dziś. Było to niezapomniane przeżycie. Teraz leży on w zasięgu ręki.

Już jest w jej kieszeni. Mama się nie dowie, pieniążki będą się zgadzać z paragonem. Nikt nie widział. Tak bardzo chce poczuć ten smak jeszcze raz, poczuć tę konsystencję i mieć w brzuszku coś "ekstra". Ale jeszcze nie teraz - na to musi być chwila szczególna. Biegnie do domu, batonik chowa skrzętnie do swojej tajnej kryjówki. Przez kilka dni zjada po kawałku.

Wraz ze zniknięciem ostatniego kawałka czuje coś dziwnego - "to było złe... nie można kraść". Czy takie dziecko popełniło grzech? Oczywiście, ze tak. Złamało siódme przykazanie, spowodowało stratę właściciela sklepu, nie zapłaciło kochanemu państwu podatku VAT od tego batonika. Ale nie myśli o tym - przygniata ją myśl o tym, że tak nie wolno. Głos sumienia gryzie ją, aż w końcu pokonuje go i usprawiedliwia swoje działanie tym, że to tylko malutka kradzież.

Ale jestem zły - stwierdziłem, że to był grzech, a przecież dziewczynka była głodna i biedna nie ze swojej winy, bardzo marzyła o czymś lepszym. I racja - bo to są właśnie okoliczności łagodzące, sprawiające, że w tym przypadku jest grzech, ale nie ma kary (w domyśle kary od Boga). Osoba została zmuszona do takiego działania i żałuje za nie. Dopiero, kiedy stwierdzi, że to "tylko malutka kradzież" i ma się za niewinną, zaczyna się powolna degradacja moralności. Dobre staje się to, co nam wygodne, a złe to, co nam niewygodne. W ten sposób dobro i zło mogą się zamienić miejscami w małej głowie.

Co zrobić z tym fantem? Przecież nie chcemy mieć wśród siebie osób, które myślą w ten sposób. Potem będą usprawiedliwiać wszystko makiawelistyczną zasadą "cel uświęca środki", będą się określać mianem "realistów", a nie "idealistów", w końcu będą bardzo krótkowzroczni i szkodliwi zarówno dla społeczeństwa jak i dla samych siebie. Jaka jest na to rada? Postaram się nad tym pomyśleć przy okazji pisania kolejnego wpisu. Mam nadzieję, że tym razem nie było zbyt długo!

1 marca 2011

Chiński sposób na podatki

Jeśli wpis jest za krótki, zapraszam do poprzedniego ;-)




Dawno, dawno temu czytałem artykuł o chińskim sposobie na podatki, dzięki któremu ludzie sami chcieli mieć faktury, a na 3-milionowe miasto powiatowe przypadało 5-7 urzędników skarbowych. Cały myk w pomyśle, aby zorganizować loterie, które co tydzień będą wyłaniały kilka numerów umieszczonych pod zdrapką na fakturze. Aby mieć motywację do przechowywania dowodu zakupu przez dłuższy czas, raz do roku organizowana jest wielka loteria obejmująca numerki z całego minionego roku.


Więcej o tym można przeczytać tutaj - KLIK




Fajne rozwiązanie, ale mimo wszystko wraz nie do końca skuteczne. Podatki w ogóle są "fuj", a oto dowody:


Najważniejsze jest to, że klient kupujący cokolwiek domaga się od sprzedającego dowodu zakupu ze zdrapką właśnie. Nie ma więc szarej strefy.


Szara strefa nadal jest, wystarczy, że sprzedawca zaoferuje mniejszą cenę za zakup bez zdrapki, na pewno wielu by na to przystało, a sprzedawca ma zwiększone szanse na wygraną w loterii.



A gdzie podatki? Ano właśnie! Sprzedawcy rowerów faktury w bloczku kiedyś się kończą. Co wtedy? Idzie on do Urzędu Skarbowego po nowy bloczek. A oni nakazują mu zapłacić podatek za sprzedane wcześniej towary. Ot i cała filozofia.


Podczas, gdy przychodzi czas na dokupienie zdrapek, dopiero wtedy płaci się cały ten podatek, więc jeśli ktoś zamyka interes, nie musi płacić podatku od zakupionych wcześniej zdrapek - po prostu nie zgłosi się po nowe.



Oczywiście, wygląda to o wiele zdrowiej niż w Polsce. I jeszcze coś:

Morał: bez wolnego rynku wszelkie socjalistyczne mrzonki zawsze będą nieefektywne.

A po co nam socjalistyczne rozwiązania? Nie lepiej bogacić się w oparciu o wolny rynek, niż marnować jego zalety na utrzymywanie nierobów? Nagradzać (a przynajmniej nie karać) należy uczciwą pracę, a nie lenistwo i krętactwo.





***
Gram sobie aktualnie w grę "Emperor: Rise of the Middle Kingdom", gdzie gracz od zera buduje miasto, nadaje mu bieg ekonomiczny, a z czasem również dyplomatyczny, religijno-kulturowy, socjalny i militarny. Można tam zbudować urząd miejski, wraz z filiami pobierającymi podatki. Ja jednak z tego zrezygnowałem. Dając ludziom życie bez podatków zachęcam ich do przybycia do miasta, jednak za cenę mniejszych wypłat. Nie dość, że oszczędzam na pensjach dla urzędników, na kosztach budowy budynków administracyjnych i mam więcej miejsca pod budowę innych ważnych rzeczy, to jeszcze moje oszczędności są większe niż w przypadku funkcjonowania podatku (nikt nie oszukuje z podatkami, bo po prostu ich nie ma). Tutaj już trochę mieszam grę z RL, ale nawet na takiej prostej symulacji widać, że podatki to po prostu stwarzanie okazji do złodziejstwa i sztuczne tworzenie nieproduktywnych, "forsożerczych" etatów.




***
Jako ciekawostkę dodam, że jednym z powodów wygranej śp. Lecha Kaczyńskiego w wyborach na Prezydenta m.st. Warszawy był pewien konkurs. Polegał on na zdobyciu jak największej liczby punktów w popularnym wówczas symulatorze miasta - Sim City 3000. Chyba nikt nie spodziewał się Kaczyńskiego wygrywającymi z kontrkandydatami w grę komputerową. A dzisiaj każdy robi wielkie "halo", że jego brat założył bloga...


Więcej o tym można poczytać tutaj - KLIK - ciekawy tekst (chociaż w podsumowaniu są błędy tak śmieszne, że aż w zębach chrzęści).