9 marca 2011

Popielec - i co dalej z grzeszną dziewczynką?

W poprzednim wpisie postanowiłem napisać coś brzmiącego nie tyle naukowo, co ciekawie. Postaram się znaleźć jakiś złoty środek i w sposób interesujący przedstawiać to, nad czym myślę pisząc te słowa.

Dobrze, mamy tego "fanta" - biedna dziewczynka zwinęła batonika... Czuje się winna, ale w końcu uznaje, że jej działanie było usprawiedliwione. Dochodzimy więc do dylematu - czy jest wina, czy jej nie ma? Powróćmy do wspomnianego w poprzednim wpisie wydania "Co z tą Polską?" - używanie prezerwatyw - jest wina, czy jej nie ma? Czy papież bezwzględnie zakazuje ich używania i czy jest przez to zły, wspierający wymieranie ludzi w Afryce? Na pewno nie leżałoby to w jego interesie - muzułmanie wcale nie dominują na tamtym kontynencie, dominują (naturalnie w innej skali) misjonarze katoliccy. Wymieranie i bieda Afrykańczyków na pewno więc Kościołowi jako organizacji nie służy. Dlaczego więc ten "zakaz" (a raczej stanowcze odradzanie)? Otóż, jak nietrudno się domyśleć, posiadając taką zabawkę człowiek może czuć się bezpieczny i niezniszczalny - "przecież nic się mi nie stanie, będzie fajnie, nic się nie popsuje". Gorzej, kiedy rzeczywistość uderza go w twarz faktami takimi jak ten, że prezerwatywa nie daje całkowitej ochrony przed chorobami (w tym przed uwielbianym przez niektóre środowiska AIDS) ani nie "zabezpiecza" przed zapłodnieniem. A co zabezpiecza? Wstrzemięźliwość od różnych rytualnych (zacofanych, ale przez pewne środowiska akceptowanych) orgii, przesądów o leczeniu AIDS poprzez seks z dziewicą (uch, chyba pierwszy raz takie słowo na tym blogu!) itp. itd.

Ciekawa jest argumentacja, że dla dobra głodujących dzieci wysyła się tony prezerwatyw do Afryki. Biedne dzieci, gumę muszą wcinać...

A jeśli zdarzy się już taka sytuacja, że żona ma chorobę etc. i trzeba użyć podobno zakazanego przez złego papieża (tylko powtarzam po niektórych...) przedmiotu? To jest trochę tak, jak z małą dziewczynką kradnącą batonika. Żeby dobrze ustosunkować się do swojego złamania danej zasady, trzeba dobrze znać przyczyny tego zakazu. O tych przyczynach można poczytać w dokumentach kościelnych. Dlaczego nie wolno kraść, to chyba wiadomo - zarówno z moralnego, prawnego, jak i ekonomicznego punktu widzenia. A dlaczego lepiej być wstrzemięźliwym zamiast używać prezerwatyw? Z racji tego, że wcale one nie zabezpieczają w stu procentach (co jest oczywiście udowodnione naukowo, ale do wielu empirystów akurat ten fakt naukowy dotrzeć nie może), zwiększają ryzyko zarówno zachorowalności, jak i zajścia w ciążę. To tak, jakby mieć wybór: wchodzić do toksycznej kałuży w butach, które nie w pełni zabezpieczają przed dostaniem się toksyny do środka, czy nie wchodzić wcale? Ale wiadomo, czasem frajda z pluskania się w takiej kałuży może wygrać... tym bardziej jeśli mamy złudzenie, że buty na 100% nas ochronią, oraz powolnym dochodzeniu do myśli, że w takich bucikach można się pluskać (pozornie) bez konsekwencji w wielu różnych kałużach... jeśli wiecie, co mam na myśli :-)

No dobra, ale jeśli jesteśmy wierni i żona jest chora, nie chcemy się niczym zarazić - co wtedy? To również było poruszane we wspomnianym programie, ale niestety sensowna odpowiedź nie została podana. Oglądając go miałem chęć znaleźć się w studiu (a raczej: szopce) i wyrazić moje zdanie, a po wysłuchaniu braw teleportować się znowu do domu. Nie mogłem tego uczynić, dlatego napiszę to tutaj: w takiej sytuacji jest grzech - ale nie ma kary. I to by było na tyle.



***

Tradycyjnie miejsce na coś z zupełnie innej beczki.

Czytam sobie newsy na stronie MSZ (to nie ma związku z moim stanowiskiem w Rządzie ePolski w pewnej grze), a tam takie coś:


Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski będzie przewodniczyć polskiej delegacji na nadzwyczajnym posiedzeniu Rady do Spraw Zagranicznych (FAC), które odbędzie się w dniu 10 marca br. w Brukseli.

Posiedzenie zostało zorganizowane z inicjatywy Catherine Ashton, Wysokiej Przedstawiciel Unii do Spraw Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa.


Ja rozumiem, że niektóre panie wolą, aby zwracać się do nich w formie męskiej ("pani nauczyciel", "pani lekarz" zamiast "nauczycielka", "lekarka"... szkoda tylko, że nie "pani pielęgniarz"!), ale żeby tak dołować panią Ashton - i to zaraz po Dniu Kobiet? Przecież wystarczy już tylko to, że urodą przypomina mężczyznę - to niegodne, aby dodatkowo podkreślać ten fakt w oficjalnym nazewnictwie.

4 komentarze:

  1. "Ja rozumiem, że niektóre panie wolą, aby zwracać się do nich w formie męskiej ("pani nauczyciel", "pani lekarz" zamiast "nauczycielka", "lekarka"... szkoda tylko, że nie "pani pielęgniarz"!), ale żeby tak dołować panią Ashton - i to zaraz po Dniu Kobiet?"
    Przecież takie określenia jak "pani nauczyciel" to przykład odrażającego, średniowiecznego szowinizmu! Na szczęście mądra Unia Europejska chroni nas przed dyskryminacją. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba miałeś na myśli "nauczycielka" :P Bo to nie jest "równouprawniające", czyt. na chama zrównujące.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tfu, oczywiście że tak, pomyłka. :P

    OdpowiedzUsuń
  4. też mnie wkurzają nowe zasady zwracania się do pań: np p. profesorka lub p. managerka brzmi po prostu idiotycznie.
    mpakosh

    OdpowiedzUsuń

W komentarzach na moim blogu panuje wolność słowa. Nie moderuję ich, chyba, że zawierają spam. Każdy może napisać szczerze to, co myśli.
Proszę przy tym o poszanowanie netykiety.