30 stycznia 2012

Zaczęło się od Polski

Demokracja nigdy długo nie trwała.
Wkrótce zniszczyła, wykończyła i zamordowała samą siebie.
Samuel Adams


To właśnie w Polsce miarka się przebrała. Teraz protesty są już niemal w każdym kraju, którego dotyczą skoordynowane gierki niewolące Internet. Od kilku dni protestuje nawet Bułgaria i jest to prawda nawet wtedy, kiedy nie mówią o tym w telewizji. Zawiedzeni ludzie, którzy mają coraz mniej w portfelu, a mimo to nie są i nie mogą być pewni emerytur, czują wewnątrz pragnienie wolności. Ale nie mogą jej okazywać - muszą pracować, z czego połowę idzie na państwo, które zadłuża się na coraz to dalsze pokolenia. Dlatego głównie młodzi ludzie mają czas, chęci i odwagę (nie żyli w komunistycznym zastraszeniu) do protestów. Mają też o co walczyć, bo przed nimi jeszcze całe życie.

Sprawdźcie komentarze pod tym filmem z protestu w Paryżu (LINK). Porównania wolnościowych protestów przeciw ACTA do Solidarności są jak najbardziej na miejscu. Oby tylko nie podstawili nam "Bolka"... Nie ma tutaj konkretnych przywódców - nie chcemy być celebrytami na fali tego oddolnego, spontanicznego ruchu. Polityk, który chciał zbić kapitał polityczny na sprawie łączącej ludzi ponad ideologią, został pogoniony w stylu, który sam prezentuje. Ci młodzi ludzie są obecnie wielką siłą, która nie da się ujarzmić i pokierować, nawet mimo tego, że każdy by chciał mieć taką siłę pod sobą. Jest to jednak "elektorat" jednego postulatu i bardzo niewielka jego część wie, że tutaj chodzi o wolność. Dlatego tylko niewielka część tej grupy świadomie protestuje także przeciwko rozszerzeniu uprawnień NIK, która może zbierać informacje dotyczące naszego światopoglądu, upodobań, nałogów, a nawet kodu genetycznego. Ludzie w końcu widzą, że od lat ogranicza się naszą wolność - najpierw gospodarczą, a gdy gospodarczej nie da się już bardziej ograniczyć, biorą się za wolność osobistą.


Zaczęło się od Polski. Ale gdzie, kiedy i jak się skończy? Teraz wszystko w rękach ludzi, ale to nie oznacza, że jesteśmy bliżej demokracji, bo demokracja właśnie morduje samą siebie. To, co nas czeka, zależy od tego, czy mali liderzy dadzą się kupić. Przede wszystkim nie można scentralizować tego ruchu, bo podstawienie "Bolka" i drugi "Okrągły Stół" będą już tylko kwestią czasu. Nie popełnijmy błędu naszych rodziców, nie idźmy na kompromis z tymi, którzy do cna chcieli nas zniewolić.

26 stycznia 2012

Est ACTA fabula?

Mówi się, że to koniec walki Internautów o wolność słowa, bo ACTA jest już podpisane. Otóż nic bardziej mylnego. Jest jeszcze do prześledzenia głosowanie w PE (zobaczymy czy J. Kurski zastosuje się do naszej petycji) jak i głosowanie w Sejmie. To właśnie na posłów z naszego okręgu wywieramy nacisk takimi manifestacjami jak ta:




Relacja


Dziękuję wszystkim przybyłym za odwagę i wytrzymałość (było mroźno!). Jest sens takich manifestacji, nie tylko z powodów wymienionych na początku, ale także dlatego, że ludzie widzą wtedy, że nie są sami w swojej walce. Inni widzą (i piszą potem do mnie), że żałują, iż nie stawili się i następnym razem na pewno przyjdą. Ludzie stają się coraz bardziej świadomi, coraz więcej szukają poza-reżimowych informacji. Jednoczą się, a wielu z nich wyszło z hasłami na ulicę po raz pierwszy, dzięki czemu nabrali obywatelskiej odwagi.

Jeszcze raz dziękuję ponad 350 osobom za przybycie i za dojrzałe zachowanie na pikiecie. Udało się nie eksponować przynależności partyjnej, gdyż nie chcemy zbijać kapitału politycznego na sprawie łączącej ludzi ponad podziałami ideologicznymi.


PS. Jeśli teraz serwis telewizji "TVN" zamieści jakiś news z tytułem mojego wpisu (jak to uczyniło w przypadku poprzedniego) to zastanowię się nad prawami autorskimi.

22 stycznia 2012

pACTA sunt servanda


Siedlce, środa 25 stycznia, godz. 18:00 pod Urzędem Miasta - Pikieta przeciwko ACTA. Zapraszam.



Każdemu informacje o ACTA wychodzą już bokiem, dlatego zamieszczę tutaj moje wnioski. Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej o ACTA samym w sobie, to sobie obejrzyj ten film:


Ale i tak na pewno już o tym słyszałeś/aś, bo wszędzie o tym trąbią, czasami nawet o dziwo w telewizji.

Polska i świat coraz częściej sięgają do zasobów internetowych zamiast do radia i telewizji. Internet to wolność słowa, gdyż każdy może zamieszczać tam dowolną treść i dzielić się nią ze znajomymi - tak, jak na tym blogu. Nie jest to możliwe z użyciem zwyczajnej telewizji, która tylko czasami w specjalnych programach dopuszcza telefony do studia i można powiedzieć kilka słów od siebie. Mówi się, że gdyby Goebbels miał telewizję, III Rzesza wygrałaby II Wojnę Światową. A co gdyby Goebbels miał w garści Internet? Dzisiejsze rządy mają już radio i telewizję (obłożyli je nawet politycznymi stanowiskami), ale kontrola nad informacją wymyka się im w miarę wzrostu popularności Internetu. Chcą więc przejąć na własność przepływ informacji, boją się niekontrolowanych przecieków, alternatywnych relacji, innych niż narzucane przez telewizję obserwacji, poglądów i wniosków. Usiłują więc na różne sposoby inwigilować i blokować niepokornych użytkowników Internetu, tak jak to miało miejsce w przypadku twórcy strony AntyKomor.pl Bezprawne działania wywoływały jednak wiele kontrowersji i oznaczały duże koszty. Dlatego ponad 30 państw skrycie zmówiło się, aby wprowadzić ustawy "antypirackie" o "szczytnym" celu, ale ukrytej roli.

To wywołało szereg akcji o dużym odzewie, włączając w to serwisy Google i Wikipedia. Podobne do ACTA ustawy PIPA i SOPA zostały tymczasowo zablokowane, ale możemy być pewni, że powrócą w innej formie, podobnie jak Konstytucja UE została przepchnięta pod nazwą Traktatu Lizbońskiego. W polskich miastach przemaszerują manifestacje przeciwko podpisaniu ACTA przez nasz rząd. Możliwe, że dojdzie do starć, gdyż części manifestacji może nie udać się zarejestrować z racji dnia świątecznego. Ataki na strony rządowe mogą okazać się prowokacją w celu zdyskredytowania internautów chcących wolności w sieci. Kim staniemy się w mediach? Cyber-terrorystami, czy bandytami internetowymi?


Jak na razie usłyszeliśmy od rzecznika rządu, że padnięcie stron rządowych to nie efekt ataków hakerskich, tylko wynik nadmiernej popularności tychże stron! Facet nie wie chyba, czym jest DDoS, który siłą rzeczy nabija licznik odwiedzin i transferu :-)


W każdym razie bardzo ciekawi mnie, co zobaczymy w mediach i czy meandry relacji i interpretacji nie zrobią z tego kolejnego tematu zastępczego np. do pomijania informacji o sytuacji na Węgrzech (Budapeszt: 500-tysięczna manifestacja poparcia rządu Wiktora Orbana) czy o kolejnym wzroście cen paliw (na dniach warszawski protest posiadaczy samochodów przeciwko wysokim cenom paliwa: 28 stycznia 2012r. godz. 12.00 Centrum Warszawy) aż do wytworzenia sytuacji, kiedy każdy będzie miał już dość słuchania o wolności w Internecie i rządy przepchną te obostrzenia inną drogą. Wtedy Internetu już nie będzie. Będzie za to sieć komputerowa stale nadzorowana przez dostawców internetowych zmuszanych do tego przez rząd, który nawet za nieumyślne złamanie niejasnych i skomplikowanych "praw autorskich" odłączy nas od Internetu i nałoży karę. Mam nadzieję, że perspektywa potulnego baranka poganianego kijem już nie tylko w pracy i urzędach, ale także we własnym domu, przemówi ludziom do rozsądku i zaczną się w końcu interesować tym, co się dzieje wokół nich.

Ja przynajmniej się interesuję, więc korzystając z wizyty europosła Jacka Kurskiego w Siedlcach, przekażę mu wydrukowaną petycję odnośnie głosowania w Europarlamencie nad ustawą ACTA.

18 stycznia 2012

Partia ultrakatolicka w Polsce zagrożeniem dla Kościoła

W "Rzeczpospolitej" przeczytałem dzisiaj, że ma powstać stowarzyszenie złożone z konserwatystów katolickich, o nazwie "Błękitna Polska" (LINK). Stowarzyszenie ma zacząć swoje funkcjonowanie od lokalnych oddziałów po to, aby w przyszłości przekształcić się w partię polityczną i wystartować w wyborach samorządowych w 2014r.

Sama partia o charakterze wyłącznie katolickim może stać się wewnętrznie niespójna pod względem programowym, co nie wróży jej sukcesu w polityce. Jednak najgorsze zagrożenie leży w powoływaniu się na wiarę katolicką przy agitacji wyborczej. Jest to, co prawda pierwszy, ale znaczący krok w kierunku utworzenia sekty, której cechą jest prozelityzm (nastawienie się na ilość, a nie na jakość - pozyskiwanie jak największej ilości zwolenników za wszelką cenę). Nie dość, że to mocno naruszy autorytet Kościoła (który i tak jest wątły), to jeszcze podzieli go wewnętrznie i nada mu charakter polityczny, przez co łatwo będzie medialnie zaszufladkować katolików (powołując się np. na mizerne poparcie dla partii katolickiej), a następnie sukcesywnie nas niszczyć (co i tak dzieje się już teraz).



I wcale nie polepszy to naszego życia religijnego. Co więcej, może je pogorszyć, bo przeciętny, rytualistyczny katolik, będzie czuł spełnienie obowiązku wypływającego z wiary w członkostwie w takiej partii, zamiast w nabożnym i mężnym jej wyznawaniu i stosowaniu. Zamiast stać się lepszym, stanie się gorszym i to na dodatek z przekonaniem, że stał się lepszym. Nie ma gorszego rozwiązania w sytuacji, w której większość ludzi do kościoła chodzi po to, żeby patrzeć na sąsiadów, a nie na ołtarz. 

Największym błędem polskiej polityki jest skupienie się na sprawach światopoglądowych, a nie ekonomicznych, z których to wszystko inne wyrasta, gdyż stosunki ekonomiczne mają podłoże w światopoglądzie. Wiadomo, że cywilizacja chrześcijańska to państwo minimum, wolność zawierania umów, wolny rynek, duża inicjatywa oddolna, duża odpowiedzialność. Dlatego przeciwnicy cywilizacji chrześcijańskiej chcą zawłaszczyć sobie katolicyzm i pod tą przykrywką przemycić szkodliwe dla narodu modele ekonomiczne, na których sami chcą wzbogacić siebie i swoich znajomych, których obsadzą na hipotetycznych urzędach.



Dlatego wzywam wszystkich katolików, żeby przede wszystkim sami zagłębili się w zasady swojej wiary i cywilizacji - i dopiero z takiego punktu oceniali podobne inicjatywy. Ja bazując na swojej wiedzy mam poważne obawy, że w ramach tej "odpowiedzi na Palikota" dojdzie do kolejnego rozdrobnienia szeroko pojętej "prawicy", na dodatek powołującej się na tematy najgłębsze, gdyż dotyczące wiary, jednocześnie będąc socjalistycznym wilkiem w owczej skórze, jakim jest np. Prawo i Sprawiedliwość.


A jak wiadomo teologom, socjalizm to ustrój bazujący na logice Szatana, gdyż bazuje na modelu kozła ofiarnego. Chrześcijaństwo to sprzeciw wobec socjalizmu. O tym zdążę jeszcze napisać odrębną notkę, gdyż jakbym teraz zaczął uzasadniać tę tezę, spis dowodów okazałby się za długi nawet dla wyrafinowanego czytelnika.


W interesie wiary katolickiej jest wolność wyznania. To dzięki niej mamy ciągłą motywację do stawania się coraz lepszymi ludźmi, do poznawania własnej wiary, badania, dlaczego jest słuszna i prawdziwa na zasadzie porównywania z innymi. Dzięki wolności religijnej możemy uczyć się na błędach innych, możemy też odróżnić dobre rozwiązania od tych mających na celu oszukanie i wyzyskanie ludzi. To tworzy co prawda presję również na Kościele Katolickim, ale cóż innego nie utrzymuje wysokiej jakości i wiarygodności, jeśli nie presja wiernych?


Bardzo obawiam się sytuacji, w której ruch uzurpujący sobie przedstawicielstwo wszystkich katolików, używa ich do celów niezwiązanych z wiarą i misją apostolską. Nie wiem, czy będzie się też odwoływał dla katolików ad extra, czy będzie szanował katolików, którzy nie aprobują postanowień Soboru Watykańskiego II. W końcu nie wiem, czy nie będzie sobie "wycierał mordy" Bogiem, Wiarą i Krzyżem.


Religia jest narzędziem, którego można użyć w dobrym lub złym celu. Dlatego wiem, że podstawą polityki powinny być zagadnienia ekonomiczne, natomiast państwo nie powinno się wtrącać w sprawy Kościoła. Kościół sam w sobie ma wystarczające kompetencje, podczas gdy państwo katolickie wywołałoby tylko pustki w naszych kieszeniach i jednocześnie nie wypełniłoby swojego zadania, zaszkodziłoby Kościołowi i wiernym.


Media na pewno podchwycą temat i zrobią z tego temat zastępczy. Taki w sam raz, żeby zagłuszyć głosy oburzenia spowodowane nowymi podatkami. A Episkopat, jak to ma swoim zwyczaju, będzie milczał, jak to miało miejsce w przypadku sporu o krzyż lub wypłynięcia na wierzch J. Palikota. Mam tylko nadzieję, że nie tylko mi nie jest obojętna jakość polskiego katolicyzmu, który sam również aktywnie współtworzę.

16 stycznia 2012

Produkcja taśmowa jednostek społecznych

Dla niektórych zaczął się czas ferii zimowych. Dziwnym trafem, każdego to cieszy! Dlaczego dzieci nie lubią chodzić do szkoły? Dlaczego dzieci, mimo naturalnej chęci uczenia się i poznawania świata, nie lubią się uczyć w szkole? Odpowiedź jest prostsza niż może się wydawać.

Każdy rozsądny człowiek widzi, do czego prowadzi państwowa edukacja. Nie będę się tu rozpisywał o wszystkich jej wadach, ani pobieżnie, ani analizując w kontekście historii wychowania i sztuki pedagogicznej lub chociażby względów ekonomicznych. Jest oczywiste, że system ten jest nieefektywny i nikt z niego nie jest zadowolony. Stanowi za to wyśmienitą okazję do wyciągania pieniędzy z podatków. Korzystają z tego wszelkie typy cwaniaczków, którzy serwują co roku nowe, obowiązkowe podręczniki, które kosztują fortunę. Albo, co jest nowością, cwaniaków-polityków, którzy najpierw obiecują laptopy w każdym gimnazjum, a dopiero po tym, jak już wydano pieniądze na kosztowne szkolenia nauczycieli w zakresie ich wykorzystywania, zaczynają zastanawiać się nad tym, jak te laptopy będą wykorzystywane, jak zabezpieczane etc. Wyszło na to, że koszty związane z przechowywaniem laptopów w szkole, ich naprawy, zapewnienie sieci bezprzewodowej (np. tam, gdzie mury szkolne są zbyt grube) - przeszły wyobraźnię tych oszustów i wycofano się z tego pomysłu. Pieniędzy jednak nikt nie zwróci.

Jan Kochanowski pisał:
Cieszy mię ten rym: Polak mądry po szkodzie.
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.


Jest to cytat aktualny również dziś, kiedy to nasze idealne szkolnictwo państwowe, któremu tak ochoczo powierzamy swoje dzieci, kupuje tzw. "tablice interaktywne" mające być technologicznym krokiem naprzód w nauczaniu dzieci. Bez wątpienia, technologicznie są krokiem naprzód. Ale są też pięcioma krokami wstecz w zakresie dydaktyki. Aby bowiem obsłużyć tablicę interaktywną, trzeba najpierw dosięgnąć do jej najwyższego punktu. Trzeba więc obniżyć jej położenie. A wtedy 1-2 osoby pracują, a reszta 30-osobowego pakietu klasowego marnuje czas.

Właśnie: liczba uczniów. Jest to drugi czynnik, przez który nasz kraj zginie. Co ma zrobić w pierwszej klasie osoba, która ma jeszcze zabronione pisanie i czytanie, bo klasa przerabia dopiero szlaczki? W państwowej edukacji występuje równanie w dół. Każdy jest obcinany "od linijki" do odgórnie zarządzonych standardów. Wszelka inicjatywa (np. przeprowadzenie szkolnych prawyborów dla zabawy, albo zorganizowanie szkolnej debaty na ważne tematy) spotyka się z, oczywiście niebezpośrednią, agresją, oraz napuszczaniem innych uczniów na jednostkę, która w jakiś sposób robi coś więcej niż reszta. Taką sytuację mamy w jednym z "najlepszych" siedleckich liceów! Kiedy na kartkówce z matematyki zaznaczyłem też kąty wklęsłe i wypukłe, moja ocena została obniżona do 4, z adnotacją "kątów wklęsłych i wypukłych jeszcze nie omawialiśmy!". Co to ma być, szkoła? Uczniom przedsiębiorczości daje się zadania, z których wynika, że regulacje Unii Europejskiej napędzają gospodarkę. To już lepiej wcale ich nie uczyć, niż łamać przysięgę Hipokratesa: Po pierwsze nie szkodzić!

Takie podejście wiąże się z zagrabieniem autorytetu przez bezosobową, państwową szkołę na wyłączność. Rodzice tracą autorytet i często to, czego nas nauczą, jest karane. To farsa, ale takie są fakty. Na dobitkę, rodzice sami traktują szkołę jako coś lepszego, niż oni sami. Kiedy są problemy z ocenami lub zachowaniem, mają pretensję do szkoły: bo szkoła ma nauczyć i wychować! Zapominają jednak o tym, że jest to rozwiązanie skrajnie nieefektywne i to wszystko było do przewidzenia. Sami pomagają państwu w jego operacji dezintegracji rodziny.

No dobra, ale taka osoba zapyta pewnie, kto będzie na tyle śmiały, żeby posłać dziecko do szkoły prywatnej, a co dopiero do takiej nad którą państwo nie sprawuje kontroli (takich jeszcze nie ma)? Już odpowiadam!

Z usług takich prywatnych szkół będą korzystać mądrzy ludzie, którzy nie pozwolą na to, żeby jakiś minister odgórnie decydował, czego się będą uczyć jego dzieci. Jak będzie chciał posłać do szkoły, w której np. nie uczy się religii albo mitozy i mejozy, to pośle do takiej szkoły. Poza tym jest również coś takiego jak konkurencja: szkoły będą rywalizowały o uczniów oferując coraz tańsze i bardziej efektywne zarazem nauczanie. Niestety, masa regulacji i zbędnych kryteriów blokuje wszelki postęp i hamuje uzyskiwanie wiedzy. Wiecie, że gdyby Harvard przenieść do Polski, byłby u nas nielegalny? Trzeba być niezłym debilem, żeby sądzić, że obecnie edukacja jest darmowa. I nie mówię tu tylko o podręcznikach, na które trzeba wydać masę kasy. Szkoły są finansowane ze skarbu państwa, ale skarb państwa nie jest zasilany z kosmosu! No dobra, może nie debilem, a człowiekiem bazującym wyłącznie na państwowej edukacji i telewizji. Bo debil jest winny samemu sobie. A tutaj mamy do czynienia z człowiekiem skrzywdzonym przez państwo, które niewoli dzieci marnując ich energię i potencjał. Kiedy szkoły były prywatne, każdy chciał do nich chodzić. Jak jest obecnie - każdy widzi.

Wiele argumentów już padło. Ja dodałem tylko to, co uważałem za coś nowego, wartego opisania. Niestety, jestem pewien, że w każdej szkole - oprócz standardowych wad państwowej edukacji - będzie można takich przykładów mnożyć na poziomie lokalnym. Natomiast każdy semestr będzie przynosił na poziomie ogólnokrajowym kolejny powód do likwidacji MEN. Martwi tylko fakt, że ludzie jakoś przyzwyczaili się do tego syfu i przetrawieni przez cały ten socjalizm czują się jak jedno z kółek zębatych w wielkiej maszynce, której zadaniem jest produkcja szarej masy pracującej na swoich panów i widzącej w tym jeszcze jakieś spełnienie czy sens życia. Kiedy ci ludzie wreszcie się obudzą? Wtedy, kiedy zabraknie pieniędzy na chleb? Wtedy może być już za późno! Mam nadzieję, że moje dzieci załapią się już na zdrowszy system. Ale ostrzegam - nie będę z nimi czekał!

12 stycznia 2012

Ciekawa dyskusja z widmem starego systemu...

Żeby nie było, że nic nie piszę, zamieszczam tutaj jedną z moich internetowych dyskusji. Myślę, że dobrze się ona nada, żeby przedstawić kilka ciekawych zagadnień, takich jak wydajność UE czy wciąż obecne u starszych ludzi przekonanie, że "państwo ma im dać" i że się im od tego bezosobowego, wszechmocnego państwa "należy". Przy okazji poruszam tutaj kilka fundamentalnych zagadnień, oraz klasycznie orzę lewactwo. Uczestników podpisałem używając obiektywnego nazewnictwa - wystarczy przeczytać 1/3 tej dyskusji, żeby śmiało zamiast "Pan" wstawić "Tawariszcz".





Pani: Chcę napisać artykuł o tym, jak fundusze unijne zmieniają Polskę. Na konkurs dziennikarski. Termin nieodległy. Potrzebuję niebagatelny, rzutki i nie za szeroki trop. Podrzućcie fajne przykłady, kontakty. Może być na priva. Z góry dziękuję! Kto mnie zna, wie pociaga mnie tematyka społeczna. Ludzie i jeszcze raz ludzie. Więc EFS...

Ja: Przede wszystkim wartościowy fakt: przez Unię Europejską jesteśmy jakieś 45,5 miliarda PLN na minusie (w tym roku straciliśmy 15 mld). Dokładne wyliczenia były w tygodniku "Najwyższy Czas!". Natomiast straty spowodowane przepisami unijnymi są rzeczywiście nieobliczalne.

Więcej: http://nczas.home.pl/wazne/polska-dolozy-do-dotacji-unijnych-455-miliarda-zlotych/

Warto o tym wspomnieć! Pozdrawiam.


Pan: Ciekawe, bo rząd informował, że więcej pieniędzy z Unii dostajemy niż tam wpłacamy, czyli jesteśmy na plusie:-)

Ja:  Oczywiście Rząd bierze do statystyk tylko to, co wygodnie :) Podobnie jak ostatnio zmieniono sposób naliczania długu publicznego, bo realny dług przekroczył już próg dozwolony przez Konstytucję.

Pan: Gdyby naprawdę został przekroczony limit zadłużenia państwa, wtedy zaczęto by już obcinać wydatki . Tak na marginesie: dzisiaj w Wiadomościach podawano, że zadłużenie w większości państw zachodnioeuropejskich i USA, w przeliczeniu na obywatela , jest znacznie większe niż w Polsce. W USA to jest , o ile pamiętam, 155000 dolarów na każdego mieszkańca.

Ja: ‎"Gdyby naprawdę został przekroczony limit zadłużenia państwa, wtedy zaczęto by już obcinać wydatki" - pod warunkiem, że to kraj normalny, w którym nie rządzą złodzieje. A, przepraszam, w normalnym kraju nie trzeba by było się zadłużać :)

Co do długu USA, to jest prawda - jest to największy dług na świecie! Polecam poczytać o FED, czyli prywatnej organizacji, która ma wyłączność na drukowanie Dolarów USA. Drukują i pożyczają je rządowi USA na procent. Tego długu nigdy nie uda się spłacić, bo procent jest naliczany, ale dolary fizycznie nie istnieją (bo mogą być drukowane tylko przez FED)!

Zaprzestać zadłużania kraju, działać poza interesami bankierów, w późniejszym czasie znieść monopol FED-u itp. chciało trzech Prezydentów USA: Lincoln, Garfield i Kennedy. Wszyscy trzej zostali zamordowani...

Pan: Nie zgadzam się z Tobą, że w normalnym kraju nie trzeba się zadłużać. Dobrobyt narodu, który jest sprawą najważniejszą, często rządy budują na kredyt. Bez pożyczek nie zbudowano by dróg, mostów, wielu budynków, również mieszkalnych, czyli standard życia byłby znacząco niższy od obecnego. Długu USA i innych krajów żadne z tych państw chyba nawet nie zamierza spłacać. Ten dług będzie istniał praktycznie w nieskończoność i naprawdę nie ma się czym przejmować. To jest podobna sytuacja jak w przypadku osób fizycznych które mają linię kredytową w rachunku bankowym: korzystają z pieniędzy kredytowych i nie martwią się czy kiedyś wyrównają saldo:-)

Ja: Dobrobyt w normalnym kraju nie powinien być budowany przez rządy, a przez obywateli. Obywatele jak najbardziej niech się zadłużają - ale na własny rachunek! Rządy zadłużają się natomiast na rachunek przyszłych pokoleń, i jakoś to będzie trzeba spłacić w przyszłości...

"Ten dług będzie istniał praktycznie w nieskończoność i naprawdę nie ma się czym przejmować." - Pan chyba żartuje?

Hitler wywołał wojnę, aby ukryć dług i bankructwo. Czy naprawdę nie trzeba się przejmować widmem konfliktu zbrojnego? Grecja jest tak zadłużona, że straciła setki wysp za grosze, należą one teraz do Niemiec. Nie mówimy już o znaczącym spadku jakości życia - cały dług kiedyś się odezwie!

A jak takie USA nie będą chciały spłacić długu Chinom, to daje im solidny powód do wojny (nie tylko ekonomicznej) - tzw. casus belli. Chiny w jednym momencie nacjonalizują wszystkie fabryki firm amerykańskich, które znajdują się na ich terenie, pociąga to za sobą liczne sankcje i napięcia.

Czy to jest "nic"?

A za osoby, które nie martwią się czy kiedyś wyrównają saldo, płaci cała reszta klientów danego banku i w konsekwencji cała gospodarka, czyli my.

Nie wolno patrzeć tylko na czubek swojego nosa! Dlatego jestem za wolnością gospodarczą i przyszłościowym rozwojem, a przeciwko fikcyjnemu bogactwu kosztem przyszłości.


Pan: Życie społeczne jest organizowane przez władze państwowe, które- w normalnym kraju- starają się budować dobrobyt dla tych ludzi, którzy żyją obecnie. Przyszłymi pokoleniami chyba niewiele się przejmują. Jest to faktycznie działanie na zasadzie "po nas choćby potop", ale tak było zawsze. W historii było wiele przypadków państwowych bankructw, przykładowo Hiszpania chyba 8 razy ogłaszała niewypłacalność i skończyło się to upadkiem banków, które pożyczyły Hiszpanii te pieniądze, ale nie wojną. Czytałem, że Niemcy za Hitlera miały długi głównie względem tamtejszego sektora zbrojeniowego i wywołanie wojny z powodu tych długów to wyjątkowa okoliczność. Zresztą wtedy nie tylko o te długi Hitlerowi chodziło, tylko o zagospodarowanie nadmiernie rozbudowanej armii. Chiny kierują się pragmatyzmem, a nie jakąś ideologią- socjalistyczną lub liberalną [facet ku mej uciesze przyznał, że gospodarczy liberalizm jest pragmatyczny - przyp. mój, przepraszam, musiałem], i z USA się dogadają, bo w interesie żadnego z tych krajów nie leży wojna. Zresztą Chiny i USA są w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i tym samym żadne sankcje im nie grożą. Ja jestem bardziej za obroną praw pracowniczych w Polsce, gdyż te prawa są często łamane przez uprzywilejowanych i dobrze zorganizowanych przedsiębiorców. Co do banków, to mają one w Polsce prawdziwe eldorado nawet jeżeli jest sporo niespłacanych kredytów: przy inflacji rzędu 3 lub 4 procent oferują kredyty oprocentowane na 20 lub 30 procent w skali roku. Ciekawe, czy podobna sytuacja jest na przykład we Francji lub Wielkiej Brytanii.

Ja: W normalnym kraju władze państwowe nie regulują życia społecznego - robi to same społeczeństwo. Ja wiem lepiej, co dla mnie dobre, niż urzędnik, którego jeszcze muszę utrzymać za to, że decyduje za mnie.

"Jest to faktycznie działanie na zasadzie "po nas choćby potop", ale tak było zawsze." - no właśnie, państwa zawsze powstawały i upadały. Hiszpania też wiele razy upadała i gdyby nie te upadki, byłaby dziś światowym mocarstwem kolonialnym. Państwa upadają właśnie dlatego, że bankrutują. Nic w przyrodzie nie ginie, każdy dłużnik upominał i upomni się o swoją część!

Właśnie jest dokładnie na odwrót - w interesie Chin leży wojna! :) Mają największą armię na świecie, będą chcieli ją jakoś zagospodarować. Ich największa na świecie ludność nie mieści się na tym terenie - będą chcieli przestrzeni życiowej.

Fakt faktem, Chiny ideologią się nie kierują. Oligarchia trzyma się podstawowych zasad wolnego rynku, ale wolnego rynku de facto w Chinach nie ma, jeszcze gorzej z wolnością osobistą. Ale i tak ekonomicznie są bardziej wolni, niż UE.

Co do praw pracowniczych - dobro firmy jest również dobrem pracownika. Zrozumieli to niegdyś w Japonii, albo jeszcze wcześniej pragmatyści w USA - taki kapitalizm rywalizujący o pracowników. Dla pracowników będzie najlepiej, jak pracodawcy (poprawnie: pracobiorcy, bo to oni biorą pracę pracownika - pracodawcy, który swoją pracę daje przedsiębiorcy) będą rywalizować o pracownika oferując mu coraz lepsze warunki.

Oto, do czego prowadzi taka kapitalistyczna walka o pracownika - czy to nie wspaniałe?
http://gadzetomania.pl/2011/09/22/nigdy-nie-zgadniecie-na-co-wlasnie-patrzycie

Idąc za ciosem. Płacy minimalnej powinno nie być wcale. Jest ona dobra - ale tylko dla tych, którzy pracę już mają, są wygrani. Młodzi ludzie odbijają się od zapory, którą muszą przebyć - muszą wypracować tyle, ile wymaga płaca minimalna. W efekcie młodzi ludzie wchodzą w szarą strefę i od młodości uczą się kombinowania..

Dlatego w pracy człowiek ma pracować, a nie żądać jakichś praw - umowa jest umową między jednym a drugim człowiekiem i państwu nic do tego. Nikt nikogo do pracy nie zmusza, każdy powinien w każdej chwili móc pracę zmienić na zasadach podpisanej umowy (np. kiedy przedsiębiorca nie wywiązuje się ze swojej części zobowiązania, co oczywiście byłoby w umowie zawarte - to już zależy od podpisujących). Dlaczego mam utrzymywać tę kontrolę nad ludźmi i hamować wzrost gospodarczy?

W pracy człowiek ma być wyzyskiwany - po to, żeby potem mieć tanie towary. Nie chcę się troszczyć o 8 milionów pracujących, chcę się troszczyć o 38 milionów konsumentów. Dawniej w kapitalistycznej Ameryce człowiek ciężko pracował, ale miał świetnej jakości samochód za wartość jednej wypłaty. A dzięki ciężkiej i efektywnej pracy bogacił się i pracownik, i przedsiębiorca, i w efekcie cały kraj. A potem pojawiły się związki zawodowe...

Pan: W każdym kraju, może z wyjątkiem Szwajcarii, gdzie naród wypowiada swoją wolę przez referenda, władze państwowe organizują życie społeczne przez decyzje parlamentów. A te parlamenty przypominają sobie o istnieniu obywateli głównie przy okazji wyborów. W przypadku Hiszpanii jej liczne bankructwa to potwierdzenie zasady, że kradzione nie tuczy: złoto, zrabowane Aztekom , Majom i innym ludom indiańskim poszło na sfinansowanie idiotycznych wojen toczonych w Europie przez Hiszpanię w XVI i XVII wieku, tak , że już przed rozpadem swojego kolonialnego imperium Hiszpania była krajem biednym. W Japonii pracownik identyfikuje się z firmą gdyż wie, że oferuje mu ona dożywotnie zatrudnienie. Aby to dożywotnie zatrudnienie utrzymać, dopuszcza się nawet znaczne przerosty zatrudnienia, ukryte, płatne bezrobocie: są w Japonii pracownicy, określani jako "ci, którzy siedzą przy oknie"- oni praktycznie nic nie robią, tylko przychodzą do pracy. Nie mam nic przeciwko temu, żeby taka sytuacja zaistniała w Polsce. Płacy minimalnej mogłoby w Polsce nie być, gdyby istniało prawie pełne zatrudnienie, jak za czasów socjalizmu. Wtedy pracownik, któremu pensja w jednej firmie by nie odpowiadała, szedłby do innej i od razu pracę dostawał, a więc nie byłoby w interesie przedsiębiorcy zaniżanie wynagrodzeń przez często stosowany obecnie szantaż: na twoje miejsce czeka już pięćdziesięciu innych. Większość samodzielnych konsumentów to pracownicy, więc trzeba dbać o to, żeby mieli oni wysokie dochody. Pracownik powinien mieć pozycję zbliżoną do przedsiębiorcy, a to gwarantują mu dobrze działające związki zawodowe. Niestety u nas te związki działają źle, ograniczają się- szczególnie Solidarność- do hałaśliwych akcji, rzucania petard, zamiast konsekwentnie wzmacniać pozycję pracownika. W obecnej polskiej sytuacji jest też ,moim zdaniem, konieczna płaca minimalna, żeby uniemożliwić zatrudnianie zdesperowanych ludzi za grosze. Dawny kapitalizm został pogrzebany przez I wojnę światową i późniejszy kryzys z lat 30 XX wieku. Wskrzeszanie tamtego ustroju to jak próba rekonstruowania Imperium Rzymskiego- nikt tego nie chce i nikomu nie jest to potrzebne. Sprawa Chin: ten kraj nigdy nie dążył do wojny, często był natomiast najeżdżany przez inne państwa, również europejskie. Chiny nie potrzebują kultury europejskiej gdyż mają własną, a technologię kupują razem z europejskimi firmami. Nie potrzebują też przestrzeni życiowej, gdyż średnia gęstość zaludnienia odpowiada tej, która byłaby w Polsce, gdyby u nas mieszkało 40 milionów ludzi. Nawet Pekin jest miastem o mniejszej gęstości zaludnienia niż Warszawa:-)

Ja: "Płacy minimalnej mogłoby w Polsce nie być, gdyby istniało prawie pełne zatrudnienie, jak za czasów socjalizmu." - albo w kapitalizmie! :) Różnica polega tutaj na tym, że w kapitalizmie ludzie pracują, a w socjalizmie "mają pracę", bo żyją z państwowego. Jednak niestety pieniądze nie biorą się z powietrza.

A dlaczego musi być pełne zatrudnienie? Jak ktoś nie chce pracować to niech nie pracuje - przecież są ludzie, którzy wolą pracować albo na własny rachunek, albo mają tyle odłożone, że żyją z odsetek.

To, co się stało w Japonii z zapełnianiem miejsc pracy, właśnie jest przyczyną zahamowania rozwoju tego pięknego kraju. Pragmatyzm został wypaczony bo dożywotnie zatrudnienie okropnie wpisało się w kulturę, a z kultury strasznie trudno coś wytępić. Nie chciałbym czegoś takiego w Polsce, bo mimo, że w statystykach byłoby fajnie, ludzie by byli zadowoleni z nieróbstwa, to jednak bogactwo by nie rosło.

"W obecnej polskiej sytuacji jest też ,moim zdaniem, konieczna płaca minimalna, żeby uniemożliwić zatrudnianie zdesperowanych ludzi za grosze." - no tak, już lepiej żeby głodowali w tej desperacji i wyciągali rękę do tych, którzy pracują, zamiast samemu zapracować na siebie. Brak płacy minimalnej to od razu drastyczne zwiększenie miejsc pracy! Wtedy nie trzeba by było ukończonych studiów, żeby robić hamburgery w McDonald's.

"Dawny kapitalizm został pogrzebany przez I wojnę światową i późniejszy kryzys z lat 30 XX wieku." - polecam książkę "Wielkie mity Wielkiego Kryzysu". Łatwo zrzucić winę na kapitalizm i przymknąć oko na prawdziwe przyczyny kryzysu, albo też zamknąć oczy na Chilijski Cud osiągnięty dzięki kapitalizmowi.

Chiny nie mają może tyle problemów z samą przestrzenią i gęstością zaludnienia, co z jedzeniem - a żeby mieć więcej ziemi pod uprawę, będą musieli ją zdobyć. Na razie wykupili kilka wąskich pasów od sąsiadujących krajów, ale jak to się potoczy w powiązaniu z długiem? Gdyby Chiny nie miały problemu z przeludnieniem, nie obowiązywałoby tam "prawo jednego dziecka", gdzie za więcej niż jedno dziecko trzeba płacić specjalny podatek.‎


* * *


Na tym rozmowa się urwała. Częstym jest zjawisko nadmiernego przerostu ilości tematów, z racji przywoływanych przykładów, do których druga strona ma zastrzeżenia i robi się z nich następny temat, do którego z kolei dochodzą następne przykłady... Jednak co zostało powiedziane, to zostaje dla potomnych - niech wiedzą, jak długotrwałe życie w socjalizmie potrafi wedrzeć się do świadomości tak głęboko, że nawet najbardziej jasne fakty powodują tylko zmianę tematu.

9 stycznia 2012

Jurek, ogórek, rachunek i sznurek.

Co się stało, że tak szybko piszę kolejną notkę? Żeby było jasne: to nie jest tak, że poprzednich się wstydzę i chcę je jak najszybciej zepchnąć na dół. Z każdego wpisu się cieszę i jestem dumny. Ten jest 88-my.

Nie wiemy jeszcze, ile WOŚP zebrał pieniędzy, więc ciężko wyliczyć szacunkowe wydatki. Mogę się za to podzielić pewnymi spostrzeżeniami wyniesionymi z dyskusji ze zwolennikami WOŚPu, a spostrzeżenia te są tak dramatyczne, że postanowiłem je opublikować.

Pierwszą rzeczą, która mnie zażenowała, były miejsca, w których zbierano pieniądze. Idąc przez miasto spotkałem jedną grupę wolontariuszy, którzy szybko się przemieszczali i nie zbierali pieniędzy od ludzi. Czyżby zbiórka się już skończyła? Było dopiero południe. W końcu doszedłem w rejon siedleckiej katedry. Nie umiem opisać dziwnego uczucia, jakie uderzyło mnie, kiedy zobaczyłem 7-8 grupek po 3-4 osoby, zbierające bezpośrednio pod tym wielkim kościołem. Szybko rozpoznała mnie znajoma i rozpoczęliśmy dialog. Słowa trudno przechodziły mi przez gardło, przez co musiałem się wydawać zamknięty w sobie. Dziwne uczucie jednak minęło dość szybko, kiedy dowiedziałem się, że teraz nie jest tak "źle" - gdyby była lepsza pogoda, grupek pod kościołem byłoby 10 i więcej. W końcu pod kościołem "więcej wrzucą"!

"Nie ma to jak na kanwie świąt i pod kościołem zbierać na Woodstock" - rzekłem, po czym spotkałem się z natychmiastową reakcją innej dziewczyny, że ją WOŚP uratował, że gdyby nie Owsiak to byśmy dzisiaj tu nie rozmawiali... Ja odparłem, że gdyby nie NFZ, byłoby nas tutaj dwa razy więcej, tymczasem ze zbiórki Owsiaka na sprzęt idzie ok. 25% zebranej kasy. Usłyszałem, że nawet jak połowa tych pieniędzy przepadnie, to liczy się każde uratowane dziecko. Ale czy na prawdę uratowane dzieci usprawiedliwiają w takiej skali marnotrawstwo, połączone przecież z oszukiwaniem, gdyż deklaruje się, że kasa idzie na sprzęt medyczny. Tymczasem z każdej złotówki na deklarowany cel idzie 25 groszy, coś tu jest nie halo. Po moim stwierdzeniu, że jak mają tu stać od 8:00 do kilku minut przed 16:00, to na sprzęt pójdzie tylko 2 godziny ich stania, 6 pójdzie na inne rzeczy, w tym m.in. na całą tę szopkę, trąbolenie i na Woodstock. Dziewczyny po krótkiej chwili zdecydowały się pójść na pizzę. Jednak było to powodem głodu i chłodu, a nie w wyniku mojej perswazji - jeszcze miałbym małe dzieci na sumieniu! Niestety, do jednej z wolontariuszek nie dotarło to, że zebrane pieniądze można wydać lepiej i uratować więcej ludzi, a usprawiedliwianie marnotrawstwa przez to, że prawdopodobnie uratowano właśnie ją, jest przejawem egoizmu. Nie twierdzę, że egoizm jest zły, jednak lepiej byłoby naprawić przyczynę problemu i uratować masę ludzi, niż stosować doraźne zbiórki i ratować nielicznych. A jej się podoba tak, jak jest teraz. Nie można w takiej sytuacji mówić o zdrowym egoizmie, gdyż skazuje on na brak postępu w liczbie ratowanych dzieci.

Po drodze spotkaliśmy prezydenta naszego miasta. Oczywiście, kupił serduszko za 2 złote, bo jak to tak bez serduszka... Dziewczyny marudziły potem, że taki wielki prezydent (bierze od nas 9000zł miesięcznie...) dał tylko 2 złote! Ale ja go rozgrzeszam - on też wie, że z tych 2 złotych na sprzęt medyczny pójdzie tylko 50 groszy...


Całe te zbiórki WOŚPu to tak jakby ratować ludzi z pożaru wynosząc ich na własnych rękach, podczas, gdy można po prostu ugasić pożar. Nie można w tym przypadku mówić o jakimś postępie, bo jak postuluje się ugaszenie "przyczyny", to zaraz podnosi się larum, że nie mam w sobie człowieczeństwa - no bo przecież bohater uratował JEDNEGO CZŁOWIEKA! Hurra! Co z tego, że dom się pali, a reszta płonie. Zamiast skupić się na przyczynie, zadowalają się doraźną pomocą na pokaz. Nie patrzą na to, ile dzieci musi zginąć, bo WOŚP przekazał zbyt małą część zebranej przez siebie kwoty na pomoc medyczną, a wolał je przeznaczyć na światełko do nieba czy inny brudstok. Ludzie nie chcą się wziąć do pracy i brudzić sobie rąk "gaszeniem pożaru" - naprawianiem przyczyny problemów. Wolą raz do roku dać złotówkę i czuć się "lepsi", usprawiedliwieni ze swojej ignorancji.


A Juruś grzybek nasz kochany księguje wycieczki na Sri Lankę jako szkolenia :) A swoją willę i jej utrzymanie jako siedzibę fundacji. Płaćcie barany :)


Ktoś powie, że nawet jeśli marnowane, to nadal są to "datki z miłości" - ale miłość musi być roztropna, a nie naiwna i krótkowzroczna.

Wielcy wygodniccy, nie chcący postępu, obrońcy WOŚP czasami bawią się nawet w znawców filozofii chrześcijańskiej i chcą pokonać tych okropnych katolików ich własną "bronią". Usprawiedliwiając libertyńskie hasło "róbta co chceta" powołują się wtedy na stwierdzenie Św Augustyna: "Kochaj i rób co chcesz". Nie zauważają jednak prostego faktu, że do "robienia co się chce" stawiał on warunek zasadniczy: KOCHAJ. Złodziejstwo jest natomiast czymś odwrotnym do miłości.

 

A jak jest "miłość" po łacinie? "Caritas"...




Ale już uzupełniam, bo się podniesie płacz, że WOŚP zbiera przez jeden dzień (co jest bzdurą bo przyjmuje kasę cały rok, ale tylko w jeden dzień wychodzi z inicjatywą) a Caritas przez cały rok. Ale nietrudno o świetny przykład o wiele lepiej rozdysponowanych dóbr zebranych przez akcję przeprowadzaną tylko raz do roku: Szlachetna Paczka

7 stycznia 2012

WOŚP - Cui bono?

=== reklama ===
SPOTKANIE ZE STANISŁAWEM MICHALKIEWICZEM W SIEDLCACH
11 STYCZNIA (ŚRODA)
SALA CKIS, ul. Bpa Świrskiego 31
GODZ. 18:00

=== reklama=== ;-)


Dobrze zapowiada się ten rok. Udało mi się zaprosić do Siedlec Stanisława Michalkiewicza, siedlecki Klub "Gazety Polskiej" pomógł w organizacji i koordynacji z władzami miasta - za co pięknie dziękuję. Zima nas nie "zaskoczyła", zaliczenia do trudnych nie należą, organizacja spotkań jest łatwiejsza od kiedy pomagają mi znajomi, co bardzo zaoszczędza przede wszystkim mój czas, który mogę spędzić na pisanie bloga. Nie chcę jednak pisać "na siłę", tak jak mi się wydaje czytając inne blogi. Sporo znanych osób umarło ostatnio. Cóż, ludzie umierają - to normalnie i do przewidzenia w ramach innych niż czasoprzestrzennych. Taki jest porządek rzeczy i trzeba to wszystko przewidywać, szczególnie kiedy media sprawiają, iż znamy wielu światowych polityków, celebrytów etc. Każdy uważny obserwator ma już w głowie konsekwencje tego, jakby ktoś ważny nagle zginął. Np. gdyby J. Kaczyński zginął w ostatnim zamachu wiatrówką, to byłby koniec świata.

Wiadome jest, że każde działanie, które na nic nie jest przydatne, jest marnowaniem czasu. Chodzi tutaj nie tylko o mój czas, ale i o czas czytelników. Dlatego jeśli nie mam nic mądrego do napisania, to nie piszę. Niestety, wiele naszych zajęć, które służy jakiemuś dobru, jest w dużej mierze marnowane na sprawy nieproduktywne, ani przynajmniej ładne.

To samo dotyczy organizacji i akcji charytatywnych (przy okazji: wróć do góry i kliknij Pajacyka). Nie lubię, kiedy moje pieniądze są marnowane. Oczywiście, większość powodów, przez które konieczna jest działalność charytatywna, jest spowodowana przez nieudolne państwo, które chciałoby wszystko obiecać i wszystko zapewnić, byleby tylko oddać głos na tego, który obieca najwięcej (a potem się wypnie). Jednak ciężko skupić się wyłącznie na obwinianiu państwa, bo łatwiej pomóc jednorazowo, niż naprawić system na taki, który by umożliwiał łatwe zarabianie pieniędzy. Tak, w wolnym rynku też będą organizacje charytatywne i to na nich będzie się opierać opieka społeczna. Jednak i dziś ceni się taką pomoc, bo okrucieństwo państwa w niczym nas nie usprawiedliwia.

Piszę to w kontekście jutrzejszej tzw. "hucpy owsiakowej". Ile już elaboratów napisałem na ten temat w internetowych dyskusjach - nie wiem. Wiem jednak, że nie lubię, kiedy coś się marnuje, podczas, gdy mogłoby być wykorzystane w dobrym celu. Tak jest nie tylko z naszym państwem i władzami, ale również z WOŚP.

Już chyba każdy widział tę infografikę: KLIK Wynika z niej, że wspomagając Caritas kwotą 1zł w trwającej cały rok zbiórce, 98-99 groszy trafia do potrzebujących. Tymczasem wspomagając kwotą 1zł WOŚP, który zbiera przez jeden dzień (a przez to ma o wiele mniejsze potrzeby organizacyjne w skali roku) - na cel charytatywny (w tym także szkolenia połączone z rekreacją etc.) pójdzie 76 groszy, z czego na sprzęt (czyli to, co Owsiak podaje w materiałach reklamowych jako cel zbiórki) całe 63 grosze... WOŚP przeznacza więc procentowo ok 1/3 mniej tego, co Caritas. Liczbowo wygląda to jeszcze ciekawiej, bo Caritas zbiera ponad 10x więcej pieniędzy - bez kampanii reklamowej, bez robienia Woodstocku, na który idzie 6 groszy z każdej złotówki, często zebranej pod kościołem - "bo pod kościołem więcej wrzucą". Ten cytat to autentyk - grupa, która zbierze najwięcej pieniędzy z danego miasta, jedzie do studia telewizyjnego w Warszawie (to też jest finansowane w ramach "charytatywności") i na światełko do nieba (same here).

Jest jeszcze kwestia całej propagandy medialnej. Ja już się boję lodówki otworzyć, bo mi Owsiak wyskoczy. Czy wiecie, że gdyby cały czas na promocję WOŚPu w mediach (w tym TVP2, więc odstąpiony czas jest publiczny, a odstąpiony zostaje za darmo...) przeznaczyć na charytatywne bloki reklamowe (takie jak np. "Mikołajkowy blok reklamowy" w Polsacie albo "Wigilijny blok reklamowy" w TVP1), zebrano by o kilkakrotnie więcej pieniędzy niż zbiera WOŚP?


Pieniążki do puszek zbierają grupki wolontariuszy, którzy myślą, że cały ich czas jest poświęcany dla chorych dzieci. Tymczasem 1/3 z tego ich marznięcia i zaczepiania ludzi jest przeznaczana na utrzymanie Owsiaka i organizację wątpliwej jakości show. Jednak wiele grup zamiast rywalizować o wyjazd do studia (no bo kto by zbierał z miłości do bliźniego?) woli bezpośrednio przywłaszczyć sobie zbierane pieniądze (grzebu-grzebu). Nie wiadomo też, co się dzieje podczas liczenia pieniędzy zebranych na licytacjach, bo od lat liczą je ciągle te same osoby. Ale co tam - wszystko opiera się na zaufaniu! :) Zaprzyjaźnieni ludzie liczą, tymczasem kto wie, czy WOŚP nie wypadłby w porównaniu z Caritasem lepiej, gdyby nie złodziejstwa.

Organizacje charytatywne są bardzo potrzebne i nawet taki WOŚP jest skuteczniejszy, niż "opieka" państwowa, które zobowiązało się do jeszcze większej ilości rzeczy i marnuje jeszcze większe ilości pieniędzy, na dodatek pod przymusem. Stąd czasami dopuszczam się nawet "wbijania klina", mówiąc znajomym, że Owsiak to taki jakby poborca podatkowy pobierający podatek od emocji, ignorancji i konformizmu. A oni czują się obrażeni, bo mu zapłacili, a ja takie rzeczy mówię... No, ale przecież ja krytykuję WOŚP, a nie ich. Niech się obrażają na Owsiaka, a nie na mnie. Niech obrażają się na niego artyści, którzy udzielają charytatywnych koncertów i wszelkiego typu pokazów, bo 1/3 ich show i piosenek (nie z ich winy) nie pomaga nikomu potrzebującemu! A co każdy robi ze swoją kasą - to już nie moja sprawa. Ja tylko oceniam działanie organizacji mieniącej się charytatywną.


Co o sprawie pisze "Opoka w Kraju":
"Z analizy liczb wynika, że z zebranych w 2009 r. (ostatni, dla którego są dane) 54,5 mln zł na cele medyczne wydano 57%, na organizację Przystanku Woodstock 4,9%, na organizację Finału 4,2% i po odliczeniu różnych kosztów administracyjnych i innych fundacji został zysk w wysokości 14,1 mln zl czyli 25,9% zebranej sumy." - czyli tyle idzie na cel, który jest tak szczytnie deklarowany w reklamach - czemu tak głośno nie mówi się o pozostałych wydatkach?
Za źródło "Opoka w Kraju" podaje http://s.wosp.org.pl/Files/Bilans_Fundacji_2009.pdf 
"Dla porównania Caritas Polska w 2009 r. zebrało 164,8 mln zł i wydało na cele statutowe 98,1%, a Caritas diecezjalne zebrały 276,8 mln zł i wydały na cele statutowe 99,1%. (http://www.caritas.pl/news.php?id=10331&d=59)"



Cieszę się, że jest konkurencja i mam wybór, a obie organizacje mają motywację, żeby dobrze wywiązywać się ze swoich zobowiązań. Konkurencję tą bezapelacyjnie wygrywa Caritas. Ale fakt, że wygrywa tak znacząco, jest bardzo smutny, bo WOŚPu nie interesuje bycie coraz lepszym, tylko coraz bardziej efekciarskim. Tymczasem gdyby WOŚP i Caritas szły łeb w łeb, to i Caritas bardziej by się starał (da się, da się! mimo 99% wydajności, można zebrać jeszcze więcej!). A chyba o to chodzi! I będę o to walczył, niezależnie od poziomu wrogości, jaką wzbudzę jutro brakiem serduszka przyklejonego do kurtki -"no bo jak to tak". Jednak wolę już to, niż jako darczyńca być potem obrażany wydatkowaniem tych pieniędzy na szeroko zakrojoną akcję pt. "Róbta co chceta" - no róbta, róbta, ale nie za moje pieniądze! Jak ja mam finansować coś, z czym się nie zgadzam? Wg mnie WOŚP ma cechy wilka w owczej skórze - i to jest najgorsze, bo najgorsze zło zawsze działa pod przykrywką dobra. Także do wszystkich, którzy mają zamiar wesprzeć Owsiaka jakąkolwiek sumą pieniędzy, mam apel: odpowiedzcie sobie na pytanie: Cui bono? i wybierzcie skuteczniejszą drogę pomocy dla Waszych pieniędzy.

Jeszcze raz, poprzedni akapit bardziej dobitnie, żeby dla niektórych było jasne:
Nie chcę zlikwidować/zakazać WOŚPu - domagam się tylko, żeby wykorzystywali zebrane pieniądze SKUTECZNIE i przekazywali je w większym stopniu na to, na co deklarują!