14 lutego 2013

Moja debata z Anną Grodzką

Debata w Mińsku Mazowieckim miała się odbić echem w całej Polsce. Nie spodziewano się jednak, że znajdzie się osoba, która odważy się z marszu i bez wcześniejszego przygotowania wystąpić przed mikrofonami i kamerami jako prawicowa strona w debacie. Skutek jest oczywisty: mało relacji, a o tej osobie - praktycznie nic (oprócz kłamliwej relacji na stronie Ruchu Palikota, ale o tym za chwilę). Tą osobą jestem ja.


Zanim jeszcze o debacie, napiszę o zdarzeniu, przez które moi koledzy mogli nie zostać wpuszczeni na debatę w wyniku spóźnienia się. Od razu po wejściu na podwórze budynku zostali spisani przez Policję, wraz z pytaniem, skąd są i z jakiej organizacji. Wtedy pokazał mi się prawdziwy obraz sytuacji w naszym kraju: w Polsce niby jest homofobia, ale to prawicowców się atakuje w mediach i za pośrednictwem państwa. Niby lewica jest gnębiona, ale to prawica jest atakowana przez państwo już na samym początku legalnej manifestacji. Przykry jest fakt, że Policja spisuje ludzi udających się na OTWARTĄ debatę przez co zaistniało ryzyko, że uczestnicy nie zostaną wpuszczeni z powodu opóźnienia spowodowanego "akcją" policjantów. Ciekawi również fakt wykorzystania Policji utrzymującej się ze środków państwowych, czyli naszych podatków, a nie wynajęcie firmy ochroniarskiej. Gdyby każdy tak robił, nie byłoby firm ochroniarskich bo wszystkie prywatne wydarzenia ubezpieczałaby Policja. Ciekawe, jakie uzasadnienie organizatorzy spotkania wysłali do Policji...

Na debacie w Mińsku Mazowieckim z Anną Grodzką niespodziewanie zostałem uczestnikiem regularnej dyskusji przy stole z gośćmi niejako w zastępstwie prof. Krystyny Pawłowicz. Zapytany przez prowadzącego, po kim chcę mówić, odparłem, że jako dżentelmen wypowiem się po paniach. Dziwne, że p. Grodzka mówiła... po mnie :)



Spotkanie podobało mi się, miałem okazję przedstawić prawicowy punkt widzenia, odkłamać stereotypy, oraz zaapelować do zebranych, aby nie dali się podzielić przez tematy zastępcze, bo podzielony naród łatwiej kontrolować. Stwierdziłem, że nie warto dać się podzielić na zwolenników poszczególnych partii politycznych, bo w gruncie rzeczy (oprócz tematów emocjonalnych) niewiele je różni.


* * *
Miłe wrażenie szybko ostygło, gdyż oto na stronie Ruchu Palikota, którą podesłał mi znajomy, w relacji z debaty w Mińsku Mazowieckim autor napisał:

"Zdziwienie wzbudziło wystąpienie p. Pawła Wyrzykowskiego, który w zasadzie zgodził się z niemal wszystkimi wnioskami i postulatami naszej strony i otrzymał także gromkie brawa"

Jeżeli jestem za tym, aby państwo nie wtrącało się w małżeństwa i związki, a Ruch Palikota jest za zrównaniem prawnym związków part. z małżeństwami, to stoimy po przeciwnej stronie barykady. Wykazałem hipokryzję popierania wycofania się państwa z kwestii płciowości i jednoczesnego popierania wprowadzenia parytetów. Podobnie jak nie zgodziłem się z założeniami typowo filozoficznymi, tak samo nie zgadzam się z założeniami programowymi, vide państwowa służba zdrowia, płaca minimalna, ustrój gospodarczy, polityka względem Unii Europejskiej, likwidacja Państwa Polskiego etc. "Gromkie brawa" przerwały moją wypowiedź, w której powiedziałem, że jestem za tym, aby państwo nie wtrącało się w decyzje rodziców. To Lalka Podobińska powiedziała, że się ze mną zgadza, nie na odwrót.

To jest w ich stylu - nie pierwszy raz piszą o mnie lub o lokalnych grupach prawicowych. Już dwukrotnie napisali, że po dyskusji to w zasadzie się z nimi zgodziliśmy. A może to oni mieli przebłysk inteligencji i zgodzili się z nami? To można sprawdzić na własne oczy, zamieszczam bowiem zapis całości tej debaty - każdy niech oceni sam:



Na skróty: ja mówię od 1:04:00 i tutaj jest kwestia różnicy między prawdą obiektywną a opinią, oraz wtrącania się przez państwo. Rozpoczęły się pytania od publiczności.

1:07:15
- I tak się składa, że to co pan mówi to super, pytajmy ludzi. To jest dokładnie to co pan mówi i to co ja mówię i się wszyscy zgadzamy no.
- Ja mówię "nie pytajmy ludzi".
- To... i co róbmy?

1:10:00 - prowadzący przerywa brawami moją wypowiedź w pół zdania, ale to wraz nie sprawia wrażenia, ze zgadzam się z nimi, to raczej oni (deklaratywnie) zgadzają się ze mną. Wykazuję też hipokryzję jednoczesnego popierania wycofania się ingerencji państwa w związki i popierania parytetów.

1:20:20 - pierwsze pytanie do mnie, odnośnie prawdy obiektywnej.

1:42:00 - pytanie z sali o gospodarkę (płaca minimalna) i stanowisko p. Grodzkiej, a potem moje. Jak można było dostrzec tutaj zgodność poglądów?

1:45:45 - Grodzka krytykuje TVN i ogólną jakość polskich mediów, stwierdza, że w Polsce nie ma wolnych mediów (odrębny film z tym fragmentem: KLIK)

1:54:00 - pytanie z sali do mnie o płacę minimalną, oraz moje podsumowanie debaty i apel do zebranych.


Zadzwoniłem do autora relacji, zobaczymy, jak potraktuje swoich czytelników. Zostałem już zaproszony na kolejną debatę tam - tym razem debatę ekonomiczną. Teraz już wiem, że jeżeli na niej wystąpię, to tylko dla mieszkańców Mińska Mazowieckiego i od razu będę sobie rezerwował czas na pisanie kolejnego sprostowania, bo komuś po raz wtóry będzie się wydawało, że "z większością postulatów się zgadzałem".

* * *
PS: Dziś 71. rocznica powstania Armii Krajowej. Pamiętajmy, dzięki komu możemy dziś powiedzieć "Kocham Cię" a nie "Ja ciebia lublju" lub "Ich Liebe dich".

8 lutego 2013

Libertarianie a Kościół

Natknąłem się na pewien ciekawy wpis "nielewicowego bloggera anty-prawicowego" dotyczący działalności Kościoła wobec pokrzywdzone przez większość społeczeństwa jednostki. Ukazuje libertarian jako takie właśnie jednostki, tłamszone przez błędne wybory reszty społeczeństwa dającego się nabierać na płytkie hasła. Pokazuje, że nie możemy liczyć na poprawę sytuacji z racji zbyt potężnej pozycji państwa i zbyt mocnego oddziaływania systemowej propagandy na społeczeństwo. Możemy się tylko poczuć lepiej psychicznie przekonując innych ludzi do swoich poglądów, pisząc blogi itp. Autor stwierdza, że tymczasem Kościół zawsze pomagał i nadal pomaga wielu prześladowanym: kiedyś banitom, dziś osobom słabszym i z problemami, nawet prostytutkom. Sytuując libertarianina w podobnej pozycji pokrzywdzonej społecznie jednostki oczekuje od Kościoła takiej samej pomocy.

I tutaj zapaliła mi się niebieska lampka (czerwonej skończyłem używać jeszcze w gimnazjum) a w głowie zaczęły pojawiać się kontrargumenty na stwierdzenia typu "Czy można się więc dziwić temu, że tylu libertarian jest ateistami? Skoro Kościół świadomie zamyka oczy na najbardziej powszechny grzech kradzieży i udaje, że go nie ma, to jak może liczyć na to, że libertarianie nagle zapukają do jego bram? Gdzie jest wrażliwość ludzi Kościoła?"




Otóż po pierwsze, zjawisko pasożytowania państwa na obywatelu jest powszechne, więc nie dotyczy tylko libertarian. Każdy jest okradany, z taką tylko różnicą, że osoba chcąca uczciwie się wzbogacić jest tłamszona bardziej niż osoba leniwa i roszczeniowa. Jedyną rzeczą, jaką wyróżnia w tej materii libertarianina, jest wiedza o takim stanie rzeczy, co bezpośrednio wpływa na psychiczne jej odczuwanie (bo materialnie i tak każdy z nas to odczuwa niezależnie od poglądów). Dochodzi do tego również wiedza, w jakiej skali zbierane z ludzi pieniądze są marnotrawione i jakie będą tego konsekwencje dla nas i dla przyszłych pokoleń.

Pojawia się więc tutaj pytanie jak Kościół mógłby w takiej sytuacji pomóc libertarianinowi? Uwolnieniem od cierpienia libertarianina wydawałoby się pozbawienie go jego wiedzy, co wg mnie oznaczałoby albo ingerencję w mózg człowieka, albo cud. Nawet Kościół nie jest w stanie czynić cudów na zawołanie, więc nie uważam najbardziej logicznego (aczkolwiek najmniej praktycznego) za wykonalne.


Po drugie, owe zjawisko państwowego pasożytnictwa jest na tyle powszechne, że dotyka również sam Kościół. Jezus powiedział: "Lekarzu, ulecz samego siebie!", jednak jest to sztuka ciężka do wykonania. Kościół pomaga chorym, ale sam nie jest chorą osobą; Kościół pomaga prostytutkom, ale sam nie jest prostytutką nawet mimo działań państwa dążących do postawienia Kościoła w takiej roli względem siebie. W dobie mieszania się polityków do Kościoła ma on skrępowane ręce jeśli chodzi o działalność polityczną opartą na własnych wartościach. Aparat PRL-u utworzył nawet własny "kościół państwowy" i organizował zawody na przodowników pracy wśród księży, oczywiście kiedy okazało się, że nie da się zniszczyć Kościoła i może łatwiej byłoby go po prostu podrobić lub przejąć. Warto tutaj napomknąć, że proces dekomunizacji ominął Kościół, a przecież w SB była specjalna komórka szkoląca "księży"-agentów. Wracając, państwo dąży do zredukowania roli Kościoła już nie tylko do roli społeczno-wychowawczej, ale wyłącznie do działalności typowo charytatywnej, a więc wyręczającej socjalistyczne państwo w kwestiach, do których się zobowiązało. Pomoc libertarianom ciężko nazwać działalnością charytatywną, pozostaje więc tutaj tylko edukacja. Jednak jeśli dzisiaj księża zajęliby się edukacją ekonomiczną bez uzyskania podstaw tej wiedzy, skutki mogłyby się okazać mizerne, ludzie zniechęciliby się do tych kwestii. Ksiądz to też człowiek i my możemy dostarczyć mu wiedzę jak człowiek człowiekowi. Pytanie tylko czy chcemy, czy wolimy się obrazić i odwrócić plecami? Czy Bóg ustanowił ludziom Kościół na darmo? Czy będzie korzystne - nawet dla niewierzących libertarian - pozwolenie na przejęcie Kościoła przez państwo i doprowadzenie do sytuacji, gdzie kult Boga zostanie zastąpiony kultem państwa?

Jaka z tego wniosku płynie nauka dla nas libertarian? Zamiast obrażać się na Kościół, zapukajmy do Jego drzwi i przedstawmy swoje przemyślenia w oparciu m.in. o encykliki Jana Pawła II (który potępiał np. tworzenie inflacji) czy Jana XXIII, przypomnijmy o naukach Piusa IX i Piusa XII, przedstawmy obecne problemy i prognozy. Czy warto usprawiedliwiać odchodzenie libertarian od Kościoła argumentem, że Kościół nie zabiega o nich swoją pomocą?

Po trzecie, skąd u libertarianina postawa roszczeniowa? Musimy walczyć z taką postawą, zachęcać do bycia kowalem własnego losu i ponoszenia za swoje czyny zarówno pełni odpowiedzialności, jak i pełni korzyści. Nie można też oczekiwać od kogoś, kto dał palec, całej ręki, a doceniać za to, co zrobił do tej pory. A przynajmniej nie obrażać się i nie rezygnować z własnej inicjatywy. Kościół nie wchodzi z butami by pomagać, tylko zaprasza do siebie. W tej materii również funkcjonuje co prawda prawo Św. Mateusza, jednakże któż jak nie libertarianie mogą samodzielnie podjąć taką współpracę nie pozwalając na zrównanie się do reszty roszczeniowego, niesamodzielnego, niewolniczego wręcz społeczeństwa?

Muszę też wyjaśnić pewne nieporozumienie, jakie ukazuje ten cytat: "Ba, w kościołach nawet wznosi się modły o pomyślność dla rządzących państwami.". Modlitwa ta nie ma charakteru wzmacniania państwa ani tym bardziej osób wykonujących w nim funkcje (tak samo jak w Kościele całuje się pierścień biskupi nie ze względu na osobę go noszącą, tylko ze względu na godność biskupią). Nie powiem też, że jest to spełnienie nauki "módlcie się za swoich nieprzyjaciół", bo byłaby to przesada w drugą stronę. Chodzi o modlitwę za decyzje, od których w danej chwili zależy los milionów ludzi - modlitwa jest ze względu na ludzi, nad którymi państwo ma władzę, a nie ze względu na państwo.

Największą przyczyną zła jest bezczynność ludzi dobrych. Nie możemy się bezpośrednio przeciwstawić państwu, ale możemy działać oddolnie, edukować społeczeństwo i przede wszystkim dopilnować, żeby ta edukacja do czegoś prowadziła i aby nie szła na marne. Nie powinno więc nam zależeć na przekonaniu większości społeczeństwa tylko na wykształceniu społeczeństwa nowej jakości: wrażliwego na mechanizmy gospodarcze, umiejącego wychwytywać oszustwa władz, znającego historię a więc i mity, które doprowadziły do dzisiejszej opłakanej sytuacji i umiejącego z tej historii wyciągać wnioski. W naszych rękach leży wykształcenie społeczeństwa odpowiedzialnego za swoją przyszłość - ale i dobrego Kościoła - i jeśli to zaniedbamy, jeśli będziemy się tylko oglądać na innych w nadziei, że zrobią to za nas, będzie już za późno.

1 lutego 2013

Nieuzasadniona furia PiSowców


Po spotkaniu z Wiplerem niektórzy członkowie siedleckiego układu zaczęli rozpowszechniać fałszywe informacje o tym, jak to niby zakłócałem, przerywałem i krzyczałem. Dowiedziałem się o tym po kilku dniach od spotkania i dopiero po tych kilku dniach wrzuciłem do sieci filmy, które pokazują, jak było naprawdę. Nie miałem ani celu, ani czasu aby na siłę pokazywać nagrania ze spotkania. Zmusiła mnie do tego czarna propaganda wychodząca poza grupę ludzi obecnych na spotkaniu. Jak widać, ktoś ma nawyk do wybielania się kosztem kłamstwa. Powiem więcej - ktoś tu bierze przykład z PO, zadłużając mieszkańców na każdym kroku, atakując kamerzystów, wykręcając każdy błąd gospodarczy dotacjami unijnymi etc. Śmiało można porównać zachowanie z filmu "Siedlecki Niesiołowski kontra Wyrzykowski" do zachowania Stefana Niesiołowskiego, który zaatakował Ewę Stankiewicz (nota bene z Gazety Polskiej).

Jednak wróćmy do tematu. Po ukazaniu się mojego artykułu na narodowcy.net osoba o pseudonimie "Maciek" wykrzykiwała, że Wipler wcale nie chciał rozwiązania Marszu Niepodległości. Całe szczęście są dowody - proszę zobaczyć, co zrobił Wipler na Marszu Niepodległości:



Fałszywie podaje się za organizatora, kłamie, że organizatorzy rozwiązali Marsz... potem jeździ po Polsce i rozpowszechnia swoje teorie. Wiadomo, musimy przygotowywać się do kolejnego Marszu, ale w międzyczasie trzeba reagować na taką propagandę, każdy na tyle, na ile może. My mogliśmy zareagować na spotkaniu w Siedlcach, to zareagowaliśmy.

Gdyby Wiplerowi udało się przekonać Policję, że Marsz został rozwiązany, ta rozgoniłaby ludzi uczestniczących w jej mniemaniu w nielegalnym zgromadzeniu, do mediów poszłaby informacja że manifestacja nie jest już legalna i ludzie są rozganiani, aresztowani itp. zgodnie z prawem. Taka sytuacja doprowadziłaby do rozlewu krwi. Na szczęście, skoordynowana praca organizatorów, Straży Marszu Niepodległości i p. Kowalskiego uspokoiła tłum dając czas na negocjacje organizatorów (a nie osób podszywających się pod organizatorów) z Policją doprowadziła do szybkiego opanowania sytuacji i spokojnego przejścia Marszu dalej, aż do samego końca.

I to właśnie boli siły, które chcą skanalizować i zmarginalizować oddolne ruchy, a ambitnych w swoich szeregach doprowadzają do sytuacji, w których oni odchodzą i zakładają małe partie. Jednocześnie nam zarzucają, że to my dzielimy prawicę - niech spojrzą na własne działania, które doprowadziły do rozłamów na PJN i SP. Wierzgają na oślep, bo panicznie boją się utraty stołków i wyciągnięcia konsekwencji za ich szkodliwe działania.