9 grudnia 2012

To tak na przyszłość

Piszę to tak na przyszłość, bo data dodania tej notki może się przydać w zależności od tego, co ukaże się w "Dużym Formacie" i co z tego będzie manipulacją, a co nie. Jedno jest pewne - nie wyraziłem zgody na używanie jakichkolwiek moich słów przez spółkę Agora S.A. ani podległe jej podmioty. Czemu o tym piszę? Bo ciekawe i przydatne. A dlaczego nie wyrażam zgody Michnikowi na wykorzystywanie moich słów? O tym poniżej.




* * *
Każdy, kto angażował się w organizowanie czegokolwiek wie doskonale, że im większe przedsięwzięcie, tym dłużej trwa jego "domykanie". Akcja nie kończy się bowiem od razu, trzeba jeszcze dopiąć sprawy finansowe, udzielać wywiadów, pilnować, czy wszystko, co zostanie upublicznione jest prawdziwe i nie skrzywdzi bezpodstawnie nikogo. Po akcji wyciąga się też wnioski, poszukuje błędów i rozwiązań, które trzeba zastosować w przyszłości.

Marsz Niepodległości będzie "domykany" zapewne jeszcze długo i jeszcze przez wiele osób, z racji swojej wielkości i echa, jakie wywołał. Jak się okazało, dotyczy to również mnie. Około 2 tygodni temu napisał do mnie dziennikarz z "Dużego Formatu" ze spółki Agora S.A., właściciela "Gazety Wyborczej". Po krótkich kurtuazjach zapytał, czy znalazłbym nieco czasu na rozmowę o "Straży (Marszu) Niepodległości". Wyraziłem zdziwienie, że akurat mnie spotkał taki zaszczyt, dlatego postanowiłem odesłać dziennikarza do szefa Straży Marszu, głównego jej koordynatora i osoby posiadającej większe kompetencje do wypowiadania się o tej formacji. OK, temat ucichł, o sprawie zapomniałem, bo mam wiele na głowie.

Jednak we środę odczytałem kolejnego maila z tego adresu, tym razem z prośbą o rychłą rozmowę, najlepiej na żywo. Rozmowa jest potrzebna na 13 grudnia, więc czas nagli. Została złożona obietnica pełnej, dokładnej autoryzacji wywiadu. Mimo tego, ponownie odesłałem dziennikarza do szefa Straży Marszu Niepodległości ze świadomością, że to on powinien się o niej wypowiadać, a nie ja. Po prostu on ma większe w niej zasługi, budował ją od podstaw i to on ma większe kompetencje do mówienia o niej. Nie to, że jestem przesadnie skromny i nie chcę z siebie robić gwiazdy - ani też to, że miałem wtedy jakąś awersję do GW, bo uważałem, że żadnego medium nie można ani blokować odgórnie ani ignorować oddolnie.

Aż do tej pory.

Chwilę po tym, jak odpisałem, zadzwonił telefon. Nie podawałem swojego numeru w e-mailu, więc musiał on być zdobyty już wcześniej. Trzymany w pogotowiu niczym zarzucona wędka, pilnowana, by w każdej chwili, w atmosferze pośpiechu i wszelkich mających mnie zadowolić gwarancji, schwytać swoją zdobycz. Zaoferowano mi już słownie wypowiedzenie się nie jako oficjalna osoba, która to koordynowała, tylko jako zwykły uczestnik. Nie miałem mówić o sprawach technicznych, tylko zdać relację z tego, jak to wyglądało z mojego punktu widzenia.

Pomyślałem sobie - czemu nie? Bardzo dobry sposób, aby przedostać się z prawdziwym przesłaniem o Marszu Niepodległości do szerszego grona, skoro i tak już odezwałem się do pewnego grona poprzez Internet z apelem o odkłamywanie Marszu Niepodległości. Zapytałem jeszcze dla pewności, czy Straż Marszu o tym wie, czy dziennikarz rozmawiał też z szefem Straży Marszu. Dostałem odpowiedź, że dziennikarz rozmawiał już zarówno z szefem Straży jak i z Arturem Zawiszą i obaj także wypowiedzą się dla "Dużego Formatu". Uspokoiło mnie to i było czynnikiem ostatecznie potwierdzającym moją chęć udzielenia tego wywiadu.

Znając jednak różne opinie - ba, nawet dobitnie pokazane manipulacje i wyroki sądowe - dotyczące dziennikarzy z Gazety Wyborczej, zacząłem intensywnie myśleć, dlaczego gazeta, która tak mocno opluwała inicjatywę Marszu Niepodległości i groteskowo odwróciła jego proporcje względem marszu Bronisława Komorowskiego, chce teraz pokazywać, jak było naprawdę. Tym bardziej poprzez rozmowę z prezesem oddziału ugrupowania, które przez tę gazetę zostało określone na jej specjalnej mapie "PEŁZANIE BRUNATNEJ POLSKI" (KLIK) jako neonazistowskie - Artur Dziambor wydał w tej sprawie ciekawe oświadczenie, pokazujące "rzetelność" dziennikarstwa GW:



Zresztą wystarczy wpisać w Google "Manipulacja GW" i już mamy nieprzebrane morze artykułów i opracowań. Zapytałem więc po prostu szefa Straży Marszu, czy rozmawiał o czymś takim z tym konkretnym dziennikarzem. Odpowiedział mi, że pierwsze słyszy. Sęk w tym, że odpowiedź dostałem krótko przed tym, jak miałem się spotkać z dziennikarzem w Siedlcach. Nie wiem, co by było, gdyby moje pytanie przebiło się zbyt późno, a odpowiedź się spóźniła. I nie chcę myśleć o tym, co mogłoby się pojawić jako "moje słowa". Nie wierzę bowiem oszustom w ich zapewnienia o pełnej autoryzacji wywiadu, a o kłamliwości tego dziennikarza przekonałem się na własnej skórze.

W jednym ze wcześniejszych maili napisałem, że nie każdy z nas ma aż taką awersję do GW i mimo opinii uważamy ją za gazetę opiniotwórczą, wpływającą na wielu Polaków. Jednak po ostatniej sytuacji, kiedy doświadczyłem tego na własnej skórze, bardzo żałuję tego, że tak wielu Polaków legitymizuje takie "dziennikarskie" techniki aktem kupna tego szmatławca.

Dlatego też proszę każdego, kto będzie miał kiedykolwiek do czynienia z dziennikarzem jakiejkolwiek gazety związanej ze spółką Agora S.A., o zachowanie najwyższego poziomu ostrożności i nieufności. Dziwi mnie to, że istnieje przyzwolenie na takie traktowanie ludzi, których ma się przecież wykorzystać do swojej gazety. Ciekawi mnie też, jak ta sprawa wygląda prawnie, gdyż posiadam dowody na kłamstwa dziennikarza w postaci korespondencji oraz rozmów - zastanawiam się, co z nimi teraz zrobić, bo mam prawo iść z nimi do sądu, jak też mam prawo je upublicznić jako strona będąca aktywna w konwersacji, wraz z imieniem, nazwiskiem, nr telefonu i adresem e-mailowym oszusta. No, ale poczekamy, co tam napiszą. Będzie więcej dowodów.

Ale wróćmy do sytuacji, w której dowiedziałem się, że zostałem okłamany. W kilka minut podjąłem stanowczą i ostateczną decyzję. Za parę chwil zadzwonił do mnie telefon od tegoż dziennikarzyny (bo określenie "dziennikarz" obraziłoby w tym przypadku wielu porządnych ludzi), żebym udał się do bufetu na siedleckim PKS-ie i tam odbędzie się rozmowa. Zapytałem ponownie, czy rozmawiał z szefem Straży Marszu. Cóż, tłumaczył mi się, że zaszło pewne nieporozumienie. "Szkoda", bo te nieporozumienie zostało jednocześnie przyczyną, dzięki której uchroniłem się od manipulacji moimi słowami. Żałowałem tylko, że konsekwencje kłamstwa są tak małe, bo dziennikarz wróci sobie pociągiem do Warszawy, za co tak czy siak ma płacone. A w międzyczasie napisze np. jakiś paszkwil.

Jednak stopień jego bezczelności sięgnął zenitu, kiedy napisał do mnie SMS:

Panie Pawle, polecam jednak na przyszlosc szanowac czas drugiego czlowieka. Pozdrawiam mimo wszystko i zycze powodzenia. GSZ

Pozostaje mi to tylko zaorać,. bowiem to mój czas został zmarnowany, bo nie dość, że muszę poświęcać czas wolny kosztem nauki, obowiązków rodzinnych i rozwoju osobistego, to jeszcze nie otrzymuję żadnej zapłaty, w przeciwieństwie do dziennikarzyny-oszusta, który chce mnie wypytać do swojej gazety i w tym celu mnie okłamuje. Po drugie, to nie ja okazałem brak szacunku, bo szanuję również siebie i innych, tych, w imieniu których dałbym swoją wypowiedź do gazety. Po trzecie, brak szacunku wykazał dziennikarz, który powinien być mi wdzięczny za powstrzymanie się przed upublicznieniem jego imienia i nazwiska, który to oszust wykazał wobec mnie nie tyle brak szacunku co zupełną pogardę zachowując się jak gówniarz, który najpierw chciał mi wbić nóż w plecy, ale w wyniku niepowodzenia przy fałszywym uśmiechu wyciąga do mnie rękę ze stwierdzeniem, że to było "jakieś nieporozumienie" więc zostańmy przyjaciółmi.

Tak więc drogi dziennikarzyno-oszuście, tak się ludzi nie traktuje. Szczególnie tych, których wypowiedzi są ci potrzebne do materiału. To tak na przyszłość.

1 komentarz:

  1. Widać,że wyborcza coś kręci zresztą jak zawsze i to niestety mnie już nie dziwi.

    OdpowiedzUsuń

W komentarzach na moim blogu panuje wolność słowa. Nie moderuję ich, chyba, że zawierają spam. Każdy może napisać szczerze to, co myśli.
Proszę przy tym o poszanowanie netykiety.