29 kwietnia 2011

Święta, święta... i znów święta?

Na wstępie, co by trochę rozluźnić mojego bloga złożonego głównie ze ścian tekstu, zamieszczam okładkę płyty wydanej niedawno przez zespół, który znany jest z dobrego bitu, PIT-u i bajeru. Hej, hej, bawmy się. Hej, hej, radujmy się, świętujmy bez końca, bo przecież dobrze jest...






Ja się ich już nasłuchałem i wolę rozkoszować się wspaniałą pogodą (stąd też tak długo nic nowego nie pisałem), tym bardziej, że dr Krzysztof Rybiński określił ich twórczość jako PR-owski playback. W międzyczasie wpadły mi w łapska propagandowe broszurki Stowarzyszenia Muzułmańskiego Ahmadiyya, o których być może napiszę w następnym wpisie. Tymczasem zapomniałem, iż miałem zamieścić tutaj przepis na miodowy napój energetyczny. Bez obawy, bo nie ma nic prostszego:

Bierzemy łyżeczkę lub dwie prawdziwego miodu, najlepiej lipowego (może być skrystalizowany) i wkładamy do szklanki, zalewając następnie zimną wodą (ja używam siedleckiej kranówki, bo jest lepsza nawet niż butelkowana) i mieszając z cytryną, którą można wygrzebać łyżeczką lub po prostu wycisnąć sok (wolę pierwszy wariant). Na razie mamy coś w stylu miodowej lemoniady, jednak właściwości energetyzujące wyzwalają się dopiero po długim "przegryzaniu się" tego wszystkiego, dlatego przygotowując napój przed snem, pijemy go bezpośrednio po obudzeniu się (elegancko, jeśli nie musimy wtedy nawet wstawać). Czuje się wtedy niezłego kopa, trzeba to przyznać, chociaż nie jest to może magiczny napój, który zwykł przygotowywać Panoramix... Pewny jest jednak fakt, iż napój taki korzystnie wpływa na serce i poprawia apetyt (niektórzy nie mogą rano zjeść śniadania przez taki brak apetytu) w jakiś dziwny sposób łagodząc jednocześnie głód.


* * *
Przejdźmy teraz do tematu bardziej na czasie. Jedne święta skończyły się, natomiast wykładowcy ponownie życzą nam wesołych świąt... Zastanawiam się, co to za święta - jedno jest na pewno, to święto Konstytucji 3 Maja. Olśnienie przyszło wtedy, kiedy inny wykładowca całkiem serio życzył nam pięknej pogody na pochód pierwszomajowy. Nie chciałem już odzywać się, że teraz jedyny pochód zorganizowany będzie przez działacza prawicowego, lewica natomiast przerzuciła się na wiece, na których liczy na obecność kogoś więcej, niż podstarzałych komuchów. Ciekawe, jak to wszystko wyjdzie w konfrontacji z uroczystością beatyfikacji Jana Pawła II. Ale wróćmy do tematu...

Teraz będzie jedna z tych niesamowitych-pewnie-zmyślonych historii. W czasach PRL wiele osób, w tym mój dziadek, na kilka możliwych sposobów przeciwstawiało się systemowi i funkcjonariuszom Urzędu Bezpieczeństwa. Potajemne słuchanie Radia Wolna Europa, pielęgnowanie tradycji i pozostałości II RP, czy chociażby śpiewanie "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie". To oczywiście bierny opór, nie zmieniający nic. Była oczywiście prowadzona również działalność mająca wnieść coś nowego, podjąć jakieś znaczące działanie (np. w ramach "Solidarności"). Historyjka ta będzie jednak poruszała opór bierny, mianowicie ten dotyczący wywieszania flagi państwowej na balkonie.

1-go maja, w robotnicze święto pracy, mój blok był pod szczególną obserwacją. Ulica Feliksa Dzierżyńskiego musiała przecież być tego dnia udekorowana flagami w każdym możliwym miejscu, by pokazać jedność proletariatu. Kilku flag jednak brakowało, więc odpowiedni funkcjonariusze weszli do środka. W końcu odwiedzili również mojego dziadka: "Witam, obywatelu, nie macie w domu flagi państwowej? Dzisiaj ważne święto, trzeba wywiesić". Dziadek podrapał się po głowie mówiąc, że przez całą podniosłość tego wspaniałego dnia zapomniał ją wywiesić. Wespół-w-zespół wywiesili i teraz było, jak należy. Kiedy jednak dzielni funkcjonariusze zeszli z trzeciego piętra i popatrzyli na budynek, flagi już nie było...

Gorsza sytuacja nastąpiła 3-go maja. Wtedy to mój dziadek "zapomniał", tym razem zdjąć, flagę, w czym pomogli mu życzliwi UB-ecy. Kiedy zeszli na dół, flaga w jakiś magiczny sposób pojawiła się z powrotem wywieszona... Stąd też w późniejszym czasie w neutralnym punkcie, 2 maja ustanowiono Dniem Flagi. Niweluje on po części "wojnę" na wywieszanie flag w określone dni. Można więc wywieszać na 3 dni pod rząd, chociaż ja czegoś takiego nie zrobię, co najwyżej na 2 dni.

Nie obchodzę Święta Pracy. Nie szkodzi, że jest świętem państwowym (Dzień Pracownika Socjalnego też jest, a wątpię, żeby któryś Czytelnik o nim w ogóle słyszał). Nie będę świętował czegoś, przeciw czemu przeciwstawiali się Polacy w imię walki o suwerenność państwa. Zaprzepaściłbym starania wszystkich tamtych ludzi świętując to, co chciała narzucić światu czerwona II Międzynarodówka z Leninem na czele. Ba, nie tylko ona chciała to narzucić.

W młodości miałem wątpliwą przyjemność uczęszczania do szkoły, w której jeszcze w 1997r. biały orzeł nie miał korony, a na wf-ie chodziliśmy w kółko śpiewając jaki to "dzień radosny, Święto Pracy!", "poprzez wioski, poprzez miasta płynie pieśń przez cały kraj, niech nam żyje Święto Pracy, niech nam żyje pierwszy maj!". Tak, słowa i melodię pamiętam do dziś - w końcu w dzieciństwie umysł człowieka jest najbardziej chłonny i podatny na wszelką indoktrynację... Jak łatwo się domyśleć, nie wytrzymałem tam długo, głównie z racji ciekawych praktyk stosowanych przez nauczycieli. Jak będzie okazja, to napiszę kiedyś, za jaki wierszyk dostałem "dwóję na całą kratę" (choć mentalnie była to szóstka).

Nie życzę więc tak jak inni wesołych świąt. Życzę udanego święta Konstytucji 3 Maja.

21 kwietnia 2011

Relacja z Kongresu Nowej Prawicy

Już wiele było takich relacji, ale postaram się to opisać z punktu widzenia bezpośredniego uczestnika i dodać coś ciekawego od siebie. Do rzeczy: zaczęło się od wrzawy w Internecie i tego filmiku - KLIK

Powiedziałem sobie "dlaczego by nie pojechać?", poruszyłem więc temat w uczelnianym kole politologicznym, zebrałem chętnych na wyjazd - i potoczyliśmy się po szynach do Warszawy. Wziąłem sobie do serca przyjazne rady z komentarzy sprzed dwóch wpisów i postanowiłem "wyjść z domu" i trochę się "wyszaleć".

Jak było? Zarówno w reżimowych mediach, jak i prywatnych, nie można się dowiedzieć, jak było. Trzeba dowiadywać się z Internetu lub bezpośrednio od kogoś z ponad 2000 uczestników. Szkoda, że najdłuższa wzmianka trwała 2 minuty i została zamieszczona w telewizji niszowej, natomiast w jednym wydaniu "Wiadomości" w południe wzmianka trwała aż 6 sekund. W TVN24 była podobno wzmianka w pasku informacyjnym na dole (nie wiem, bo nie oglądam). Może i biadolę - ale na takim kongresie Palikota było o wiele mniej osób (w tej samej sali), było naprawdę czerwono (takiej barwy są tam obicia krzeseł) - a w mediach wielka wrzawa, że Palikot przejmuje Sejm.

Jak więc było? Dla mnie - bomba. Ludzi masa (na szczęście Sala Kongresowa nie była tak czerwona jak zwykle, dosłownie i w przenośni), goście znakomici, zero nudy. Po ukazaniu się relacji w Internecie wielu ludzi wyraziło żal, iż nie mogli uczestniczyć w tym historycznym wydarzeniu. Jeśli ktoś jest zainteresowany obejrzeniem wszystkiego tak jak było po kolei, to zapraszam do tych dość długich relacji:

Część 1 - przemawiają m.in. dr Krzysztof Rybiński i Stanisław Michalkiewicz
Część 2 - m.in. Romuald Szeremietiew, Rafał Ziemkiewicz
Część 3 - w 30-tej minucie bardzo ładne wystąpienie, w 46-tej dosyć ciekawa sytuacja
Część 4 - przemawiają m.in. prof. Adam Wielomski i oczywiście Janusz Korwin-Mikke


Jeżeli ktoś chciałby mnie odszukać gdzieś tam na tych filmach, to dla ułatwienia podam, że siedziałem na scenie (no, trochę się wepchnęliśmy, ale zapraszali ludzi z sali, więc pomyśleliśmy, że będzie fajnie) w pierwszym rzędzie, po lewej (tfu!) stronie z punktu widzenia kamery.

Później odbył się marsz pod Ministerstwo Finansów, zakończony pod Kolumną Zygmunta. Szacunkowo było tam 1800-2000 osób, sporo osób obecnych na KNP zrezygnowało z uczestnictwa w nim, chociaż z drugiej strony wielu przechodniów dołączało się do marszu. Czuło się siłę, ja sam zdarłem gardło... Gustav le Bon miał rację twierdząc, że w tłumie człowiek nabiera szczególnej siły. Ten tłum był jednak przy tym bardzo świadomy i ograniczał się do wyrażania swojego niezadowolenia w sposób werbalny, dominowały hasła pozytywne ("Wolność, własność, sprawiedliwość!", "Do wolności chodźcie z nami!"), chociaż były również bardziej krytyczne ("Kapitalizm, nie socjalizm!", "Dziękujemy już Rostowskiemu!"), a także te mocniejsze ("Raz sierpem, raz młotem - czerwoną hołotę!"). Jeden zakręcony człowiek krzyczał do ludzi, aby nadal głosowali na Tuska, bo przecież wszystko jest ok, "Oglądajcie TVN! Czytajcie Gazetę Wyborczą!".

Reakcje ludzi? Z zakręconego śmiali się niesłychanie. Słyszałem też komentarze starszych osób, że nie mamy co robić. Kilkoro zaczepiło nas w związku z tym, ale wyjaśniliśmy im, że oni to i może już nie muszą się martwić o przyszłość - ale kiedy rządzący łupią już nie tylko to, co jest teraz, ale także to, co będzie w przyszłości, to my tej przyszłości będziemy mogli poszukać tylko za granicą. A nam zależy na Polsce, z dużym potencjałem i bogatymi obywatelami, bez stwarzania okazji do złodziejstwa i bez akceptowania go.

Najbardziej zadziwiło mnie to, że idąc przez centrum Warszawy i blokując główne ulice, nie wywołaliśmy żadnego oburzenia kierowców. Wręcz przeciwnie - ci, którzy musieli przez nas stać przez dość spory kawał czasu, machali do nas z uznaniem, dziewczyny z autobusu przesyłały buziaki, młodsi ze swej perspektywy nagrywali nas na swoje telefony. Byłem zdumiony do tego stopnia, że nawet pilnujący nas policjanci wydawali się nas popierać. Było ich wielu (szczególnie na Krakowskim Przedmieściu), ale nie przeszkadzali nam absolutnie w niczym.

Dopiero pod Kolumną Zygmunta (swoją drogą każdy chciał być jak najbliżej JKMa i był niesamowity ścisk) kilku true-alternative chciało coś nabroić: jeden podszedł do balonów napełnionych helem i był już bliski wykonania polecenia kolegi: "popsuj!". Ale to by było tru, na pewno każdy by uwierzył, że to sam JKM "popsuł" :)

Po całym wydarzeniu zostałem zaproszony na małe kameralne spotkanie. Na początku było niepozornie, ale kiedy zobaczyłem jego uczestników, rozpoznałem w nich (można tak nazwać) samą elitę młodzieżowego ruchu konserwatywno-liberalnego. Miałem zaszczyt poznać m.in. szefa Stowarzyszenia KoLiber, szefów niektórych jego oddziałów, najmłodszego milionera w Polsce (nota bene BARDZO skromnego!), czy założyciela radia Kontestacja (szkoda, że mieszkam tak daleko, bo nagrywalibyśmy teraz razem piosenki, bo tak się składa, że było tam również pianino i widocznie moja gra się spodobała). Dowiedziałem się, że są dogodne warunki, aby zorganizować się w Siedlcach. Faktem jest, że chętnych jest bardzo wielu - brakuje tylko spoiwa... Patrząc na tamten dzień jako na całokształt, moje wnioski określę w dwóch słowach:
Było warto!


* * *
Ciekawostka:
"Dwie główne partie polityczne Stanów Zjednoczonych posługują się dość szczególnymi symbolami. Osioł stał się emblematem Demokratów, a słoń godłem Republikanów. Żadna z tych partii nie wybierała sobie sama tych znaków rozpoznawczych. Zostały im narzucone przez Thomasa Nasta, wyśmienitego autora satyrycznych rysunków politycznych z połowy ubiegłego stulecia.
Nast był republikaninem i po raz pierwszy użył osła jako symbolu Demokratów w rysunku opublikowanym w tygodniku "Harper's Weekly" z 15 stycznia 1870r.
W kilka lat później zraził się ociężałością polityczną własnej partii i w jednym ze swoich rysunków wyobraził ją jako słonia znajdującego się "w stanie absolutnego zmęczenia".
W swoich późniejszych rysunkach satyrycznych Thomas Nast używał już zawsze osła i słonia jako symboli Demokratów i Republikanów. Wyobrażenia te stały się tak popularne, że przejęli je od Nasta również i inni satyrycy, a wreszcie obie partie uznały je jako swoje emblematy.
Mało kto - nawet w Ameryce - pamięta teraz skąd się wzięły te symbole oznaczające partie demokratyczną i republikańską. Wielu współczesnych krytyków polityki amerykańskiej - bądź polityki każdej z tych partii - uważa po prostu, iż są one na tyle aktualne, że nie trzeba nawet zastanawiać się nad sprawą ich pochodzenia."

15 kwietnia 2011

Pismak sabotażysta

Ostatni wpis wywołał skrajne emocje. Poniekąd słusznie, bo raz, że oczywiście nie mam wiedzy medycznej, tylko opisałem jak było (ale skoro tak było, to wiedzy tej nie mieli raczej ci, o których opowiadałem). Moim dużym błędem był język poniekąd generalizujący, powinienem podkreślić, że przecież nie każdy lekarz taki jest - tylko pojedyncze przypadki, które jednak szkodzą wizerunkowi całej służby zdrowia (hmm, a mimo tego, że ewidentnie szkodzą temu środowisko, te same środowisko ich broniło!). Rozumiem więc wszelkie komentarze, że było to subiektywne i emocjonalne - bo takie właśnie było, co tu się dziwić, przecież to dotknęło moich najbliższych (to jeszcze gorzej, niżby miało dotknąć mnie samego).

Nie rozumiem jednak komentarzy, z których czuć jad nawet przez fale radiowe, które zapewniają mi dostęp do Internetu. Stwierdzenia, że na pewno jest to stek bzdur (bo tak) były poniżej wszelkiego poziomu krytyki. Na szczęście nie zabrakło też komentarzy wyważonych, nie zakładających wszystkiego z góry i nie demonizujących mnie samego (używane argumentum ad personam często przekraczało moje najśmielsze i najbardziej wybujałe wyobrażenia). Dużo wartościowych, coś wnoszących komentarzy pojawiło się tutaj: KLIK

Przy okazji, stałem się PiSiorem, kaczystą, podnóżkiem Ziobry, który ma interes w tym, że "gada na lekarzy". Jasne, że mam interes - w pisaniu o błędach i dyskutowaniu o nich, po pierwsze, aby dowiedzieć się o nich więcej (w końcu bardzo mnie to interesuje, przy okazji komentarze krytykujące mnie, tak naprawdę jeszcze bardziej skrytykowały danych lekarzy). Dowiedziałem się też, że skoro wychodzę z domu tylko po to, żeby zagłosować na Jarosława (a jak!) PiS (nota bene, socjaliści) chce prywatyzacji szpitali - ha! Czego to się można w Internecie dowiedzieć :) Po prostu zauważyłem, że jak ktoś nie zgadza się ze zdaniem ogólnie pojętej, ekhm, większości, od razu staje się kaczystowskim oszołomem, którego trzeba zgnoić i wyśmiać (jego samego, nie jego pogląd na daną sprawę!).

Dlaczego piszę teraz o tym wszystkim? Jest to po prostu pewnego rodzaju sprostowanie. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie mi się udawało pisać tak, abym nie musiał potem tego prostować ;) To w dużej mierze zależy również od poważnego potraktowania tekstu przez Czytelnika.


Nie chcę dolewać oliwy do ognia, ale chciałbym opisać jeszcze jedną sytuację związaną z poziomem badań przeprowadzanych przez niektórych lekarzy. Pewna osoba w pewnym szpitalu (bo jak powiem, że np. moja siostra w Szpitalu Wojewódzkim w Siedlcach - to będzie, że zmyślam i obrażam konkretny szpital) musiała zbadać podejrzane zgrubienie na nadgarstku. Ach, oczywiście nie wiem, co to za zgrubienie, ja tylko relacjonuję. Byłem na miejscu, pora dość późna i jako dzieciak spędziłem cały czas na poczekalni. Pytałem jednak mamy, co się dzieje - uprzedzam więc przed możliwym efektem "głuchego telefonu" i tłumaczeniu dziecku w słowach dość kolokwialnych. Pokrótce: sprawa wzbudziła zaciekawienie, szybko zrobiono prześwietlenie, z którego wywnioskowano, że siostra ma za dużo chrząstek. Następnie ktoś bardziej ogarnięty zauważył, że dzieci mają przecież więcej chrząstek, które po osiągnięciu (chyba) 7 lat po prostu odpowiednio zrastają się. Dyżur doszedł do wniosku, że trzeba by to było jakoś zoperować. Dano czas do namysłu, w międzyczasie moja mama (jak to kobieta) usłyszała plotki (być może prawdziwe - nie wiem), iż pewnemu chłopcu operowano palec pod narkozą i niestety z narkozy się już nie wybudził. Obawy były wielkie, toteż wzrosły poszukiwania alternatywnego rozwiązania sprawy. W dość znanej, poleconej klinice (nie powiem, że prywatnej, bo będzie, że propaganda) zdarzyło się coś, co stało się później przedmiotem jeszcze większych plotek: otóż nie cały sztab, ale jedna osoba dość szybko zorientowała się, że jakieś "torebki" zlepiły się wewnątrz nadgarstka. Mocno nacisnęła na nie, one pękły/rozeszły się - i po problemie. Komentarz do sprawy był taki, że taka przypadłość często zdarza się

Naprawdę, nie musicie mi wierzyć, nie zależy mi na tym, stąd tekstu nigdy nie redaguję, nie mam interesu w gadaniu na szpitale. Jedyną rzeczą, która skłoniła mnie do opisania tych wydarzeń, jest chęć jakiejś zmiany na lepsze, co niewątpliwie leży w naszym wspólnym interesie. Nie wiem, czy skuteczna będzie prywatyzacja, czy jakieś inne zabiegi - wiem tylko, że coś z tym trzeba zacząć robić. Oczywiście, nie tylko z tym, ale o innych rzeczach już pisałem albo jeszcze napiszę na tym blogu. Byłem już swego czasu na "głównej" Onetu i na głównej Wykopu - niepokojące, ale pociesza tendencja wyraźnie wzrostowa jeśli chodzi o poziom serwisów.


* * *
A teraz zasłużone ciekawostki:


"W amerykańskiej marynarce wojennej księgi tajnych szyfrów mają w oprawie płytki ołowiane, gwarantujące zatopienie w wypadku znalezienia się w morzu"

"Ogień można rozpalić przy użyciu lodu.  Trzeba tylko nadać kawałkowi czystego lodu kształt soczewki wypukłej i zogniskować przy jej pomocy promienie słoneczne. Pomysł ten, podany przez Julesa Verne'a, zastosował m.in. komandor R.F. Scott podczas kierowanej przez niego w latach 1910-1912 wyprawy na Biegun Południowy."

7 kwietnia 2011

Słodkie Made in China

Od dzisiaj zaczynam regularnie śledzić Sejmometr. Zapewne nie nabiorę z niego zbyt wielu materiałów na bloga, ale z chęcią poprzyglądam się "pracy" posłów, szczególnie tych wybranych z mojego powiatu (jak np. Elżbieta Jakubiuk czy Marek Sawicki). Aby sprawdzić tych z naszego powiatu, zapraszam pod ten link: KLIK.


* * *
Muszę się pochwalić, że wiele już razy od mojego widzimisię zależały dziesiątki tysięcy istnień. Nota bene, bardzo pożytecznych, a wręcz niezbędnych, niezastąpionych i potrzebnych nam do przetrwania na każdej planecie, na której postanowimy uprawiać ziemskie rośliny. Mowa oczywiście o pszczołach.

Szacuje się, iż po wyginięciu pszczół ludzkość przetrwa maksymalnie 4 lata. Te sprytne i pracowite stworzonka zapylają 3/4 światowych upraw i zawsze zapewniają o co najmniej 30% większe zbiory np. gryki, rzepaku itd. Jeśli zbiory stopniałyby tak drastycznie, wkrótce zabrakłoby również paszy dla zwierząt, a co za tym idzie, nasza dieta bardzo by zubożała, a wiele składników zostałoby zastąpionych szkodliwymi substytutami. Wartość jedzenia wzrosłaby do stopnia grożącego wybuchem globalnego konfliktu o żyzne ziemie (pierwsze skojarzenie - Ukraina z jej czarnoziemami - a że powiedzenie "Rosja nie może obejść się bez Ukrainy" jest nadal aktualne...). Ludzie albo zginęliby w wojnie, albo pomarliby z głodu lub chorób. Pozostała przy życiu garstka nigdy nie byłaby w stanie powrócić do stanu wyjściowego - nie byłoby "komu" zapylać roślin, byłoby to skrajnie nieopłacalne w ludzkim wymiarze.

Ale nie w wymiarze pszczelim. Dla nich to sens życia. Ba, dla jednego pokolenia w roku, tego rodzącego się na czas zimy, jedynym celem jest przetrwanie i zapewnienie rojowi start w nowy rok. Niestety, miałem już wątpliwą przyjemność wynoszenia całych szufelek martwych pszczół, które kłębiąc się po środku ula w nieustannie poruszającą się (dla utrzymania ciepła) kulę wyjadały stopniowo nagromadzony na zimę miód, zostawiając przy tym obficie napełnione brzegi plastrów. Po to, aby po dojściu na sam szczyt po prostu umrzeć - lub zrealizować cel i dzięki przetrwaniu zagospodarować przestrzeń pod nowe larwy.

Jednak w ostatnich latach pszczoły wymierają nie tylko na zimę - zdarza się to również wiosną, latem i jesienią. Dotychczasowe badania doprowadziły do podejrzeń, że odpowiedzialny za to jest maksymalnie popularny pestycyd, który przy zetknięciu z pszczołą powoduje u niej zaburzenia układu nerwowego - taka pszczoła nie umie się potem odnaleźć w ulu, często też nie potrafi porozumieć się z pszczołami stojącymi na straży u "wylotka", a nawet nie mogą trafić do własnego ula - w konsekwencji giną. Jest to zjawisko masowe i niebezpieczne. Człowiek próbując coraz bardziej czynić swoje życie wygodnym, w pewnym momencie może przekroczyć cienką granicę i unicestwić sam siebie.

Jak to mówię: z postępem musimy iść naprzód, ale nie za szybko, aby przypadkiem się nie przewrócić...


Miód jest bardzo cenny, szczególnie po tych problemach z pszczołami. Ostatnio sprzedawałem miód mieszany w cenie 30 złotych za litr. Ciekawe, jakie ceny będą przy następnym miodobraniu - oczywiście z tamtego miodobrania miód skończył mi się już bardzo dawno temu... Chętnych na szczęście nie brakuje, bo i tak drożeje wszystko. Wbrew pozorom, wolałbym już, żeby koszty zapewnienia zbioru i pozyskiwania miodu były mniejsze, bo wtedy nie byłoby szkoda słodzić herbaty miodem zamiast cukrem (bo polecam) i robić sobie napoje energetyzujące (przepis mogę zamieścić w następnym wpisie, jeśli ktoś będzie chętny). No i popyt byłby większy, motywacja do stałego powiększania pasieki :-)

Niestety, oprócz prawdziwego miodu są także substytuty (o których już wspominałem tutaj w innym kontekście). Znamy miody robione z cukru (takie nigdy się nie krystalizują!), "ziołomiody" (no cóż, syntetyki)... jednak najśmieszniejsze są miody "z terenów UE i spoza UE" - czyli z Chin. Jak wiadomo, tam nawet jajka "robione" są na zasadzie szybkiej reakcji chemicznej (wystarczy poszukać w google), z miodem jest podobnie - ale za to tani! ;-) Oczywiście, nie ujrzymy napisu "Made in China" - to by było zbyt oczywiste. Trzeba umieścić "Miód z terenów UE i spoza UE" - najgorsze jest jednak to, że jest to kłamstwo i błąd logiczny zarazem, gdyż miód taki jest z Chin i tylko z Chin, więc zamiast "i" mogliby chociaż wstawić "lub", aby nie wprowadzać w błąd ludzi myślących logicznie.

Co ciekawe, "Made in China" wyszło już z mody. Na pudełku nowo zakupionej ładowarki odnalazłem oznaczenie "Country: PRC", czyli People's Republik of China (Chińska Republika Ludowa). Skrót dla laika - zgaduję - zbyt tajemniczy, by odkryć kraj pochodzenia.


***
Ciekawostki:

"Proste włosy są w przekroju okrągłe, natomiast faliste kędziory składają się z włosów płaskich w przekroju poprzecznym."


"Struny głosowe u kobiet są krótsze niż u mężczyzn. Stąd wyższe ich tony, jak również mniejsze zużycie powietrza na ich uruchomienie. Kobiety mogą mówić więcej przy mniejszym wysiłku."


Coś czuję, że po ostatniej ciekawostce wielu z nas, mężczyzn, nagle odnalazło odpowiedź na jedno z wielu ważkich pytań dręczących nas aż nazbyt często.