19 grudnia 2012

Baba z Radomia

Czuję, że powoli zaczyna się w Internecie mania "Baby z Radomia". Chodzi o to, że podczas "wigilii", którą zorganizowały dla mieszkańców władze miasta Radomia, ludzie rozebrali stoły w ok. 30 sekund, a symbolem tych ludzi została kobieta, która wzięła dla siebie dwie butelki "picia" zamiast jednej (mogła np. przyjść z córką, która sama wzięłaby drugą butelkę bo "co ludzie powiedzą", jak inna widoczna na filmie kobieta, zresztą widać tu kilka śmiesznych sytuacji).




Czy "Baba z Radomia" zrobiła coś złego? Na pewno nie. Czy zrobiła coś niewłaściwego? Być może, bo "dobro wspólne" należy się "wszystkim po równo". Ciekawi mnie tylko, czy władze tamtego miasta również zrobili sobie "wigilię" bazującą na kromce chleba i łyku gazowanej chemii. Jeszcze bardziej zaciekawiło mnie inne wideo, które przedstawia taką samą "wigilię" w tym samym mieście, tyle, że 4 lata wcześniej:





Wszyscy stoją sobie spokojnie, stoły suto zastawione, ale główne zajęcie to wspólna rozmowa, a nie zabieranie jedzenia. Teraz to się zmieniło. Widocznie ludzie nie byli wtedy jeszcze tak biedni (ani miasta tak zadłużone, co widać po wyposażeniu i wielkości stołów) i stać ich było jeszcze na kredyty. Pośród śmiesznych przeróbek zdjęcia "Baby z Radomia" nasuwa się gorzka myśl o tym, jak bardzo nasz kraj z roku na rok biednieje, a socjalistyczna mentalność ludzi nie wytrzymuje w konfrontacji z socjalistyczną rzeczywistością.

Szczerze mówiąc, to dziwię się, że ludzie nie wzięli też obrusów i stołów - w końcu oni to sfinansowali, a wraca do nich (w postaci wartości usług publicznych, infrastruktury itp. - które i tak są wadliwe i nieefektywne) zaledwie niewielki ułamek tego, co zostało im zabrane. Co się dzieje z resztą - nie muszę chyba mówić.

9 grudnia 2012

To tak na przyszłość

Piszę to tak na przyszłość, bo data dodania tej notki może się przydać w zależności od tego, co ukaże się w "Dużym Formacie" i co z tego będzie manipulacją, a co nie. Jedno jest pewne - nie wyraziłem zgody na używanie jakichkolwiek moich słów przez spółkę Agora S.A. ani podległe jej podmioty. Czemu o tym piszę? Bo ciekawe i przydatne. A dlaczego nie wyrażam zgody Michnikowi na wykorzystywanie moich słów? O tym poniżej.




* * *
Każdy, kto angażował się w organizowanie czegokolwiek wie doskonale, że im większe przedsięwzięcie, tym dłużej trwa jego "domykanie". Akcja nie kończy się bowiem od razu, trzeba jeszcze dopiąć sprawy finansowe, udzielać wywiadów, pilnować, czy wszystko, co zostanie upublicznione jest prawdziwe i nie skrzywdzi bezpodstawnie nikogo. Po akcji wyciąga się też wnioski, poszukuje błędów i rozwiązań, które trzeba zastosować w przyszłości.

Marsz Niepodległości będzie "domykany" zapewne jeszcze długo i jeszcze przez wiele osób, z racji swojej wielkości i echa, jakie wywołał. Jak się okazało, dotyczy to również mnie. Około 2 tygodni temu napisał do mnie dziennikarz z "Dużego Formatu" ze spółki Agora S.A., właściciela "Gazety Wyborczej". Po krótkich kurtuazjach zapytał, czy znalazłbym nieco czasu na rozmowę o "Straży (Marszu) Niepodległości". Wyraziłem zdziwienie, że akurat mnie spotkał taki zaszczyt, dlatego postanowiłem odesłać dziennikarza do szefa Straży Marszu, głównego jej koordynatora i osoby posiadającej większe kompetencje do wypowiadania się o tej formacji. OK, temat ucichł, o sprawie zapomniałem, bo mam wiele na głowie.

Jednak we środę odczytałem kolejnego maila z tego adresu, tym razem z prośbą o rychłą rozmowę, najlepiej na żywo. Rozmowa jest potrzebna na 13 grudnia, więc czas nagli. Została złożona obietnica pełnej, dokładnej autoryzacji wywiadu. Mimo tego, ponownie odesłałem dziennikarza do szefa Straży Marszu Niepodległości ze świadomością, że to on powinien się o niej wypowiadać, a nie ja. Po prostu on ma większe w niej zasługi, budował ją od podstaw i to on ma większe kompetencje do mówienia o niej. Nie to, że jestem przesadnie skromny i nie chcę z siebie robić gwiazdy - ani też to, że miałem wtedy jakąś awersję do GW, bo uważałem, że żadnego medium nie można ani blokować odgórnie ani ignorować oddolnie.

Aż do tej pory.

Chwilę po tym, jak odpisałem, zadzwonił telefon. Nie podawałem swojego numeru w e-mailu, więc musiał on być zdobyty już wcześniej. Trzymany w pogotowiu niczym zarzucona wędka, pilnowana, by w każdej chwili, w atmosferze pośpiechu i wszelkich mających mnie zadowolić gwarancji, schwytać swoją zdobycz. Zaoferowano mi już słownie wypowiedzenie się nie jako oficjalna osoba, która to koordynowała, tylko jako zwykły uczestnik. Nie miałem mówić o sprawach technicznych, tylko zdać relację z tego, jak to wyglądało z mojego punktu widzenia.

Pomyślałem sobie - czemu nie? Bardzo dobry sposób, aby przedostać się z prawdziwym przesłaniem o Marszu Niepodległości do szerszego grona, skoro i tak już odezwałem się do pewnego grona poprzez Internet z apelem o odkłamywanie Marszu Niepodległości. Zapytałem jeszcze dla pewności, czy Straż Marszu o tym wie, czy dziennikarz rozmawiał też z szefem Straży Marszu. Dostałem odpowiedź, że dziennikarz rozmawiał już zarówno z szefem Straży jak i z Arturem Zawiszą i obaj także wypowiedzą się dla "Dużego Formatu". Uspokoiło mnie to i było czynnikiem ostatecznie potwierdzającym moją chęć udzielenia tego wywiadu.

Znając jednak różne opinie - ba, nawet dobitnie pokazane manipulacje i wyroki sądowe - dotyczące dziennikarzy z Gazety Wyborczej, zacząłem intensywnie myśleć, dlaczego gazeta, która tak mocno opluwała inicjatywę Marszu Niepodległości i groteskowo odwróciła jego proporcje względem marszu Bronisława Komorowskiego, chce teraz pokazywać, jak było naprawdę. Tym bardziej poprzez rozmowę z prezesem oddziału ugrupowania, które przez tę gazetę zostało określone na jej specjalnej mapie "PEŁZANIE BRUNATNEJ POLSKI" (KLIK) jako neonazistowskie - Artur Dziambor wydał w tej sprawie ciekawe oświadczenie, pokazujące "rzetelność" dziennikarstwa GW:



Zresztą wystarczy wpisać w Google "Manipulacja GW" i już mamy nieprzebrane morze artykułów i opracowań. Zapytałem więc po prostu szefa Straży Marszu, czy rozmawiał o czymś takim z tym konkretnym dziennikarzem. Odpowiedział mi, że pierwsze słyszy. Sęk w tym, że odpowiedź dostałem krótko przed tym, jak miałem się spotkać z dziennikarzem w Siedlcach. Nie wiem, co by było, gdyby moje pytanie przebiło się zbyt późno, a odpowiedź się spóźniła. I nie chcę myśleć o tym, co mogłoby się pojawić jako "moje słowa". Nie wierzę bowiem oszustom w ich zapewnienia o pełnej autoryzacji wywiadu, a o kłamliwości tego dziennikarza przekonałem się na własnej skórze.

W jednym ze wcześniejszych maili napisałem, że nie każdy z nas ma aż taką awersję do GW i mimo opinii uważamy ją za gazetę opiniotwórczą, wpływającą na wielu Polaków. Jednak po ostatniej sytuacji, kiedy doświadczyłem tego na własnej skórze, bardzo żałuję tego, że tak wielu Polaków legitymizuje takie "dziennikarskie" techniki aktem kupna tego szmatławca.

Dlatego też proszę każdego, kto będzie miał kiedykolwiek do czynienia z dziennikarzem jakiejkolwiek gazety związanej ze spółką Agora S.A., o zachowanie najwyższego poziomu ostrożności i nieufności. Dziwi mnie to, że istnieje przyzwolenie na takie traktowanie ludzi, których ma się przecież wykorzystać do swojej gazety. Ciekawi mnie też, jak ta sprawa wygląda prawnie, gdyż posiadam dowody na kłamstwa dziennikarza w postaci korespondencji oraz rozmów - zastanawiam się, co z nimi teraz zrobić, bo mam prawo iść z nimi do sądu, jak też mam prawo je upublicznić jako strona będąca aktywna w konwersacji, wraz z imieniem, nazwiskiem, nr telefonu i adresem e-mailowym oszusta. No, ale poczekamy, co tam napiszą. Będzie więcej dowodów.

Ale wróćmy do sytuacji, w której dowiedziałem się, że zostałem okłamany. W kilka minut podjąłem stanowczą i ostateczną decyzję. Za parę chwil zadzwonił do mnie telefon od tegoż dziennikarzyny (bo określenie "dziennikarz" obraziłoby w tym przypadku wielu porządnych ludzi), żebym udał się do bufetu na siedleckim PKS-ie i tam odbędzie się rozmowa. Zapytałem ponownie, czy rozmawiał z szefem Straży Marszu. Cóż, tłumaczył mi się, że zaszło pewne nieporozumienie. "Szkoda", bo te nieporozumienie zostało jednocześnie przyczyną, dzięki której uchroniłem się od manipulacji moimi słowami. Żałowałem tylko, że konsekwencje kłamstwa są tak małe, bo dziennikarz wróci sobie pociągiem do Warszawy, za co tak czy siak ma płacone. A w międzyczasie napisze np. jakiś paszkwil.

Jednak stopień jego bezczelności sięgnął zenitu, kiedy napisał do mnie SMS:

Panie Pawle, polecam jednak na przyszlosc szanowac czas drugiego czlowieka. Pozdrawiam mimo wszystko i zycze powodzenia. GSZ

Pozostaje mi to tylko zaorać,. bowiem to mój czas został zmarnowany, bo nie dość, że muszę poświęcać czas wolny kosztem nauki, obowiązków rodzinnych i rozwoju osobistego, to jeszcze nie otrzymuję żadnej zapłaty, w przeciwieństwie do dziennikarzyny-oszusta, który chce mnie wypytać do swojej gazety i w tym celu mnie okłamuje. Po drugie, to nie ja okazałem brak szacunku, bo szanuję również siebie i innych, tych, w imieniu których dałbym swoją wypowiedź do gazety. Po trzecie, brak szacunku wykazał dziennikarz, który powinien być mi wdzięczny za powstrzymanie się przed upublicznieniem jego imienia i nazwiska, który to oszust wykazał wobec mnie nie tyle brak szacunku co zupełną pogardę zachowując się jak gówniarz, który najpierw chciał mi wbić nóż w plecy, ale w wyniku niepowodzenia przy fałszywym uśmiechu wyciąga do mnie rękę ze stwierdzeniem, że to było "jakieś nieporozumienie" więc zostańmy przyjaciółmi.

Tak więc drogi dziennikarzyno-oszuście, tak się ludzi nie traktuje. Szczególnie tych, których wypowiedzi są ci potrzebne do materiału. To tak na przyszłość.

1 grudnia 2012

(Za)radni się boją

Przez kilka dni po proteście pod Urzędem Miasta była prowadzona wobec mnie nagonka na dość niskim poziomie. Byłem spokojny, bo wiem, że jak ktoś atakuje w taki sposób, to boi się merytorycznej dyskusji. Ale spokój przerodził się w zadowolenie, kiedy po ogłoszeniu decyzji Regionalnej Izby Obrachunkowej ataki nagle ucichły, jak na rozkaz. Należy się z tego cieszyć, bo ktoś w końcu pojął, że nie warto prowadzić polityki w taki właśnie sposób. Chociaż też trochę szkoda - z każdym dniem nagonki zyskiwałem więcej, bo pyskówka rozbijała się o argumenty, na które nie było rzeczowej odpowiedzi tylko atak ad personam. A ludzie czytali i wyciągali wnioski...

* * *

Szczerze mówiąc nie za bardzo chce mi się pisać tego posta, ale zrobię to ze względu na zyskanie sporej liczby czytelników w ostatnim czasie. I to nie byle jakich :-) Ze względu właśnie na tych nowych czytelników będę więcej pisał o sprawach, które ich interesują. Chodzi o sprawy lokalne, może mniej ideologicznie, ale na pewno o rozwiązaniach czerpiących swoje źródło z ideologii. Czy rozwiązanie bazujące na ideologii może być uznane za niemerytoryczne? Pozwolę się Wam samym o tym przekonać - zapraszam do lektury.

Jeszcze przed uchyleniem części uchwały "śmieciowej" przez Regionalną Izbę Obrachunkową dało się mnie usłyszeć w telewizji jak mówię o konieczności zlikwidowania górnej granicy 70m^2:


Nie zawsze mamy wpływ na to, jaka część z tego, co powiemy, zostanie wyświetlona. Gadałem dość długo, ale starałem się zawrzeć jak najwięcej argumentów w jak najkrótszym czasie. Muszę więc dodać tutaj, poza kamerami, że m.in. mówiłem także o niezgodności tej górnej granicy z Konstytucją i z samą ustawą, do której mają się podporządkować uchwały samorządowe (i w tej drugiej kwestii właśnie zareagowała RIO).

Teraz, po tym jak pojawiły się komentarze właścicieli dużych domów, muszę dodać jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Otóż, współczuję tym, którzy uczciwie dorobili się dużych domów i przez to będą płacić więcej za śmieci. Nie będzie to jednak tyle, ile by się na początku wydawało. Jeśli za 1m^2 opłata w pierwotnej wersji uchwały wynosiła 0,68 PLN (a przy segregowaniu 0,58 PLN), to nie oznacza, że po zmianach wyjdzie tyle samo. Logicznie rzecz biorąc, ten sam, niezmieniony koszt, rozłoży się na więcej metrów w mieście.

Przykładowo, wyobraźmy sobie "miasto" z dwoma mieszkańcami - jednym mieszkającym w 30-metrowym mieszkaniu, drugi w 100-metrowym domu. Jeśli do tej pory wywiezienie śmieci o koszcie 100 PLN rozkładało się na dwóch mieszkańców: jeden płacił za 30 metrów kw., a drugi zgodnie z granicą za 70 metrów kw., to obaj płacili 1 PLN za metr: pierwszy 30zł, drugi 70zł. Teraz, po decyzji RIO, ten sam koszt 100 PLN (od decyzji śmieci nie przybyło ani nie ubyło) rozłoży się na 30 metrów pierwszego mieszkańca i 100 metrów (zamiast 70) drugiego. Efekt jest taki: tym razem koszt 100 PLN rozkłada się nie na 100 metrów, a na 130. Obaj zapłacą więc ok. 77 groszy za metr, pierwszy za śmieci zapłaci 23,1 PLN, a drugi zapłaci 77 PLN. Pamiętajmy, że to tylko przykład - pokazuje tylko zasadę, na której trzeba się oprzeć prognozując swoje przyszłe wydatki.

Dzisiaj wiele osób boi się, że będzie to (kolejna) kara za zaradność i w powyższej przykładowej sytuacji zapłaciłoby nie 77 PLN a 100 PLN. Ale podział tego samego kosztu na większą liczbę metrów daje mniejszy koszt w przeliczeniu na 1 metr.

Ten akapit jest dla tych, którzy nie zrozumieli akapitu wcześniejszego, więc można go pominąć w czytaniu. Bardziej obrazowo, koszt wywiezienia śmieci to tort, który dzielimy względem gości. Goście to są metry kwadratowe, na które rozdziela się koszt. Jeśli z jednego miejsca ustalimy limit maksimum 70 gości, to na przyjęciu będzie tych gości zdecydowanie mniej. Każdy dostanie więc większy kawałek tortu. Ale z racji tego, że ten tort oznacza koszt, każdy chce mieć jak najmniejszy kawałek. Aby kawałki były mniejsze, trzeba zaprosić wszystkich gości jacy mogą przyjść - wtedy ten sam tort zostanie podzielony na więcej kawałków i na jeden kawałek będzie przypadać mniejsze obciążenie.

Ale i tak moje przykłady pewnie do niczego się nie przysłużą, co najwyżej uspokoją kilka osób. Dlaczego się nie przysłużą? A dlatego, że radni pewnie naprędce zmienią uchwałę np. na rozliczanie od osoby. Bo jak to tak, mają płacić więcej? Za parkowanie nie chcą płacić, to mieliby chcieć płacić za śmieci?

Jakie jest nasze rozwiązanie? Na początku chcę zaznaczyć, że nasze rozwiązanie zostało wysłane do kilku przedstawicieli władz miasta Siedlce, włącznie z Prezydentem Miasta. Nie będą więc prawdą doniesienia, jakoby to miasto "wpadło" na taki i taki pomysł. Oczekujemy również odpowiedzi (pozytywnej bądź negatywnej) na nasze propozycje. Jeśli jej nie dostaniemy (a to może się zdarzyć biorąc pod uwagę dotychczasowe podejście do mieszkańców) to po prostu nasze dążenia do referendum zostaną ułatwione :-)

W końcu w takiej Pszczynie samej tylko Nowej Prawicy udało się doprowadzić do referendum (więcej informacji o tym tutaj - KLIK), wymagana liczba podpisów podobna, a my tutaj nie jesteśmy sami. Będzie to dla nas bułka z masłem, choć oczywiście wszystko jest przygotowywane z głową i w perspektywie konsekwencji tegoż referendum. Nie będzie tak jak z aquaparkiem, bo jak my coś robimy, to albo dobrze i do końca, albo wcale. Nie mamy zamiaru zmarnować pieniędzy mieszkańców, z których będzie sfinansowane referendum, nawet jeśli to tylko mały ułamek tego, co marnuje obecna władza.

Ale skończmy tę dygresję i przejdźmy do konkretów - propozycja Nowej Prawicy na rozwiązanie świeżo wykreowanych przez władze centralne problemów ze śmieciami wypływa z kalkulacji i ideologii, jaką prezentujemy. Chcemy, aby zostało wybrane najbardziej rynkowe rozwiązanie, oraz takie, które wykluczy składanie się jednych na koszta kreowane przez innych. Przede wszystkim należy zdać sobie sprawę, że odbiór śmieci z domów jednorodzinnych jest bardziej kosztowny, niż odbiór z bloków, gdzie jest tylko jeden pojemnik, do którego trzeba dojechać i go opróżnić. U mnie na osiedlu każdy blok ma swój zamykany pojemnik, ale znajdują się one w jednym miejscu. Dlatego nie dość, że wystarczy dojechać do jednego miejsca aby odebrać śmieci od kilkudziesięciu rodzin, to jeszcze w tym samym miejscu jest kilka takich pojemników ze śmieciami od kilkudziesięciu rodzin. Na przykład jest to 5 pojemników z 5 bloków po 40 rodzin każdy. Za jednym razem odbieramy śmieci od 200 rodzin. Tymczasem do domku jednorodzinnego trzeba kawałek podjechać i odebrać niewielką ilość śmieci i w takim samym czasie mamy 200x wolniejszy odbiór. Oczywiście jeśli ktoś wpadnie na pomysł, że w tej sytuacji mamy 200-krotnie zwiększać opłaty od domów jednorodzinnych, to uznam go za drania, albo co gorsza za radnego. Chcielibyśmy to uwzględnić, ale po dokładnych obliczeniach (a narzędzia ma do tego Urząd Miasta) i konsultacjach (ale nie z urzędowymi radcami prawnymi, bo raz już się popisali) czy takie podejście do tematu jest zgodne z ustawą macierzystą.

Co do samej zasady rozliczania śmieci, ze względu na nadchodzące preferujemy rozwiązanie ryczałtowe - od zużycia wody. Jednak jesteśmy też w stanie akceptować żądania mieszkańców odnośnie rozliczania od mieszkańca, aczkolwiek trzeba mieć na uwadze to, że metoda "od mieszkańca" będzie mogła wymagać zmian w przyszłości w związku z zaniknięciem obowiązku meldunku. Metoda od mieszkańca nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale w końcu władza od ludu pochodzi i dopóki żyjemy w takim systemie, trzeba przestrzegać zasad. Prawda, droga siedlecka władzo?

Mam nadzieję, że radni "ulegną opinii publicznej", "pokażą swoją słabość względem różnych środowisk" i pójdą po rozum do głowy. Strzelam, że ustalą naliczanie od zużytej wody, z uwagi na obecne tendencje w polskim prawie i być może też z uwagi na nasze sugestie...

27 listopada 2012

Siedlecka władza coraz bardziej pogrąża się w śmieciach

Informacja dla czytelników spoza Siedlec - jest to historia bardzo ciekawa. W Siedlcach rządzi bowiem koalicja "Zgoda i Rozwój" (zwana też "Zgrozą i Rozbiorem") złożona z PiSu, PO i Siedleckiego Towarzystwa Samorządowego. Opozycja jest nieaktywna i dopiero od niedawna jeden z radnych zaczął głośno wyrażać swoje niezadowolenie z prowadzonej przez miasto polityki zadłużania miasta, nepotyzmu i marnotrawienia środków publicznych, m.in. występując z Klubu Radnych PiS. Mimo tego, nadal mamy sytuację, gdzie ręka rękę myje, a miejsca na głos mieszkańców nie ma. Okazuje się jednak, że miara bezczelności siedleckiej władzy się przebrała i z dumą mogę dziś napisać: Chcieliście wykiwać Freda, to teraz Fred wykiwa was.



Sytuacja z podejściem siedleckiej władzy do mieszkańców przybrała dziś groteskowy wymiar. Otóż, okazało się, że Rada Miasta Siedlce po prostu przekombinowała. Większość radnych, którzy mają rozległe wille, przyjęła miesiąc temu uchwałę, wedle której koszta wywozu śmieci mają być dzielone według kryterium metrażu mieszkania. Nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby nie to, że ustawiono górną granicę 70m^2. Zgodnie z zamysłem radnych, prezydent Siedlec za śmieci ze swojego domu o powierzchni 470m^2 płaciłby odpowiednik za 70m^2, a na resztę zrzuciliby się mieszkańcy. Podobną sytuację miałoby też większość radnych, których metraże wahają się średnio od 150 do 250m^2. Podjęliśmy więc działanie. Urzędnicy miejscy prosili nas, żebyśmy nie "czepiali się" władzy lokalnej, tylko rządu, który narzuca "wybór" między dżumą a cholerą. Ale nasi włodarze dżumę zmutowali w sposób cwaniacki i zabezpieczający ich przed wydatkami. Na szczęście nie na długo - ale o tym niżej :)

Kiedy radni przyjmowali tę idiotyczną uchwałę, byłem tam razem z kilkoma kolegami-działaczami. Dziwiliśmy się, że nikt przeciw temu nie protestuje, w szczególności z uwagi na kontrowersyjną decyzję rady o likwidacji Rady Dzielnicy Nowe Siedlce. Była to jednostka pomocnicza, która nie kosztowała miasta prawie nic, bo tamtejsi radni pracowali za darmo, ale która była zbyt niezależna, bo nie udało jej się przejąć PO-PiSowi, więc wśród dyskusji o latarniach, dziurach w asfalcie i poszerzaniu zalewu, podjęto decyzję o likwidacji ośrodka niezależności. Jak czytaliśmy w uzasadnieniu wniosku, według prezydenta miasta był to "nadmiar demokracji".

Sprawy zaczęły się komplikować, gdy rozzłoszczeni mieszkańcy Siedlec zaczęli organizować protest i świetnie go rozpropagowali wieszając ogłoszenia i uzasadnienie protestu na każdej klatce, oraz w miejscach składowania śmieci komunalnych. Władza nagle obudziła się, że musi grać "dobrych panów" i zorganizowała naprędce dwa spotkania dyskusyjne, na których starała się przekonać mieszkańców do swojego widzimisie. Miałem okazję podziwiać piękne wyliczenia na ulotkach sfinansowanych z naszych podatków. Piękne, bo każde z tych wyliczeń miało przy sobie gwiazdkę. Na dole, przy gwiazdce, była informacja, że są to kwoty wstępne i mogą ulec zmianie. Ufność to podobno dobra cecha, ale w tym przypadku byłaby to cecha człowieka, który na władzy jeszcze się nie zawiódł. Takich ludzi w Polsce chyba nie ma...

Byliśmy obecni na obu konsultacjach, jednak władza wolała odegrać teatr, zamiast podjąć merytoryczną dyskusję. Argumenty trzeba było więc powtarzać także następnego dnia, w zamian słysząc, że próbujemy zbić kapitał polityczny. Ani jednej merytorycznej odpowiedzi, na dodatek zarzuty niedoinformowania (proszę zapamiętać ten zarzut). Zapowiedziałem więc, że jeśli władza nie zmieni swojego ignoranckiego podejścia, zrobimy w Siedlcach referendum i wymienimy władzę na taką, która przynajmniej umie merytorycznie dyskutować.

Nie tylko nasze pytania pozostawały bez odpowiedzi. Zlekceważony został również pan, który pytał o to, gdzie podziało się 12 milionów złotych mających być przeznaczone na spalarnię śmieci, za której niewybudowanie grozi Siedlcom duża kara finansowa.

Następnego dnia był już zapowiedziany protest. Były obecne na nim różne środowiska, ale obecność prawicowców (jako tych, którzy byli na konsultacjach a nie tylko na samym proteście) miała tam wymiar szerszy. Nasz protest odbył się nie tylko jako sprzeciw wobec uchwały śmieciowej, ale także sprzeciw wobec dalszego wyprzedawania majątku miasta w celu pokrycia coraz to nowych długów (KLIK) w mieście znajdującym się na 4-tym miejscu w Polsce pod względem zadłużenia (szerzej pisałem o tym tutaj - KLIK), oraz wobec traktowania mieszkańców jak dojne krowy. Szczególnie osób starszych, które głośno i stanowczo twierdziły, że głosowały na taką władzę, ale na pewno już na nią nie zagłosują. Polityczny strzał w stopę był widocznie dla radnych mniej ważny od korzyści materialnych osiągniętych dzięki nowej uchwale. A kto spłaci długi? Młodzi i ich dzieci - a teraz hulaj dusza, byle do wyborów!

Zamieszczam krótką relację z protestu, jest tam kilka ujęć ze mną, ale niestety nie ma całej przemowy do zebranych:

To nie jest łatwe do pojęcia, ale Rada Miasta odrzuciła propozycję mieszkańców mimo tak licznego (jak na piątek o godz. 9:30) protestu na 300 osób (to tyle, ile było na proteście anty-ACTA). Uchwała uchylająca śmieciowy bubel prawny nie została wpisana nawet do porządku obrad rady. Ważniejsze były dziury w asfalcie (którymi mogłyby się przecież zająć rady dzielnic, ale że są niezależne, no to trudno...). Ludzie, którzy weszli na salę obrad, wychodzili z niej po pięciu minutach z barwnym określeniem inteligencji radnych i wartości tego, o czym dyskutują i nad czym głosują. Ogłosiłem wtedy rozpoczęcie przygotowań do referendum odnośnie odwołania siedleckiej władzy samorządowej. Chętni do pomocy zgłaszają się ciągle, ale po dniu dzisiejszym wiem, że będzie ich jeszcze więcej.

Stanie się tak, ponieważ dziś miasto poniosło kolejną porażkę. Kolejną, bo oprócz ciągłego zadłużania, nepotyzmu i lekceważenia mieszkańców, dołączyła afera z Forum Obywatelskiego Rozwoju. Więcej o tym pod tym linkiem - KLIK. Zarzucają nam niedoinformowanie, a sami bezprawnie odmówili udostępnienia informacji publicznej.

Dzisiaj natomiast Regionalna Izba Obrachunkowa częściowo uchyliła uchwałę skreślając z niej zapis o górnej granicy 70m^2. Więcej o tym pod tym linkiem - KLIK. To dowodzi tego, że mamy rację, że słusznie protestowaliśmy i słusznie domagamy się zmiany niekompetentnej władzy, która zatrudnia radców prawnych przepuszczających taki bubel prawny. Ciekawe, czy teraz radni nagle podejmą inne rozwiązanie kiedy okazuje się, że będą musieli płacić za wszystkie swoje metry. Trzeba trzymać kciuki za zmianę, bo jak do niej nie dojdzie, to trzeba będzie tylko współczuć zwykłym mieszkańcom, którzy odziedziczyli bądź uczciwie dorobili się dużych domów.

Mam nadzieję, że chociaż teraz okażą odrobinę rozsądku i zmienią sposób rozliczania np. od ryczałtu wody, albo od liczby osób zamieszkujących mieszkanie. Na konsultacjach włodarze zasłaniali się rodzinami wielodzietnymi, ale w trosce o nich można w tym przypadku ustalić maksymalną liczbę osób, tak samo jak chcieli to zrobić z metrami (o tym mówiłem na konsultacjach, zresztą słychać w pierwszym filmiku). Nie jest to trudne ani do pojęcia ani do wykonania, ale widocznie nie chcieli. Widocznie boją się tego, że jak przyjmie się tę metodę naliczania, to ludzie pracujący w Warszawie zaczną się przemeldowywać do stolicy i na wierzch wyjdzie REALNE bezrobocie, jakie mamy w Siedlcach.

Następną porażką miasta są parkometry, które właśnie teraz są ustawiane w centrum miasta. Po ustępstwach na rzecz wielkich sieci handlowych, władza uznała, że to zbyt mało i teraz trzeba odebrać klientów sklepikom w centrum miasta strasząc ich opłatami za parkowanie, a następnie wysłać ich do sklepów, które mają własne parkingi: Galeria S, Kaufland, Biedronka, Carrefour...

W tej sytuacji jestem spokojny o frekwencję i wyniki referendum, oraz o późniejsze wyniki wyborów. Bieg wydarzeń pokazał, kto tu jest merytoryczny, a kto wierzga we wszystkie strony próbując ugrać jak najwięcej dla własnej kieszeni, a jednocześnie bronić się poprzez ataki personalne. Doszły mnie bowiem słuchy, że urzędnicy Urzędu Miasta dostali polecenie, aby bronić tej władzy za wszelką cenę. Byli obecni na drugich konsultacjach (siedli razem, więc śmiesznie wyglądało to, jak 1/4 sali klaszcze, a reszta buczy). Są też obecni w Internecie. Oczywiście nie mogę uświadczyć argumentów, tylko ataki ad personam. Przez ostatni czas zostałem nazwany: "anarchistą", "populistą", "skrajną prawicą", "oszołomem od Korwina Mikke" itp., itd. brakowało tylko "faszysty" i "nazisty", ale tym mi się oberwało przy okazji Marszu Niepodległości 11 listopada. Zamieszczam informacje medialne o sprawie siedleckich śmieci (dosłownie i w przenośni) pod tymi linkami (choć jak widzę niektóre z komentarzy zostały skasowane): link 1, link 2, link 3, link 4link 5 (o, tutaj też wciśnięto mi w usta słowa o anarchii za to, że nawołuję do demokratycznego referendum).

Moja krótka wypowiedź dla TVP Warszawa (czas: 4:38) - KLIK


Były też dziwne aluzje co do mojego małżeństwa, wieku, a nawet wyglądu. Zniosłem to cierpliwie i z pokorą, bo PRAWDA zawsze obroni się sama. Dzisiaj przekonałem się o tym na własne oczy!

Koalicja Zgoda i Rozbiór chciałaby i naszych głosów i naszych pieniędzy, w zamian nie okazując nawet odrobiny dobrej woli. Nie dostaną ani jednego, ani drugiego.

16 listopada 2012

Odkłamujemy Marsz Niepodległości!


Co to za kraj, gdzie co chwila trzeba raz po raz udowadniać rodzinie, sąsiadom i znajomym, że nie można być ślepo zapatrzonym w przekaz medialny? Czas wyjść z domu i oczyścić się z szamba, którym zostaliśmy obrzuceni ze strony mediów i wszystkich sejmowych partii politycznych!



W narodowe święto - w Dzień Niepodległości 11 listopada potraktowano mnie jak śmiecia za to, że chciałem uczcić ten szczególny dzień, ale nie podporządkowałem się nagonce medialnej i nie dałem się wciągnąć w polityczne rozgrywki ludzi chcących ugrać dla siebie poparcie kosztem tego święta. Marsz Niepodległości był wcześniej i jest apolityczny, podkreśla postawę patriotyczną i nawołuje do służby Ojczyźnie w charakterze poświęcenia, a nie robienia własnej kariery. Zapowiada diametralną zmianę podejścia do życia publicznego w Polsce, zmienia przedmioty dyskusji z tematów zastępczych na tematy podstawowe dla dobra narodu: na zainteresowanie się gospodarką, na trzeźwe śledzenie rozwoju wydarzeń, na przywiązanie wagi do historii i umiejętność czerpania z jej doświadczeń i przede wszystkim na wartości, które czynią nasz naród wielkim.

I właśnie dlatego Marsz Niepodległości jest tak mocno atakowany. Obecnie wszystkie środowiska parlamentarne się od niego dystansują, na czele z PO, które zrobiło oddzielny marsz i chciało przejąć te masy ludzkie do własnych celów, oraz SLD, które zaproponowało delegalizację stowarzyszeń organizujących Marsz Niepodległości. Tymczasem na portalu Facebook powstała odpowiedź - strona "Zdelegalizować SLD", która jest ewenementem socjologicznym zyskującym fanów w rekordowym tempie - w chwili pisania tego tekstu ich liczba zbliża się do 20.000. Oprócz oczywistych przeciwników niepodległości takich jak Ruch Palikota pragnący zamienić nacjonalizm polski na euro-nacjonalizm, atak na Marsz Niepodległości nastąpił również z kierunku partii Prawo i Sprawiedliwość - koncesjonowanej quasi-prawicowej opozycji, która boi się zmiany mentalności polskiego narodu, dokładnie tak samo jak i reszta obecnej sceny politycznej przyzwyczajonej do systemu okrągłostołowego. Od Marszu dystansują się Solidarna Polska i PSL. Każdy chciał przejąć tę siłę, ale nie ma jej jak ugryźć, bo jesteśmy odporni na te brednie, obietnice i traktowanie Polski jak tort do podziału. Marsz w 2010r. przeszedł spokojnie, ale był zbyt duży i niezależny, więc w 2011 i 2012r. starano się go Polakom obrzydzić. Przez wiele tygodni Marsz Niepodległości był opluwany w mediach i bezpodstawnie posądzany o bycie zlotem faszystów, nazistów, zadymiarzy itp. A czy ja wyglądam na faszystę?

Dlaczego w telewizji znowu nie pokazano ani sekundy z pozostałej, spokojnej części Marszu, gdzie było pozostałe 90 tys. osób? Dlaczego nie pokazuje się w serwisach informacyjnych nagranych ewidentnych prowokacji? Opinia publiczna oceniłaby Marsz inaczej, gdyby widziała całość Marszu, a nie wycinek stanowiący mniej niż 1% jego uczestników.


Służba Marszu Niepodległości i organizatorzy uspokoili tłum mimo prowokacji - tego jednak w telewizji też nie pokazano. Służba Marszu chwyta agresywnych uczestników, ale okazuje się, że jeden z nich po doprowadzeniu do kordonu Policji pokazuje odznakę i zostaje bez problemu wpuszczony za kordon. Później, oddział Służby Marszu, którego byłem członkiem, używa liny do odgrodzenia ludzi od policjantów znajdujących się 3-4 metry od nich i stawia się w sytuacji między młotem a kowadłem gdy policjanci zachowują się prowokująco względem kibiców. Na szczęście większość kibiców słuchała poleceń organizatorów i pomogła utrzymać linę ratując tym samym marsz przed delegalizacją. Zdelegalizowanie marszu oznaczałoby prawne przyzwolenie dla Policji do brutalnego rozpędzenia nielegalnego zgromadzenia złożonego nie tylko z mężczyzn, ale i kobiet, dzieci, osób starszych, inwalidów... przy użyciu pałek, środków środków chemicznych, gumowych pocisków z broni gładkolufowej i psów policyjnych. To by się odbyło w świetle polskiego "prawa", ale władza zadowoliła się nagraniami "zadym", którymi można było ogłupiać ludzi zgromadzonych w święto przed telewizorami. Gazowanie, pałowanie i strzelanie na oślep do ludzi i tak się odbyło, dlatego ten system już długo nie potrwa.



A teraz najważniejsze pytania:
- Dlaczego ABW przeszukiwało mieszkania organizatorów Marszu Niepodległości i konfiskowało sprzęt: komputery i telefony, uniemożliwiając sprawne przygotowanie marszu aby przebiegł bezpiecznie i aby można było zawczasu uwrażliwić ludzi na możliwość wystąpienia prowokacji?

- Dlaczego uniewinniono bandytę-tajniaka, który podczas Marszu Niepodległości w roku 2011 skopał i potraktował gazem pieprzowym przechodnia, który nawet nie uczestniczył w Marszu? I to kilka dni przed Marszem w 2012r. Wyraźna prowokacja w stronę kibiców, a w stronę policjantów jasny sygnał: "Można bić, kary nie będzie!"

- Dlaczego we wszystkich mediach głównego nurtu podnoszono kwestię rzekomego zagrożenia faszyzmem połączoną z nagonką na Marsz Niepodległości i promocją "oficjalnego" i "wesołego" marszu prezydenckiego, który nota bene nie prezentuje patriotyzmu tylko STATOLATRIĘ, która jest cechą typową dla FASZYZMU (Mussolinizmu)! Patriotyzm to umiłowanie narodu, a statolatria to umiłowanie oficjalnych władz i aparatu państwowego. A my jesteśmy patriotami bo politycy się zmieniają, a my musimy żyć razem w jednym państwie, jakoś współdziałać i nie dać się dzielić drażliwymi, emocjonalnymi tematami odciągającymi naszą uwagę od realnych problemów!

I przede wszystkim:
- Dlaczego rok temu musiałem przekonywać i udowadniać sąsiadom i znajomym, jak naprawdę wyglądał Marsz Niepodległości, oni przyznali mi rację, że media kłamały... a teraz, zaledwie po roku, muszę ich przekonywać od nowa? Dlaczego znowu dajemy się oszukiwać?



Marsz Niepodległości 2012 w pięciu zdaniach:
- 100 tysięcy ludzi w centrum Warszawy.
- Prowokacyjny atak zamaskowanej policji.
- Pacyfikacja zamieszek przez Straż Marszu Niepodległości.
- Gigantyczny pochód ulicami miasta - "nie .czerwona, nie tęczowa, Polska zawsze narodowa!".
- Na scenie pod Zamkiem Ujazdowskim ogłoszenie powstania Ruchu Narodowego - ruchu społecznego, który naród zmobilizuje, zorganizuje i obali Republikę Okrągłego Stołu

* * *
Miałem zaszczyt w najważniejszym momencie być w odpowiednim miejscu. Na naszych oczach zmienia się historia naszego narodu. Nie po to poświęcili się nasi Przodkowie, żebyśmy dziś zaspali i dali się obrabować w białych rękawiczkach. Nie po to po 1944r. walczyli i ginęli Żołnierze Wyklęci, Inka czy rotmistrz Pilecki. Największą przyczyną zła jest bezczynność ludzi dobrych, dlatego wzywam Cię do działania na rzecz naprawy narodu i życia publicznego, oraz edukacji i uwrażliwiania społeczeństwa. Możesz to zrobić sam, możesz także współdziałać z nami. Jednak jedno jest pewne - każdy z nas, w swojej miejscowości, w każdej klatce schodowej, na każdej ławce przed blokiem, ma być dziś rotmistrzem Pileckim!

Trzeba działać też lokalnie - Siedlce są 4-tym najbardziej zadłużonym miastem w Polsce, zadłużają nas coraz bardziej, obciążają coraz większymi kosztami (np. śmieci, parkomaty), a po eksperymencie FOR Urząd Miasta Siedlce jako JEDYNY z badanych złamał nasze prawa odmawiając dostępu do informacji publicznej! (Google: "FOR ostrzega (nr 29) Jak urzędy miast utrudniają dostęp do informacji publicznej"). Wolność i niepodległość nigdy nie są dane raz na zawsze, dlatego musimy o nie walczyć i o nie dbać. A jak już odzyskamy co się da, to wystawimy rachunki i nie będzie już "okrągłego stołu".


Do roboty!
Niech żyje Polska!


13 listopada 2012

Spokojnie jak na wojnie

Uspokajam Czytelników - o Marszu Niepodległości wpis BĘDZIE, ale dopiero wtedy, kiedy domknę wszystkie sprawy związane z Marszem, przestanę odpisywać na fejsie i będę mógł w końcu przedstawić różne materiały całościowo, holistycznie (bo na słowo to mi jak zwykle nikt nie uwierzy). Zbiorę najważniejsze artykuły i filmy, oraz dodam własną króciutką relację z kryzysowego momentu podczas Marszu Niepodległości - momentu, w którym siła i dojrzałość organizatorów oraz uczestników Marszu została przetestowana, ze skutkiem pozytywnym. Już wiem, że nie tylko ja wtedy myślałem coś w stylu "cóż, najwyżej mnie stratują/zapałują" - coś w stylu, bo czasu na takie myślenie nie było, to była raczej postawa niż myśl. Nie było czasu, trzeba było czujnie pilnować sytuacji i reagować natychmiast. Tego momentu nie zapomnę chyba nigdy i żadne słowa napisane tutaj nie będą w stanie oddać jego dramaturgii. Ale najważniejsze jest to, że udało i że przyszłość należy do nas.


Na zachętę umieszczam przemówienie Mariana Kowalskiego, którego miałem zaszczyt eskortować podczas Marszu, a który nawiązuje do owych kryzysowych chwil... Cóż, to jednak trzeba było przeżyć.



27 października 2012

Wężykiem, wężykiem!

* * * (godz. 20:14)
Info z ostatniej chwili: pociągi stoją nie tylko pod Łukowem, ale też pod Cegłowem na trasie Warszawa-Siedlce. Bez prądu, więc wszyscy marzną. Bite 3-4 godziny czekania, ale oficjalnie czas opóźnienia "nieznany". A jeszcze zmiana czasu... Wiwat... Czy prywatny przedsiębiorca doprowadziłby do takiego stanu rzeczy wiedząc, że skaże go to na wielkie straty? Ile dotacji z naszych podatków zostanie jeszcze wyrzucone w błoto?
* * *

Wczoraj radni miasta Siedlce, spośród wielu spraw ważnych i zupełnie bez znaczenia, poruszyli kwestię przygotowania miasta na ewentualne opady śniegu. Władze miasta zapewniły radnych i mieszkańców, że nie ma się czego obawiać, gdyż śledzą oni prognozy pogody, a tzw. "sezon zimowy" rozpoczyna się dopiero 1 grudnia. Jeden z urzędników napomknął też o tym, że stan gotowości przyjęło się utrzymywać 30 dni przed "sezonem zimowym" jak i 30 dni po nim.

Kolega obecny na sali powiedział mi w tym momencie, że w niedzielę zapowiadane są opady deszczu. Odpowiedziałem mu żartobliwie, że nie ma się czego obawiać, bo w niedzielę urzędy i tak nie pracują. To był jednak niestety jedyny powód do żartów, bo nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Padł śnieg, padła rada dzielnicy, w której ludzie pracowali za darmo jako pośrednicy między mieszkańcami a biurokracją, padło też całkiem słuszne oświadczenie radnego Sylwestra Czyżyka o wystąpieniu z klubu PiS. Cały ten układ dosłownie i w przenośni pada. Rada w chocholim tańcu uchwala kolejne kredyty, które będziemy musieli spłacać my i nasze dzieci. Zajmuje się problemami, którymi w normalniejszych miastach zajmują się rady dzielnicowe (np. w Lublinie, gdzie jest kilkadziesiąt takich rad i to one się zajmują kałużami i dziurami w drogach, a nie Rada Miasta). A tymczasem ręka pogrąża się coraz głębiej w nocniku.

Władza chwaliła się także nowymi autobusami. Nie szkodzi, że wiąże się to z wysokimi cenami biletów, ludzie woleliby już dotychczasowe pojazdy w zamian za tańsze bilety. Posiadając swoje obowiązki i rezygnując z drogiego autobusu, pojechałem skuterem na Instytut Teologiczny. Jazda po błocie pośniegowym takim jednośladem to bardzo ciekawe przeżycie. Jest jak jazda na grzbiecie węża, który sunąc do przodu wije się w lewo i prawo, a na zakrętach jego śliskie podbrzusze daje o sobie znać w sposób szczególny. Wężykiem, wężykiem! Cieszę się, że mam taką władzę, bo gdyby nie ona, nie miałbym takich atrakcji i już od poniedziałku ruszyłoby odśnieżanie - a tak poczekamy sobie może i do grudnia :) Prawdą jest też, że nie ma co odśnieżać, skoro i tak zaraz napada - w końcu po co jeść, skoro i tak zaraz się...

Wróćmy jednak do wątku, bo nikt nie lubi lania wody (chyba, że na sesjach Rady Miasta). W drodze powrotnej wpadłem do Biblioteki Głównej UPH i wypożyczyłem "Teorię pieniądza i kredytu" Ludwiga von Misesa. Przypominając sobie wczorajszą egzaltację kolejnymi kredytami na "termomodernizację" kolejnych obiektów sportowych (w końcu co drugi radny to wf-ista) albo propozycjami poszerzenia zalewu siedleckiego "tak, aby można było pływać jachtem", pomyślałem sobie, co by było, gdyby radni przeczytali tę książkę. W końcu to tylko krótki spacer do pierwszej lepszej biblioteki i 418 stron tekstu - o wiele mniej, niż te wszystkie uchwały o krzywych latarniach i jakości życia biologicznego w siedleckim zalewie.

Nie pozostaje nic innego, jak ich namawiać i trzymać kciuki za sukces edukacji nad brylowaniem w garniturach. Może wtedy Siedlce jakoś, choćby i "wężykiem", dojadą w końcu do wolności?

29 września 2012

Nie powtórzymy błędów Hiszpanów

Od kilku tygodni w Hiszpanii dochodzi do rozruchów, które kończyły się m.in. zajmowaniem nieruchomości przez tułające się bandy, oraz kradzieżą produktów z jednego z supermarketu. W Polsce również mamy do czynienia z bezprawnym zajmowaniem nieruchomości i mimo różnic kulturowych i mentalnych, wytłumaczenie jest takie samo: "bo nam się należy!". Grecy swego czasu także podążali takim tokiem myślenia, ale ostatnio zmądrzeli i odkryli, że aby coś się należało, trzeba najpierw na to zapracować, a nie leżeć do góry brzuchem i wystarczająco głośno się domagać. Społeczeństwo greckie powoli wychodzi z mentalności niemowlęcej, do której Europa została sprowadzona przez socjalizm i szeroko pojęte lewactwo. Rozwiązania "specjalistów od wszystkiego" doprowadziły dziś do sytuacji, gdzie ludzie płacą podatki na pałę, którą dostają przez głowę. Przyjrzyjmy się temu, jak Hiszpanie protestują:



Na końcu filmiku Hiszpanie śpiewają swoją wersję "Murów" J. Kaczmarskiego :) Niestety, ich żądania są skierowane na jeszcze większy socjal i rozdawnictwo, czyli to, co wpędziło ich w biedę. Wolnościowych głosów rozsądku jest niewiele - jednak myślę, że sytuacja wymusi rozwój w stronę wolnego rynku. Co więcej, samym śpiewaniem, kładzeniem się na ulicy i nie reagowaniem na to, że obok mnie funkcjonariusz przekracza swoje uprawnienia w sposób rażący, jest świadectwem tego, że Hiszpanie rzeczywiście nadal wierzą, że ten system da się jakoś uratować. Zatrważający jest poziom indoktrynacji lewicowej, jaką przeszli ci ludzie od najmłodszych lat w państwowych szkołach.

Głęboko wierzę w to, że w krytycznym momencie Polacy nie zgłupieją jak Hiszpanie czy początkowo Grecy, tylko zaczną działać wspólnie, zdecydowanie i konkretnie, a wszystkie te trzy przysłówki będą wiodły ich działanie we właściwym kierunku. Trzeba najpierw określić najważniejsze problemy, czyli: suwerenność Polski, gospodarka i perspektywy dla młodych ludzi. Nie można dać się zarzucić tematami zastępczymi, kłótniami "o pietruszkę" i mamieniem, że zmienia się władza. Po ostatnich aferach widać, że służby szykują sobie miękkie przejście na inne marionetki, dlatego nawet jeśli zmieni się władza, to system - który wyprodukował te wszystkie problemy i krzywdy - pozostanie ten sam. Nie popełnijmy ani błędów Hiszpanów, ani błędów poprzedniego pokolenia i zmieńmy nasz kraj od podstaw, a nie tylko z wierzchu!

12 września 2012

Korwin vs Korwin

Nie chciało mi się tego pisać, bo są poważniejsze sprawy w Polsce (np. gospodarka), ale zbyt wiele osób prosiło mnie, żebym wypowiedział się odnośnie ostatniej sytuacji z JKM i jego wypowiedziami o paraolimpiadzie, sposobie naliczania punktów i ogólnego - niesprawiedliwego i pełnego hipokryzji - podejścia państwa i mediów do kwestii niepełnosprawnych. Nasiliło się to szczególnie przy okazji programu T. Lisa.

Od siebie - z czysto politologicznej pozycji - mogę tylko powiedzieć tyle, że cała sytuacja jest sukcesem, gdyż wiele nowych osób właśnie wczoraj zrobiło pierwszy krok w kierunku wolności gospodarczej, choć musieli przełożyć nogę ponad tematem zastępczym. JKM jest mistrzem treści, lecz nie formy - dlatego wielu na niego narzeka, a część działaczy dostała kręćka w wyniku myślenia w kategoriach "co ludzie powiedzą?". Tymczasem okazało się, że większość popiera JKMa w tej kwestii i dostrzega stronniczość prowadzonej nagonki. Ci, którzy myślą logicznie, od razu dostrzegli rację i racjonalność postępowania politycznego w realiach demokracji medialnej. Ci, którzy myślą emocjonalnie, doszli do podobnych wniosków po krótszym lub dłuższym czasie na sen bądź też przemyślenia. A ci, którzy nie myślą... ;-)

Myślę, że będę stronniczy oceniając konfrontację Korwin vs Korwin, dlatego wolę przytoczyć wypowiedzi osób "postronnych" pod profilem p. Piotrowskiej:

"Kto więcej zrobił dla niepełnisprawnych, głupia paniusia o zerowej erudycji, nazywając niepełnosprawnych niby-olimpijczykami (to wlasnie znaczy paraolimpijczyk, ciekawe czy pani chciały by ją nazywa niby-człowiekiem czy niby-kobietą), czy Korwin, który założył fundacje na rzecz rozwoju umysłowego niepełnosprawnych i jeszcze wpłacił na nie pieniądze? Dla mnie odpowiedz jest jasna"

"1. Problem, że tak czy siak w serialach i filmach są tylko ludzie wymodelowani, wypudrowani, eleganccy.
2. Pani, Pani Korwin-Piotrowska, tak wspaniale broni inwalidów i nie chce ich szufladkowania a nie chce zauważyć, że podział na dwie olimpiady jest właśnie tego przejawem.
3. Co więcej, zasiadanie w jury Top Model, segregowanie i upodlanie dziewczyn, bo brzydkie, bo jakaś niedoskonałość, bo pół kilo nadwagi... To odbiera Pani wiarygodność w dyskusji ale wiadomo, dla pieniędzy człowiek czasem zmieni podejście. Korwin-Mikke go nie zmienia.
4. JKM słusznie zwraca uwagę na problem przeliczników na paraolimpiadzie.
5. Tomasz Lis ma chamski i niekompetentny sposób prowadzenia dyskusji z przerywaniem w pół zdania na czele i szkoda, że ktokolwiek marnuje czas na udział w takich rozmowach. Insza inszość, że robi to specjalnie (nikt nie zatrudniłby niepełnosprawnego intelektualnie albo niekompetentnego redaktora). Błaznuje się przy tym dyskutując na temat notki nie przeczytawszy jej.
6. JKM założył Fundację Indywidualnego Kształcenia dla wspomagania rozwoju niepełnosprawnych fizycznie w sportach umysłowych. Niestety Lis uciął temat bo to by wprowadziło nieład w obrazie faszysty-Mikkego.
6. Cała "dyskusja publiczna" przesiąka emocjami które zaciemniają umiejętność czytania ze zrozumieniem. To jest w zasadzie główny problem i przyczyna całego sporu.
7. Drugi to to, dlaczego nagle ktoś interesuje się "kanapowym politykiem", skoro wojna o niepełnosprawnych zaczęła się bez jego udziału."

"Jeśli nie ma podziału na gorszych i lepszych to dlaczego są medale ?
http://sendfile.pl/207056/view/Dinozaur_2.jpg"

"No nie mogę nie napisać tego po wczorajszym programie Lisa - żal, żal i jeszcze raz żal.
1. Jakim Pani jest autorytetem i jaką Pani ma pracę, że zaproszono Panią wczoraj jako gościa? Bo pisze Pani do Party i jurorowała Top Model? To czemu nie zaproszono też Piróga i Wodeckiego np.?
2. Jak można prowadzić program tak, że 'atakowanemu' nie daje się skończyć wypowiedzi, przerywa mu i dodatkowo obraża? Rozumiem, że nie lubi go Pani, ale jesłi Pani jest tolerancyjna i jak patetycznie to Pani podkreślała jest człowiekiem, to myślałem, że powinno się pozwolić dać dokładnie wypowiedzieć 'oponentowi'
3. Pan JKM ani razu Pani nie obraził, a Pani rzucała co chwilę 'faszystami', 'szaleńcami' i tekstami w stylu "człowieku bądź cicho już". To jest rzetelne, tolerancyjne i na poziomie?
4. Nagle, jak wybuchła sprawa z paraolimpijczykami to Pani skrzeczy, że daliśmy dupy i nie obudziliśmy się wcześniej z tym. A Pani się obudziła? Czy teraz rozdmuchuje sprawę, żeby być cool?
5. Przemawianie za niepełnosprawnych też jest raczej niesmaczne.

Cóż, niszczie JKM-a, proszę bardzo. Skoro dobrze Wam, PARTYjnej klasie się dobrze żyje za rządów PO to fajnie. A jak PO przegra, to w razie czego jest Palikot, większy oszołom od trzeźwo myślącego po prostu JKM-a. Smutno mi patrzeć jak lewactwo, krętactwo i fałsz polityczny się coraz mocniej trzyma w Polsce.
A wam, lemingom telewizyjnym i politycznym gratuluję bycia niepełnosprawnym umysłowo i poddawania się tak bezczelnym manipulacjom już od lat :)"

"Po komentarzach można przeczytać o której Pani Piotrowska poszła spać. Do pewnego momentu sama słodycz, a później fala krytyki. No cóż, śpiący nie pokasuje komentarzy... "

Co ciekawe, komentarze broniące JKM-a - bądź co bądź na "wrogim terytorium" - mają kilkakrotnie więcej "polubień" niż te, które są przychylne Piotrowskiej. Nawet mimo tego, że są co jakiś czas kasowane przez nie-faszystowską i nie-kanapową dziennikarkę (Kto o niej słyszał? Tymczasem JKM: 4-te miejsce w wyborach prezydenckich). Pozostaje cieszyć się z faktu, że ludzie coraz mniej podatni są na propagandę wyniesioną z moskiewskiej szkoły. W tym miejscu warto przypomnieć słynną dyrektywę Józefa Stalina, która jak widać jest stosowana przez komunistów do dnia dzisiejszego:

„Gdy obstrukcjoniści staną się zbyt irytujący, nazwijcie ich faszystami, nazistami albo antysemitami. Skojarzenie to, wystarczająco często powtarzane, stanie się faktem w opinii publicznej”

3 września 2012

Hole in the wall

Rzadko zdarza się, aby blogger piszący o sprawach politycznych przyznał rację komuś podchodzącego do tych spraw inaczej, ale z tym stwierdzeniem nie można się nie zgodzić. Marek Migalski porównał bowiem polską politykę do teleturnieju "Hole in the wall", co może świadczyć o tym, że sam również musiał odczuć efekty partyjnych wygibasów w swojej karierze. Usiłowanie dopasowania się zarówno do nastrojów wewnątrzpartyjnych jak i społecznych eliminuje szczerość i długofalowość działań. Kierując firmą trzeba patrzyć długoterminowo - a co dopiero państwem.

Niektórzy jednak nie muszą się stosować do tej zasady, gdyż nie są oportunistami tylko naprawdę wierzą w swoje idee. Jedną z takich osób jest Bronisław Komorowski, z tym, że on wierzy w ideę z gruntu głupią i zbrodniczą, a jest nią socjalizm. Wierzy w nią od bardzo dawna mimo tego, że w 2004r. wypowiadał się o konieczności wprowadzenia w Polsce wolnego rynku i wolnościowej prawicy (proszę sobie sprawdzić, jest na YT... dla ułatwienia dodam, że było to wystąpienie u Wojciecha Cejrowskiego w programie "Z kamerą wśród ludzi"). Dowodzi temu fakt, iż nie wahał się zadłużyć siebie i swojej rodziny (zawierającej wówczas 5-cioro dzieci) i "zainwestować" pieniądze w niemiecką piramidę finansową. Pieniądze oczywiście przepadły, a było ich około 500.000 PLN. Tak, pół miliona przehulał wierząc w bezpodstawne obietnice.

Pożyczone pieniądze przepadły i stał się łatwym celem dla kogoś, kto mógłby chcieć zrobić z niego marionetkę na swoich usługach. A co - miał zainwestować swoje, ciężko zarobione? Przecież socjalista tak nie robi! Dzisiaj to on spełnia rolę obiecującego, a przedmiotem zadłużenia staje się nasz naród.

No i jak taki typowy polski katolicko-lewicowy (co jest mieszanką wzajemnie się wykluczającą, niemniej u Polaków występującą w większości) "prawicowiec-patriota" ma się zachować? Oczywiście dla PiS-owców jest to powód, aby poprzeć Kaczyńskiego. Tymczasem pan Kaczyński za czasów rządów AWS uczestniczył we wprowadzaniu gimnazjów do systemu polskiego szkolnictwa. Wczoraj natomiast - nie przyznając się do błędu - zaproponował, aby powrócić do systemu z 8-letnią podstawówką i 4-letnim liceum.

Cóż, nie pozostaje w tym momencie zacytować klasyka, Stefana Kisielewskiego:
"Socjalizm to ustrój, który bohatersko walczy z problemami nie występującymi w żadnym innym ustroju."

...za nasze pieniądze.

A co w takiej sytuacji robi szanowny jegomość Janusz Palikot? Zamiast merytorycznie wytknąć hipokryzję, sprowadza dyskurs publiczny do stwierdzeń typu "truchło polityczne" bez podawania argumentów. I o dziwo cytują go polskie media. Ugrałby więcej, gdyby podszedł fachowo do swojej krytyki, ale po co, kiedy można ogłupiać Polaków i spłycać ich myślenie do prostego "lubię - nie lubię", "swój - nie swój"? Jeszcze ktoś mógłby zacząć myśleć!

1 września 2012

Czego się nie zrobi dla procentów?

W demokracji panuje zasada, że wygrywa ten, który zgarnie większe poparcie. Aby otrzymać takie poparcie, po pierwsze trzeba być znanym, a po drugie trzeba wkupić się w łaski różnorakich grup społecznych. Im więcej grup popiera daną opcję, tym większa szansa na jej wygraną. Dlatego dla polityka ważne jest pokazywanie jego poparcia dla różnych grup - im większych, tym lepiej.

Czasem jednak przeradza się to w hipokryzję, której nie można nazwać inaczej niż wycieraniem sobie mordy: Ojczyzną i patriotyzmem, Bogiem i wiarą, troską o przyszłość i odpowiedzialnością za teraźniejszość. Jak można bowiem nazwać patriotą kogoś, kto z jednej strony dumnie śpiewa hymn państwowy, a z drugiej te same państwo niszczy i rozkrada? Jak można nazwać wierzącym człowieka, który z jednej strony pokazuje się w kościele i bryluje na uroczystościach, a z drugiej każe poświęcić kamień na cześć rury ściekowej, który to kamień jest później oblewany przez psy? Jak można nazwać człowiekiem odpowiedzialnym kogoś, kto zadłuża kraj, miasto lub gminę, aby dobrze pokazać się przed wyborcami - kosztem młodych ludzi i przyszłych pokoleń, na które długi spadną w postaci zwielokrotnionej?

Z tym spotykamy się na co dzień. Dzisiaj jednak granice hipokryzji przeszły wszelkie granice. Oto Ruch Palikota wraz ze swoją młodzieżówką dumnie złożyli kwiaty pod pomnikiem ofiar II Wojny Światowej w Koninie. Ci, którzy plują na polskość i nawołują do likwidacji państwa polskiego, ci sami, którzy twierdzą, że hymn, flaga i godło to niepotrzebne symbole, lansują się teraz nad mogiłą tych, którzy walczyli i ginęli za te wartości.

Zdjęcia można sprawdzić m.in. tutaj: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.280031362101707.54280.204973469607497&type=1


Dla porównania mamy tutaj wypowiedź (sprzed tygodnia!) naczelnego euronazisty. Została ona zgłoszona do prokuratury przez Janusza Korwin-Mikke. Takie sprawy nie mogą zostać przemilczane, bo bazują właśnie na nadziei o naszej bezczynności i badaniu, na ile można sobie pozwolić.



Czekam teraz na 16 października - czy Ruch Palikota zrobi sobie zdjęcia pod pomnikiem tak przez nich znienawidzonego Papieża, aby móc się potem reklamować w gazetach i na Facebooku? Nie chcę myśleć o tym, ilu naiwnych ludzi nabierze się na ten manewr jakże aktywnych działaczy - działających ze szczerych pobudek.

O ile nie trawię Platformy Obywatelskiej za to, że oszukała swoich wyborców w 2007r. obietnicami o wolności gospodarczej i zrobiła socjalizm, o tyle jeszcze bardziej nie lubię PiSu, który z jednej strony kreuje się na obrońcę wartości, a z drugiej po prostu wykorzystuje ugrany w ten sposób kapitał do obsadzenia stołków własnymi ludźmi przy jednoczesnym wypieraniu się współodpowiedzialności za sytuację w kraju. Nie ma bowiem nic gorszego niż jawna hipokryzja, szczególnie jeśli dotyczy wartości najwyższych: Boga i Ojczyzny. W takiej sytuacji wartość Honoru również jest pogwałcona, gdyż jest to zwyczajne sprzedawanie siebie, idei i tych, którzy za to walczyli i ginęli. Jest to orgia i ucztowanie na grobach w płytkim celu pozyskania procentów.

13 sierpnia 2012

Marsz Niepodległości 7 października

Jak wiadomo wszystkim, Marsz Niepodległości organizowany przez ONR, MW i inne środowiska narodowe odbywa się przy okazji Święta Niepodległości 11 listopada każdego roku. Ta data jest ważna dla każdego Polaka, gdyż wtedy zakończyła się wojna i de facto Polska miała ustabilizowaną niepodległość. W tamtym roku byłem uczestnikiem tego Marszu i do dziś pamiętam szok, który przeżyłem po powrocie do domu i włączeniu telewizora. To, co zostało pokazane w niemal wszystkich stacjach telewizyjnych, działo się ok. 4 kilometry od Marszu Niepodległości i nie miało z nim nic wspólnego. Nie zmienia to jednak faktu, iż ten marsz z racji swojego wyjątkowego oddolnego charakteru nie spodobał się władzy. Politycy chcą dziś kontrolować każdą większą i popularną inicjatywę społeczną i stawać na jej czele nawet mimo tego, że nie mają najmniejszej zasługi na ich rzecz. Rozpoczęła się więc mocna i długotrwała nagonka na inicjatywę Marszu Niepodległości, co poskutkowało totalitarnym wręcz zaostrzeniem przepisów o zgromadzeniach publicznych.

Co więcej, władza okazała się na tyle bezczelna, że obok Marszu Niepodległości postanowiła uformować Marsz Jedności, z prezydentem i innymi urzędnikami państwowymi na czele. To takie znajome - przecież to wielki prestiż i wzrost poparcia ilekroć polityk zostanie pokazany w mediach na czele wielkiej liczby ludzi.

Patriota w takiej sytuacji stoi na rozdrożu. Dosłownie i w przenośni, gdyż właśnie na Placu na Rozdrożu, pod pomnikiem Romana Dmowskiego, zakończył się poprzedni Marsz Niepodległości. Było to zakończenie niemal siłowe, gdyż służby państwowe dobitnie pokazały swoje nastawienie do zgromadzonych, a media im zawtórowały. Prowokacje się udały i spełniły swoją rolę. Teraz patrioci nadal nie mają jasnego i wspólnego stanowiska, co zrobić w tym roku. Istnieje bowiem problem, że Marsz Jedności będzie pokazany jako alternatywa dla "brutalnego" Marszu Niepodległości, a żeby to udowodnić, zostaną poczynione prowokacje - być może nawet krwawe. Dało się poświęcić samochód, może i kilku ludzi nie będzie im szkoda - ważna jest "opinia publiczna" i nastroje, które pomogą rozbić ruch narodowy jednocześnie pozwalając na dalsze prowadzenie typowo totalitarnej polityki.

Jest także druga możliwość - uczestnictwo w Marszu Jedności i zwyczajne jego przejęcie. Z własnymi hasłami, transparentami, a nawet służbą porządkową. W ustroju, który sami sobie zgotowaliśmy, rządzi większość i trzeba niestety grać w tę grę na jej zasadach - nawet jeśli się nam one nie podobają. W końcu może mi się nie podobać, że as jest więcej wart od króla - ale takie są zasady. Jest to bądź co bądź ryzykowne, ale w razie sukcesu reżim mógłby mieć sporo problemów w odkręceniu tego na swoją korzyść. Jest tak, ponieważ nawet gdyby zrobiono z "przejmujących" bandę krwiożerczych, dopiero co wypełzłych z grobów hitlerowców, to i tak przejęcie świadczyłoby o tym, że ludzie tej władzy nie uznają, a ona sama jest słaba nawet w tym, w czym się specjalizuje.

Kolejna możliwość i propozycja zarazem padła z ust prezesa Nowej Prawicy. Mianowicie, bazując na argumentach historycznych, istnieje koncepcja przeprowadzenia zupełnie odrębnego Marszu Niepodległości 7 października. Co więcej, ta możliwość nie wyklucza zastosowania którejś z powyższych - może być swoistym preludium do wydarzeń listopadowych. Co więcej, jeśli Nowa Prawica zrobi własny marsz wcześniej, to na Marszu Niepodległości nie będzie mieć pociągu do skandowania typowo wolnościowych haseł, co tak mocno uraziło socjalistów idących w Marszu. Jeśli to pomoże zachować jedność tego ważnego dnia, to niech "wyszaleją" się 7 października, a 11 listopada pójdą jak monolit z innymi. Obawiałem się, że 7 października mogłoby być mało osób, ale na MN wielu było wolnościowców (aż sam się zdziwiłem). Nie sądzę, żeby Nowa Prawica chciała rozbijać ruch narodowy, czy "nawracać" jego członków na siłę na wolny rynek. To - jak pokazała szeroko zakrojona nagonka na nacjonalista.pl i narodowcy.net na czele z prezesem NOP-u Gmurczykiem - socjaliści zamiast skupiać się na dobrej organizacji i sprawnej współpracy, wolą marnować energię na obrzucanie błotem. Brawo, chłopaki, władzunia zaciera rączki.

Ja pójdę i 7 października i 11 listopada. Podobnie zrobi zapewne reszta Nowej Prawicy. Warto zaznaczyć, że 11 listopada odbędzie się tak czy siak największy marsz, bo media będą forsować tę datę. Dzisiaj już tylko ideowcy pamiętają, że nie jest to data wymarzona ze względu na osobę Piłsudskiego. Ale jest wspólna i lepiej już wspólnie a nie do końca content, niż "każdy sobie rzepkę skrobie". Co ciekawe, 11 listopada nie był świętowany nawet za czasów sanacji i dopiero w ramach sztucznej gloryfikacji Piłsudskiego stała się to tak popularna data. Ale nie ma co się spierać - spory zostawmy między historykami. Jeśli bowiem społeczeństwo się nie zjednoczy (nie "za" ale "przeciwko") to będziemy tylko dalszymi ofiarami zasady "Divide et impera", chcącymi iść we wszystkie strony i w rezultacie stojącymi w miejscu.

8 sierpnia 2012

Fucking for virginity

W drugiej połowie ubiegłego wieku, z okazji wojny w Wietnamie, świat obiegło hasło "War for peace is like fucking for virginity" (w wolnym tłumaczeniu: Wojna w celu zapewnienia pokoju jest jak pie*** się w celu zapewnienia cnoty).

Można dyskutować ze słusznością tego hasła, jednak występujący w nim pewien logiczny ciąg można śmiało dopasować do wielu działań dzisiejszych. Dla przykładu: słynne "janosikowe". Jest to polityka mająca docelowo zapewnić większą "równość" ekonomiczną wśród polskich województw. Tutaj człowiek inteligentny musi natknąć się na płynący z życia i historii wniosek: Jeśli przedkładamy równość nad wolność, mamy do czynienia z regresem - równaniem w dół. Tak jest w przypadku zarówno w przypadku osób fizycznych jak i prawnych, takich jak województwa. Wyklucza to szybki rozwój, a wręcz do niego zniechęca, gdyż ci, którzy radzą sobie lepiej, są karani - a ci, którzy radzą sobie gorzej, dostają pieniądze za status biedaka. Jest to mechanizm anty-motywacyjny, zachęcający do dalszego pobierania pieniędzy za nic nie robienie. Na dodatek zniechęca do współpracy między województwami i zamiast obopólnych korzyści mamy stwierdzenie "i tak już dostaliście od nas janosikowe". Co na to druga strona? Cóż, dokładnie nic, gdyż samorząd na janosikowym jest jak menel na zasiłku - cieszy się z tego, że tak czy siak pieniążki wpłyną i wysilać się nie trzeba (jest to wręcz niewskazane, gdyż wtedy darmowe świadczenia się skończą).

Swoją drogą, dlaczego w ogóle mamy wyrównywać poziomy między Polską "A", Polską "B" i (powstałą zapewne po części w wyniku tego "wyrównywania") Polską "C"? Dlaczego by nie przestać przeszkadzać zachodniej lokomotywie w rozwoju własnym i pociągnięciu za sobą reszty regionów nie tylko na zasadzie dawania motywacyjnego kopa, ale również dzięki rozrastającym się inwestycjom?

Wolę mieć w kraju tereny mocno zaawansowane, które przyciągną poważnych inwestorów, niż cały kraj uśrednić. To właśnie różnorodność jest piękna i atrakcyjna, to ona przyciąga ludzi i pieniądze. Ważne są zarówno wysoce zurbanizowane i rozwinięte ośrodki, jak i tereny dziewiczej natury czy też po prostu wiejskie i sielskie. A czego chcą nasi politycy? Jednej, szarej papki brudnych blokowisk - stanu pośredniego między jednym, a drugim. Jak widać, nawet to im nie wychodzi, bo ze skomplikowanego obiegu pieniądze znikają nader łatwo.

Jak wiemy, w Belgii współistnieją bogata Flandria i biedna Walonia. Zależności między nimi są powodem konfliktu, który mocno zdestabilizował tamtejszą politykę i gospodarkę: Flandria całkiem słusznie nie chce dopłacać do biednej Walonii. Pomyślmy, o ile lepiej byłoby, gdyby uwolniona z obciążeń Flandria rozwijałaby się w takim tempie, że i Walonia (a więc Belgia jako całość) skorzystałaby "rykoszetem". A tak, dwóch się bije i nikt nie korzysta - ot świetne miejsce na stolicę Unii Europejskiej.

6 sierpnia 2012

Na tarczy

Uważny czytelnik zakładał, że nie napiszę nic przynajmniej do 16 sierpnia. Cóż, też tak myślałem, ale niestety musiałem powrócić z pielgrzymki przed czasem. Nie z mojego powodu, gdyż nie szedłem sam, ale czuję, że i ja nie dałbym rady dojść do samego celu. Bez przygotowania, idąc wprost sprzed komputera było ciężko już pierwszego dnia - o dziwo na najkrótszym odcinku. Dlaczego? Z braku doświadczenia wziąłem w plecak m.in. jedzenie i wodę, oraz dość ciężką menażkę na zupę. Nic z tych rzeczy się nie przydało, bo ludzie dawali po drodze czego tylko dusza zapragnie (i to nie tylko pierwszego dnia, dalej dawali nawet więcej na specjalnych stolikach, szczęśliwcom czasem trafił się nawet nocleg w normalnym domu, a nie pod namiotem). Czułem się więc jakbym niósł drzewo do lasu, albo prowadził idiotę o Sejmu, co skutkowało przeciążeniem kolana. Głupio mi było widząc młodziutkie dziewczyny deklasujące mnie w marszu. Nie jest to spacerek - będę musiał się nieco przygotować, aby móc to wytrzymać. Ale nie ma co tego roztrząsać :)

Ten mój powrót "na tarczy" zbiegł się dziwnie z kolejną dyskusją o Powstaniu Warszawskim. Jak wiemy, Warszawa w jego wyniku została doszczętnie zniszczona, pomęczono i wymordowano ćwierć miliona Polaków. Wysiłek Powstańców był niesłychany i godny podziwu, oraz pamięci. Niestety, był on skazany na niepowodzenie i żadna w tym wina Powstańców czy wymordowanej ludności Warszawy. Przede wszystkim winni rzezi są oczywiście Niemcy, którzy wbrew temu, jakie mieli o sobie mniemanie, zachowali się jak najgorsi barbarzyńcy rodem azjatyckich stepów. Następnie, cyniczny Stalin, który zatrzymał wojska przed Wisłą, aby poczekać, aż Warszawiacy wykrwawią się. Niestety, wśród winnych są również ci, którzy odgórnie zadecydowali o wybuchu Powstania. Nie jest to pewna informacja, ale myślę, że weryfikowalna: otóż, Powstanie Warszawskie odbyło się decyzją większości głosów w stosunku 3:2. Prawdopodobnie wśród decydentów obecny był agent sowiecki, co jeszcze bardziej boli, kiedy spojrzymy na wynik "głosowania".

Denerwuje mnie to, że jak ktoś krytykuje decydentów Powstania, zarzuca się mu brak szacunku do walczących. Myślę, że to właśnie ze względu na ten szacunek powinniśmy wprost mówić prawdę. Powstańcy nie mieli możliwości analizy i oszacowania swoich szans. Jednak dowództwo miało takie możliwości i popełniło błąd, co po wybuchu Powstania potwierdził generał Anders krytykując ten ruch i podając praktycznie te same argumenty, które padają dziś... Również ze względu na szacunek do poległych bohaterów musimy pamiętać o całej historii i nie koloryzować jej, bo tylko z prawdziwej historii możemy wyciągać wnioski na przyszłość i uczyć się na błędach. Ci, którzy widzą tę sprawę w czarno-białych barwach, po prostu nie znają historii. A ci, którzy nie znają swojej historii, są skazani na jej powtórzenie.





Muszę też skomentować farsę, której udziałem stały się obchody upamiętniające walczących Powstańców. Za wzór stawia się generała, który otrzymując nominację w 2005r. od B. Komorowskiego siłą rzeczy jest stronniczy. A nawet jeśli to nie miałoby na to wpływu, na pewno wpływ ma zatrudnienie syna owego generała w spółce Elewarr. Nazwa ta przewija się ostatnio nader często... Tymczasem na teren głównych uroczystości nie wpuszczono weteranów. No bo co jakiś dziadek z oddziału "Parasol" jest wart przy wielce szanownych urzędnikach i tych, którzy poszli na współpracę? Zaproszenie musi być, koniecznie czerwone :) PO stosuje więc przywłaszczanie sobie cudzych dokonań, manipulacji w mediach i zbijania kapitału politycznego na  wydarzeniach ponad-partyjnych. W tej sytuację nie dziwię się, że zostali wygwizdani, natomiast dziwię się, że nie zostali obrzuceni jajami.

1 sierpnia 2012

Na pielgrzymkę bez wódki!

W przededniu mojego wymarszu na Jasną Górę chciałbym poruszyć pewną kwestię dotyczącą religii, tym bardziej, że ostatnio mało o tej materii pisałem. Na pielgrzymkę idę dopiero pierwszy raz w życiu i nie wiem, czego się spodziewać oprócz odcisków i zmęczenia - dlatego o tym wypowiem się po powrocie (oby szczęśliwym i nie przedterminowym). Tymczasem moimi palcami porusza teraz poczucie konieczności skomentowania listu hierarchów polskiego Kościoła, który został odczytany w ostatnią niedzielę na Mszach Św.

Hierarchowie poruszają w nim kwestię miesiąca sierpnia jako miesiąca abstynencji. Cóż, jestem zwolennikiem abstynencji, sam po sobie widzę, że jednak warto umieć otworzyć się na ludzi bez konieczności spożycia alkoholu. Oprócz zdrowia oszczędzam też pieniądze, a także zapewne wiele niemiłych sytuacji. Niczego nie podpisywałem, nie jest też tak, że nie tknąłem w życiu ani kropelki alkoholu. Próbowałem tego i owego, ale po prostu nigdy się nie upiłem - jakoś mnie do tego nie ciągnie.

Ale dość o mnie, skupmy się na meritum wpisu. List podał wiele alarmujących statystyk, argumentów tych bardziej, jak i mniej przyziemnych, oraz kilka postulatów. Jednym z nich było ubolewanie nad powszechnością dostępu do alkoholu. O tym, jak flaga i hymn Polski są mieszane do reklamy piwa, w końcu też o konieczności większej kontroli sprzedaży alkoholu, ograniczenia reklam etc. etc.

Przykro mi to komentować, ale najwyraźniej hierarchia nie szanuje danej człowiekowi od Boga wolnej woli, a w miejsce Boga stawia państwo. Nie muszę chyba przypominać, kto w miejsce Boga stawia państwo? Czy hierarchom przydałaby się lekcja ekonomii, a przede wszystkim lekcja życia?

Co ciekawe, owe postulaty pokrywają się z postulatami Unii Europejskiej, odnośnie podniesienia akcyzy na alkohol, przeniesienia sklepów monopolowych na obrzeża miast i zakazu sprzedaży alkoholu po godz. 22:00. Są to nie tylko skrajnie lewicowe, ale i skrajnie bezczelne postulaty godzące w wolność osobistą, a także powodujące zwiększenie problemu alkoholowego pod przykrywką "walki z alkoholizmem". W końcu nie od dziś wiadomo, że wyższa akcyza na alkohol pogarsza sytuację nie pijaków, a ich żon i dzieci - na wódkę zawsze pieniądze się znajdą, choćby kosztem bucików dla dziecka, albo leków dla żony. Trudniejszy dostęp do alkoholu powoduje, że ludzie robią zapasy - a zapas w domu szybciej "schodzi", a co dopiero, gdy trzeba będzie wyjechać poza miasto, by go zrobić. Ilość wypadków po alkoholu również może wzrosnąć przez te regulacje. A jak ktoś nie zdąży wybrać się za miasto do 22:00? Zawsze ma możliwość pędzenia bimbru w domu, albo zaopatrywanie się na czarnym rynku. To już przerabialiśmy w PRL-u (z tym, że zakaz obowiązywał do godz. 13:00 - zachowały się na taśmach kolejki stojące od godzin porannych) a państwo przestrzegało wtedy przed ślepotą wywoływaną przez źle destylowany bimber.
W odpowiedzi na te plany wychodzi organizacja Wolny Browar, który razem z Nową Prawicą prowadzi ogólnopolską akcję edukacyjną połączoną ze zbiórką podpisów. Szczegóły na Piwo Pod Chmurką. Właśnie dlatego, że wolna wola to dla mnie skarb nadprzyrodzony, jako abstynent i student teologii gorąco popieram tę akcję i włączyłem się w nią. Rozmawiałem już chyba ze wszystkimi sprzedawcami alkoholu w Siedlcach, każdy z nich widział naklejkę akcji, większość z nich skorzystała z możliwości naklejenia jej na drzwiach wejściowych i w innych widocznych miejscach. Ale koniec promocji, przejdźmy do konkluzji:

Cóż, duch socjalizmu unosi się również nad Kościołem, być może jest to również spuścizna PRL-u, gdzie w Służbie Bezpieczeństwa funkcjonowała specjalna komórka kształcąca przyszłych "księży". Usiłowano powołać państwowy "kościół", który byłby dobrym instrumentem do kontrolowania nastrojów obywateli. Ksiądz był już nawet zawodem, byli też przodownicy pracy w księżowskim rzemiośle... Proces transformacji ustrojowej tacy agenci przeszli nietknięci - "bo księdza nikt nie ruszy".

Dlatego tym bardziej doceniam prawdziwych księży z powołania. Niestety, większość z nich rezyduje albo na małych parafiach i tam daje z siebie wszystko, albo po prostu wyjechała na misje święte do Afryki, Ameryki Południowej, Azji itd. To przykre, bo większość osób, które zraziły się do Boga, tak naprawdę zraziły się do jakiegoś księdza i przerzuciły to na wiarę i religię. Tymczasem naprawdę warto postarać się poznać księdza z powołania - to wzmacnia wiarę i pokazuje rzeczywisty obraz Kościoła. Mam nadzieję, że ten obraz zobaczę jeszcze dokładniej na pielgrzymce.


===
Zainteresowanym polecam lekturę książki "Komuniści i Kościół w Polsce". Tytuł podałem orientacyjnie, autora nie pamiętam, pamiętam za to okładkę przedstawiającą Jaruzelskiego, który przyjmuje w Polsce papieża. Papież ociera łzę z oka. A teraz lecę czynić ostatnie przygotowania :)

29 lipca 2012

Teraz obgadamy mojego prezesa.

Napisałem o KNP z punktu widzenia jej aktywnego działacza, chciałbym teraz przejść do osoby prezesa tej partii, którego przedstawiać chyba nie trzeba. Jako, że zostałem zapytany o moją ocenę działania Janusza Korwin-Mikkego dla KNP, postaram się udzielić w miarę zadowalającej odpowiedzi.

JKM po pierwsze ma najlepszego i najpopularniejszego bloga politycznego. Ale ważniejsze jest to, że zarówno w kampanii wyborczej jak i dziś jest najciężej pracującym członkiem KNP. To procentuje - żaden inny polski polityk nie spotyka się z taką popularnością wśród aktywnej politycznie części społeczeństwa. Nigdy nie zapomnę, jak na JKMa w Siedlcach przyszło ponad 300 osób do małego pubu (a był wtedy już 3ci raz w moim mieście) i nie było gdzie szpilki wcisnąć. Ilość spotkań, które prowadzi, zapiera dech w piersiach. On potrafił w kampanii zrobić tournee po miejscowościach na 6 1-2godzinnych spotkań dziennie plus dojazdy, bez czasu na sprzedawanie książek (czyli nie miał możliwości zarobku czy choćby zwrotu za paliwo) od rana do późnej nocy, do skrajnego wręcz wyczerpania, czego sam byłem niestety świadkiem. Niestety - bo obok dumy i podziwu stwierdzam, że ten wysiłek poszedł na marne z powodu, który podam niżej.

Popełnia jednak JKM trochę błędów nietypowych dla mistrza Polski w brydżu i świetnego szachisty. Wewnętrzna organizacja partii to jego słaba strona - niemile zaskakuje przede wszystkim złym doborem ludzi, których dopuszcza do swojego otoczenia i do kwestii decyzyjnych, co w konsekwencji skutkuje także stanowiskami partyjnymi. Tymi formalnymi i mniej formalnymi, np. niepisane stanowisko "realizatora filmowego", który jedyne, co potrafi, to obrażanie innych działaczy, czym doprowadził do rezygnacji kilku z nich. Tak, mówię o tym pieniaczu, Krzysztofie Pawlaku. Zasada "primum non nocere" jest więc łamana, a co gorsza nie ma żadnego dobrego działania ze strony najwyższych władz partii, które równoważyłoby niesmak. Wystarczy podać przykład "zbiórki" podpisów w wykonaniu Warszawy, podczas gdy "szaraczki" z okręgu Konina zebrali 8000, a my w siedlecko-ostrołęckim ponad 6000. Dostali stanowisko i siedzą na laurach, oraz wygryzają "konkurencję", czyli ludzi, którzy pokazują, że da się coś robić - tak jak to było ostatnio przy okazji afery z NP TV. Inni pokiwają głową działaczom, że mają rację, poklepią po ramieniu - i nadal nic się nie dzieje. Nie chcę mówić, że powinienem być na jakimś stanowisku wyższego szczebla w partii - od tych, co są teraz, na pewno byłbym lepszy, ale oprócz mnie poza zarządem są osoby naprawdę znający się na rzeczy, posiadający wiedzę, doświadczenie, czas i pieniądze potrzebne do należytego rozkręcenia tej partii. A rozkręcić ją trzeba - tu i teraz, gdyż z każdym dniem po prostu się wypala. JKM mimo podeszłego wieku wytęża siły, ale sam nie ruszy tej machiny, tym bardziej, jeśli jego wysiłki są marnotrawione przez jego współpracowników (a czasem także przez niefortunną wypowiedź w TV, gdzie nie ma miejsca na długie, dokładnie argumentowane wypowiedzi). Ba, JKM sam przyznał, że popełnił błąd samemu nie kontrolując kampanii wyborczej i poświęcając się wyłącznie spotkaniom.

Wspomniałem o niefortunnych wypowiedziach. Tutaj dochodzimy do kolejnego przykrego błędu, który JKM popełnia. Otóż, nie zauważa on, że ludzie nie odróżniają tego, kiedy prezentuje program jako polityk, a kiedy jako publicysta mówi o czymś, na co nie chciałby mieć wpływu jako władza. Dzięki działalności publicystycznej utrzymywał się za komuny i utrzymuje się też dziś. Jego znakomite felietony uświetniają wiele tytułów prasowych, ostatnia również portale płacą za umieszczanie tekstów właśnie u nich. Jako, że JKM-polityk i JKM-publicysta to ta sama szczera do bólu osoba, nie tłumi publicystycznej natury podczas, gdy należałoby to zrobić. Zawsze łatwo było więc wyciągnąć fragment, który brzmiał kontrowersyjnie (oczywiście wycinając uzasadnienie). To wina tego, że JKM lubi rzucić kontrowersyjnym stwierdzeniem, a dopiero potem je pięknie uzasadnić. Udaje się to wyśmienicie na spotkaniach (nigdy nie zapomnę, jak zszokował mnie - ale potem rzeczowo przekonał - do stwierdzenia, że Polska nie powinna pomagać Polakom na Białorusi). W telewizji jest to samobójcze - nie ma bowiem bezpośredniego kontaktu ze słuchaczami, a ich rolę spełnia często stronniczy redaktor, który musi poza tym zmieścić się w czasie antenowym.

Wydawałoby się, że wobec tego stanu rzeczy działacze w większości będą chcieli pokazać również swoją jakość - ale jak już pisałem, wolą psioczyć na JKMa zamiast samemu postarać się przebić i "zrobić to lepiej". Niestety, takich działaczy jest garstka, co moją wizję KNP o wielu twarzach oddala w czasie. Spory wynikłe z dyskusji o JKM powodują, że prędzej może dojść do kolejnego bezsensownego podziału, niż do zwarcia szeregów przeciwko prawdziwemu wrogowi, czyli systemowi socjalistycznemu.

26 lipca 2012

W krainie ślepców

Jak pokazały ostatnie sondaże, miałem rację w swoich przewidywaniach odnośnie następstw wypowiedzi JKM-a o Annie Grodzkiej. Oczywiście w szeregach KNP pojawiło się wielu malkontentów krytykujących Korwina za wszystko, co tylko zrobi - a w tym przypadku ewidentnie zrobił dobry ruch polityczny, na którym skorzystali przecież również ci "narzekacze". "Narzekaczami" nazywam tutaj tylko tych, którzy nic nie robiąc szukają sobie wymówek dla swojej bierności: "bo Korwin to, bo Korwin tamto". Jest jednak na szczęście jeszcze grupa, która robi swoje i wie, że nawet jak się z kimś nie zgadza, to trzeba wprowadzać własne rozwiązania, a nie tylko stać z boku i w niewybrednych słowach krytykować. Mógłbym tutaj kilku takich wymienić, ale - noblesse oblige - nie zrobię tego publicznie. Szkoda tylko, że nic ich to nie nauczyło i nadal swoją działalność ograniczają do siedzenia przed komputerem i pisania głupot, na dodatek niczym nie podpartych.

Tym bardziej cenię tych, którzy wkładają w działanie masę swojego czasu i pieniędzy, którzy nie zniechęcają się ogólną sytuacją i obojętnością "większości". Podziwiam ich i staram się im dorównać. Wzmożona działalność także często doprowadza do konfliktów, ale wtedy wystarczy opowiedzieć się po stronie tego, kto ma rację. Jeśli ktoś naprawdę działa, to wie, na czym stoi, co krytykuje i o czym się wypowiada. Nie jest "malkontentem", tylko chce zmienić coś na lepsze. Należy stanowczo rozróżnić nierobów od reformatorów.

Ktoś kiedyś powiedział: "W krainie ślepców jednooki jest królem". Jednak powiedzenie te nijak nie pasuje do polskich realiów, gdzie wciąż - nawet wśród osób chcących wolności - przejawia się socjalistyczna mentalność "szarej masy", gdzie wszystko się należy bez żadnego własnego wkładu pracy, środków i myślenia. W polskiej krainie ślepców jednooki będzie musiał chronić swoje cenne oko przed tłuszczą, która tego oka będzie chciała go pozbyć. Jeśli ktoś wybije się parę centymetrów ponad tłum, tłum ściąga go za nogi z powrotem.

A chyba lepiej byłoby, gdyby ludzie z tłumu skupili się na doskonaleniu siebie i również pięli się do góry? Wtedy każdy zyska, a nawet w takiej organizacji jak partia polityczna będzie wówczas lepszej jakości kontrola pracy wykonywanej zarówno na niższych, jak i wyższych szczeblach. Solidna motywacja do działania jest bardzo ważna, bo niestety dla wielu jest ona niezbędna do jakiegokolwiek działania. Takiej motywacji dostarczy zmiana mentalności: docenienie pracujących, zignorowanie/odsunięcie krzykliwych leni, w końcu wysłuchanie ludzi chcących usprawnić naszą pracę (do której przecież dokładamy własne pieniądze!). Czy nie byłoby wtedy łatwiej? Czy nie byłoby wtedy nas więcej?

17 lipca 2012

Co zrobił Korwin?

"Afera", jaką wywołał wpis JKM-a o pracowniku administracji publicznej, odbiła się echem w niektórych mediach. Można wręcz pomyśleć, że jest to idealna zasłona dymna dla afery w PSL-u! Wynikła afera i nagonka środowisk "tolerancyjnych" na "nietolerancyjnego, chamskiego i w ogóle" JKMa (a gdzie tolerancja dla nietolerancji, pytam ja się?). Ale... to tym lepiej dla JKM-a :) Stał się bowiem - nazwijmy to z perspektywy przeciętnego, nieprzychylnego rządowi wyborcy - "ofiarą bezdusznej nagonki TVNu" za to, że wyraził swoje zdanie, zresztą identyczne ze zdaniem większości społeczeństwa. Tak więc nie jest to do JKM-a podobne i dlatego tutaj zachował się świetnie jako polityk w demokracji ;) Dla prawicowców ważne są słowa i ich znaczenie, nie lubią, kiedy się nimi manipuluje i tworzy jakąś nowomowę. To się, niestety, dzieje w polskiej polityce. Dla przykładu, poznałem dzisiaj nowe słówko: transfobiczny. Znaczenia można się domyśleć, ale nie sądziłem, że ktokolwiek - poza kabaretami - był w stanie wymyślić i zastosować takie słowo. Ale wróćmy do rzeczy - co konkretnie Korwin zrobił i dlaczego w takim stylu?

Wpis Korwina, o którym mówię

Odpowiedź jest wg mnie prosta: JKM wskazał na dość drażliwy problem we współczesnych demokracjach. Problem, którego występowanie - jak uczy chociażby historia Kaliguli mianującego konia senatorem - świadczy o schyłku cywilizacji. Do władz państwowych ludzie dostają się nie dlatego, że są kompetentni, tylko dlatego, że są znani. A znani są z tego, że są... znani. Mamy kompletne zaprzeczenie merytokracji, za to jakąś dziwną namiastkę politycznego Big Brothera. Z tą różnicą, że tutaj uczestnicy są marionetkami finansowanymi przez partyjnych bossów, a głosowanie (czyli zainteresowanie społeczeństwa... w zależności od frekwencji) jest nie co tydzień, a co 4 lata. W międzyczasie można więc robić wszelkiego rodzaju przekręty, skutecznie tuszując je tematami zastępczymi. A jak coś wypłynie, to najwyżej minister weźmie całą odpowiedzialność na siebie, poda się do dymisji, pójdzie na inne wygodne stanowisko, a interes kręci się dalej.

Grodzka wiedział, na jaki układ idzie - postawił wszystko na jedną wyrazistą kartę, a teraz zbiera jej gorsze strony. Niestety, zbiera je również nasze społeczeństwo. Gdyby poseł ten nie afiszował się ze swoją "odmiennością", byłby normalną osobą, która pracuje w Sejmie, i którą wszyscy szanują, bez obrzydzenia całują w rękę itp. (stąd jest celne porównanie do zupy z szarańczy). Ważniejszy był jednak niestety interes wyborczy Ruchu Palikota, który bezpardonowo wykorzystał dobre imię tej osoby do własnych celów marketingowych. Na krótką metę zdało to egzamin, ale teraz poseł nie może się dziwić, że zjeżdżając na pokaz gołym tyłkiem po nieheblowanej desce trafi w końcu do wanny spirytusu. A teraz mamy wielki płacz i oburzenie (a komentarze w Internecie dolewają oliwy do ognia śmiechu i przypominają, że "chłopaki nie płaczą"). Grodzka może mieć więc pretensje tylko do samego siebie.

Wiem, że druga strona broni się tym, iż transseksualista w Sejmie jest tam po to, by walczyć o "prawa" tej grupy społecznej. Pytanie jednak: czy ich prawa są inne, niż całej reszty wokół? Nawet w życiu typowo społecznym, poza ścisłymi ramami prawnymi (na które poseł nie ma wpływu!) - przecież zmiana płci nie jest wcale tak bardzo widocznym zabiegiem w życiu późniejszym, nie wiążą się z tym żadne represje. Przynajmniej dopóki nie zacznie się z tym obnosić na lewo i prawo. Seksualność jest sprawą prywatną i dopóki taką pozostawała, nie było z nią problemów. Dlatego za obecne problemy i podziały w społeczeństwie odnośnie odmienności seksualnych odpowiadają środowiska LGBT, wszelkiej maści aktywiści gejowscy etc. To oni rozdmuchali sprawę w celu zbicia kapitału politycznego i całkiem niemałych sum pieniędzy, a cierpią na tym osoby, które mimo swojej odmienności wolą jednak nadal zachowywać się normalnie i nie afiszować się ze swoimi preferencjami. Przez takich aktywistów-pasożytów to właśnie oni cierpią.

Co więc zrobił JKM? Użył celnych, ale jednak chamskich sformułowań - ale to było konieczne, bo dzięki temu wybił się do mediów ze swoim przesłaniem. Korwinowi nie przeszkadza to, że Grodzka "zmienił płeć", ale to, że tylko i wyłącznie dzięki tej zmianie płci dostał się do Sejmu. Nie dlatego, że zna się na polityce, ale dlatego, że jest "dziwadłem". Ludzie głosowali na niego właśnie dlatego, że jest po "zmianie płci" - praktycznie nic innego o nim przecież nie wiedzieli.


A jeśli już się chcieli czegoś dowiedzieć, to np. tego, że ten kandydat nie zna się na ekonomii, co sam przyznał w radiu. Usprawiedliwił jednak swój start w wyborach "walką o prawa transseksualistów". Jednak chciałbym nieśmiało zauważyć, że lepiej niż poseł w tej roli sprawdziłby się zarejestrowany, aktywny lobbysta, który zamiast dysponować jednym głosem w głosowaniu i szufladkując swoje poglądy własną osobą, miałby wpływ na kilku-kilkunastu posłów przekonując ich do swojego zdania. Tymczasem okazuje się, że po raz kolejny dla środowiska LGBT nie jest ważne dobro osób odmiennych seksualnie, a po prostu wpływy, pieniądze i wielka polityka. Jest to przykre, bo został utworzony stereotyp "geja-pajaca", a społeczeństwo jeszcze bardziej podzieliło się nad sprawą, która dla Polski znaczy naprawdę niewiele. Co gorsza, pod pretekstem walki o "prawa" - a raczej przywileje LGBT, zagrożona jest stabilność

Co będzie po tym, jak stabilność w społeczeństwie zostanie zachwiana do tego stopnia, że jedynym jego zajęciem będą tematy zastępcze? O tym ładnie mówi na YT Yurij Bezmienow. LGBT są więc tylko narzędziem do rozwalenia społeczeństwa, a kiedy przestaną być przydatni, wielka polityka zrobi z nimi to samo, co swego czasu zrobili komuniści. Oni też "walczyli o prawa" osób odmiennych seksualnie, ale jak widać społeczeństwo jest na bakier z historią, dlatego najwyraźniej jest skazane na jej powtórzenie. Zastanawia jedynie fakt, że LGBT sprzedało swoją przyzwoitość, popadło w hipokryzję i jeszcze z wielką chęcią poszło na ten samobójczy układ.