8 lutego 2013

Libertarianie a Kościół

Natknąłem się na pewien ciekawy wpis "nielewicowego bloggera anty-prawicowego" dotyczący działalności Kościoła wobec pokrzywdzone przez większość społeczeństwa jednostki. Ukazuje libertarian jako takie właśnie jednostki, tłamszone przez błędne wybory reszty społeczeństwa dającego się nabierać na płytkie hasła. Pokazuje, że nie możemy liczyć na poprawę sytuacji z racji zbyt potężnej pozycji państwa i zbyt mocnego oddziaływania systemowej propagandy na społeczeństwo. Możemy się tylko poczuć lepiej psychicznie przekonując innych ludzi do swoich poglądów, pisząc blogi itp. Autor stwierdza, że tymczasem Kościół zawsze pomagał i nadal pomaga wielu prześladowanym: kiedyś banitom, dziś osobom słabszym i z problemami, nawet prostytutkom. Sytuując libertarianina w podobnej pozycji pokrzywdzonej społecznie jednostki oczekuje od Kościoła takiej samej pomocy.

I tutaj zapaliła mi się niebieska lampka (czerwonej skończyłem używać jeszcze w gimnazjum) a w głowie zaczęły pojawiać się kontrargumenty na stwierdzenia typu "Czy można się więc dziwić temu, że tylu libertarian jest ateistami? Skoro Kościół świadomie zamyka oczy na najbardziej powszechny grzech kradzieży i udaje, że go nie ma, to jak może liczyć na to, że libertarianie nagle zapukają do jego bram? Gdzie jest wrażliwość ludzi Kościoła?"




Otóż po pierwsze, zjawisko pasożytowania państwa na obywatelu jest powszechne, więc nie dotyczy tylko libertarian. Każdy jest okradany, z taką tylko różnicą, że osoba chcąca uczciwie się wzbogacić jest tłamszona bardziej niż osoba leniwa i roszczeniowa. Jedyną rzeczą, jaką wyróżnia w tej materii libertarianina, jest wiedza o takim stanie rzeczy, co bezpośrednio wpływa na psychiczne jej odczuwanie (bo materialnie i tak każdy z nas to odczuwa niezależnie od poglądów). Dochodzi do tego również wiedza, w jakiej skali zbierane z ludzi pieniądze są marnotrawione i jakie będą tego konsekwencje dla nas i dla przyszłych pokoleń.

Pojawia się więc tutaj pytanie jak Kościół mógłby w takiej sytuacji pomóc libertarianinowi? Uwolnieniem od cierpienia libertarianina wydawałoby się pozbawienie go jego wiedzy, co wg mnie oznaczałoby albo ingerencję w mózg człowieka, albo cud. Nawet Kościół nie jest w stanie czynić cudów na zawołanie, więc nie uważam najbardziej logicznego (aczkolwiek najmniej praktycznego) za wykonalne.


Po drugie, owe zjawisko państwowego pasożytnictwa jest na tyle powszechne, że dotyka również sam Kościół. Jezus powiedział: "Lekarzu, ulecz samego siebie!", jednak jest to sztuka ciężka do wykonania. Kościół pomaga chorym, ale sam nie jest chorą osobą; Kościół pomaga prostytutkom, ale sam nie jest prostytutką nawet mimo działań państwa dążących do postawienia Kościoła w takiej roli względem siebie. W dobie mieszania się polityków do Kościoła ma on skrępowane ręce jeśli chodzi o działalność polityczną opartą na własnych wartościach. Aparat PRL-u utworzył nawet własny "kościół państwowy" i organizował zawody na przodowników pracy wśród księży, oczywiście kiedy okazało się, że nie da się zniszczyć Kościoła i może łatwiej byłoby go po prostu podrobić lub przejąć. Warto tutaj napomknąć, że proces dekomunizacji ominął Kościół, a przecież w SB była specjalna komórka szkoląca "księży"-agentów. Wracając, państwo dąży do zredukowania roli Kościoła już nie tylko do roli społeczno-wychowawczej, ale wyłącznie do działalności typowo charytatywnej, a więc wyręczającej socjalistyczne państwo w kwestiach, do których się zobowiązało. Pomoc libertarianom ciężko nazwać działalnością charytatywną, pozostaje więc tutaj tylko edukacja. Jednak jeśli dzisiaj księża zajęliby się edukacją ekonomiczną bez uzyskania podstaw tej wiedzy, skutki mogłyby się okazać mizerne, ludzie zniechęciliby się do tych kwestii. Ksiądz to też człowiek i my możemy dostarczyć mu wiedzę jak człowiek człowiekowi. Pytanie tylko czy chcemy, czy wolimy się obrazić i odwrócić plecami? Czy Bóg ustanowił ludziom Kościół na darmo? Czy będzie korzystne - nawet dla niewierzących libertarian - pozwolenie na przejęcie Kościoła przez państwo i doprowadzenie do sytuacji, gdzie kult Boga zostanie zastąpiony kultem państwa?

Jaka z tego wniosku płynie nauka dla nas libertarian? Zamiast obrażać się na Kościół, zapukajmy do Jego drzwi i przedstawmy swoje przemyślenia w oparciu m.in. o encykliki Jana Pawła II (który potępiał np. tworzenie inflacji) czy Jana XXIII, przypomnijmy o naukach Piusa IX i Piusa XII, przedstawmy obecne problemy i prognozy. Czy warto usprawiedliwiać odchodzenie libertarian od Kościoła argumentem, że Kościół nie zabiega o nich swoją pomocą?

Po trzecie, skąd u libertarianina postawa roszczeniowa? Musimy walczyć z taką postawą, zachęcać do bycia kowalem własnego losu i ponoszenia za swoje czyny zarówno pełni odpowiedzialności, jak i pełni korzyści. Nie można też oczekiwać od kogoś, kto dał palec, całej ręki, a doceniać za to, co zrobił do tej pory. A przynajmniej nie obrażać się i nie rezygnować z własnej inicjatywy. Kościół nie wchodzi z butami by pomagać, tylko zaprasza do siebie. W tej materii również funkcjonuje co prawda prawo Św. Mateusza, jednakże któż jak nie libertarianie mogą samodzielnie podjąć taką współpracę nie pozwalając na zrównanie się do reszty roszczeniowego, niesamodzielnego, niewolniczego wręcz społeczeństwa?

Muszę też wyjaśnić pewne nieporozumienie, jakie ukazuje ten cytat: "Ba, w kościołach nawet wznosi się modły o pomyślność dla rządzących państwami.". Modlitwa ta nie ma charakteru wzmacniania państwa ani tym bardziej osób wykonujących w nim funkcje (tak samo jak w Kościele całuje się pierścień biskupi nie ze względu na osobę go noszącą, tylko ze względu na godność biskupią). Nie powiem też, że jest to spełnienie nauki "módlcie się za swoich nieprzyjaciół", bo byłaby to przesada w drugą stronę. Chodzi o modlitwę za decyzje, od których w danej chwili zależy los milionów ludzi - modlitwa jest ze względu na ludzi, nad którymi państwo ma władzę, a nie ze względu na państwo.

Największą przyczyną zła jest bezczynność ludzi dobrych. Nie możemy się bezpośrednio przeciwstawić państwu, ale możemy działać oddolnie, edukować społeczeństwo i przede wszystkim dopilnować, żeby ta edukacja do czegoś prowadziła i aby nie szła na marne. Nie powinno więc nam zależeć na przekonaniu większości społeczeństwa tylko na wykształceniu społeczeństwa nowej jakości: wrażliwego na mechanizmy gospodarcze, umiejącego wychwytywać oszustwa władz, znającego historię a więc i mity, które doprowadziły do dzisiejszej opłakanej sytuacji i umiejącego z tej historii wyciągać wnioski. W naszych rękach leży wykształcenie społeczeństwa odpowiedzialnego za swoją przyszłość - ale i dobrego Kościoła - i jeśli to zaniedbamy, jeśli będziemy się tylko oglądać na innych w nadziei, że zrobią to za nas, będzie już za późno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

W komentarzach na moim blogu panuje wolność słowa. Nie moderuję ich, chyba, że zawierają spam. Każdy może napisać szczerze to, co myśli.
Proszę przy tym o poszanowanie netykiety.