Zauważyłem, iż w telewizorze (którego jeszcze nie sprzedałem) ciągle mówi się a to o transferach partyjnych, a to o wielkim planie połączenia planktonowej, anty-UE i pro-life Prawicy RP z pro-UE i niezdecydowanym odnośnie życia PiSem. Takie "tematy dnia" bez wątpienia muszą być jakoś finansowane, żeby były pokazywane, bo w polityce realnej nie znaczą nic a nic - coś jak wpływ kolejnego rozwodu Kasi Cichopek na poziom analfabetyzmu u 13-letnich Aborygenów. Zamiast o pomysłach, dyskutuje się o gierkach partyjno-personalnych. To jest może emocjonujące, ale tak partyjniackie i płytkie, że nawet nie pomaga, a wręcz szkodzi świadomości politycznej naszego społeczeństwa. Widząc kolejną dyskusję gadających głów mówiących o niczym, postanowiłem napisać takiego oto maila do redakcji stacji Polsat News:
"Witam serdecznie.
Zaobserwowałem ostatnio w jednym z programów na Polsat News wiele ciekawych wydarzeń wprost ze sceny politycznej. Szczególną uwagę zwrócił u mnie wywiad z Panem Łukaszem Gibałą, który wraz ze sporą liczbą działaczy zakończył współpracę z Platformą Obywatelską i dość szybko nawiązał nową - z Ruchem Palikota. Tymczasem z Ruchu Palikota coraz więcej osób przechodzi do Sojuszu Lewicy Demokratycznej, za to z partii SLD działacze przechodzą do PO. Jest to mechanizm o tyle zastanawiający, o ile zwraca na siebie uwagę mediów. Jak wiadomo, im głośniej jest w mediach o danym ruchu, tym większe ma on szanse na zyskanie poparcia społecznego. Jest to na pewno jakiś sposób na motywowanie struktur lokalnych, ale przede wszystkim jest to po prostu sprytna, darmowa reklama "wyższości" jednej partii nad inną. Podobne zjawiska przeszły wręcz do porządku dziennego i dziwi fakt, że nadal są tak chwytliwe.
Tymczasem są partie, które takich zabiegów się wystrzegają, nie próbują robić politycznego show, często kosztem przemilczenia w mediach. Stałość w poglądach i działaniach nie jest zapewne tak emocjonująca, ale gwarantuje ciekawy temat do twórczej dyskusji. Punktuje to w zakresie długoterminowym, jak zresztą widać po ostatnich sondażach.
Zapewne przychodzi tutaj na myśl Nowa Prawica, jednak i tutaj jest pewne zastrzeżenie - do mediów o ile pamiętam był zapraszany tylko jej prezes, Janusz Korwin-Mikke. Muszę stwierdzić, że on również nie daje tutaj poczucia tej stabilności, mimo, iż jest stały w poglądach. Jego wystąpienia niestety nadal bazują na emocjach, ciężko się czasami "połapać". Dlatego myślę, że do takiej dyskusji - jeśli chodzi o te ugrupowanie - dobrze nadawałby się np. Rafał Zapadka lub Adam Woch z Lubelszczyzny (ten ostatni przebił w popularności Korwin-Mikkego dopiero tym, że założył sandały na debatę z Premierem RP). Myślę, że działacze tej partii byliby wdzięczni za pokazanie innych wolnorynkowców niż słynny "JKM", na którego zwykli po prostu narzekać. Byłaby to miła odmiana od codziennych emocji i spokojne spojrzenie na polską gospodarkę i życie publiczne z innej - być może tak nam dziś potrzebnej - perspektywy.
Z najwyższym szacunkiem, pozdrawiam
Paweł Wyrzykowski"
Być może ktoś stwierdzi, że chcę pokazywania planktonu politycznego kosztem dużych "poważnych" partii masowej integracji. Nic bardziej mylnego, ponieważ (abstrahując od 7%-owego czasu przedwyborczego - przed aferą z PKW) Nowa Prawica ma obecnie 3% poparcia w sondażach, a Prawica RP 0,5%. To jest obecnie 6 razy więcej, przy wyborach było 4 razy więcej, a przed aferą z PKW było to 13-14 razy więcej.
Można więc pomyśleć, że PRP finansuje takie nagłaśnianie tematu wokół niej. Również nic bardziej mylnego. Ani NP, ani PRP po prostu nie stać na takie zabawy, nie mają też swoich ludzi w redakcjach i zarządach telewizyjnych. Widząc sromotną porażkę PRP, PiS wietrzy okazję do darmowej inkorporacji PRP w swoje szeregi (nawet mimo drastycznych różnic programowych) w skrajnie dysproporcjonalną "federację" - a PRP przyjmuje tę propozycję z pocałowaniem ręki, bo inaczej po prostu zginęłaby w czeluści zapomnienia. Marek Jurek zawsze miał to do siebie, że pragnął być liderem pozaparlamentarnej prawicy. Tymczasem był nią ciągle Janusz Korwin-Mikke, prześcigając nawet Waldemara Pawlaka w wyborach prezydenckich. Ostatnia szansa Jurka - wybory A.D. 2011 - przepadła, więc postanowił wrócić na łono partii-matki, niczym syn marnotrawny. Jak w tej sytuacji czują się wyborcy Prawicy RP - nie chcę myśleć. Jest to polityczne zwycięstwo PiS, które (tak myślę) zaraz okrzyknie się Świętym Obrońcą Prawicy i zacznie umizgi do PJN. Potem zostanie już tylko Solidarna Polska i... Nowa Prawica. Czyżbym dopuszczał istnienie Nowej Prawicy w jednej federacji z eurokratycznymi socjalistami? Na pewno nie - ale takie starania będą poczynione, a misja ta została zapewne powierzona kolejnemu karierowiczowi, niejakiemu panu Wiplerowi.
A wracając...
Gdyby Hitler i Goebbels mieli na własność taką telewizję, jaka jest dziś, III Rzesza wygrałaby wojnę. Dziś na szczęście mamy jeszcze w miarę wolny Internet - czy damy radę przeciwstawić się IV Rzeszy?
25 marca 2012
26 lutego 2012
Siedlczanie pamiętają o Żołnierzach Wyklętych
Po prawie 50 latach, które dzielą nas od dnia w którym został zastrzelony ostatni niezłomny i niepokorny Żołnierz Wyklęty, walczący o Wolność i Niezawisłość narodu Polskiego - Józef Franczak ps. "Lalek", mamy okazję oficjalnie z mocą ustawy parlamentarnej obchodzić Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych - bohaterów walki z sowietyzacją Polski po II wojnie światowej, oraz bohaterów, którzy swoją ideową walką stali się symbolem do naśladowania przez pokolenia poznańskiego czerwca.
01.03.2012
godz. 10.00 Msza Św. w Kościele Garnizonowym
godz. 11.00 Przemarsz spod Kościoła Garnizonowego pod „Pomnik Żołnierzy Wyklętych” na Skwerze Wileńskim, Przemarsz pod „Tablicę Szesnastu” /budynek NFZ ul. Piłsudskiego/, złożenie kwiatów, zapalenie zniczy
godz. 12.00 Wykład dr. Mariusza Bechty z IPN pt. „Stefan Kosobudzki ps. „Sęk” - żołnierz wyklęty Narodowych Sił Zbrojnych” Sala „Biała” Miejskiego Ośrodka Kultury ul. Pułaskiego 6
06.03.2012
godz. 11:00 Spotkanie otwarte w Pałacu Ogińskich ul. Konarskiego 2
godz. 18.00 Pokaz filmów Arkadiusza Gołębiewskiego „ Rozbity Kamień”, „ Sny stracone sny odzyskane” i spotkanie z reżyserem w Centrum Kultury i Sztuki w Siedlcach ul. Bpa Świrskiego 31
Kim byli żołnierze wyklęci? Przez całe lata PRL-u nazywano ich "zaplutymi karłami reakcji", a wszystkie niepodległościowe organizacje, do których należeli określano jako "faszystów", czy "bandy reakcyjne spod znaku NSZ". W zamian za ofiarną walkę w obronie wartości jaką była Niepodległość Ojczyzny wielu z nich poległo z bronią w ręku, innych zamęczono w więzieniach ciągłymi przesłuchaniami i torturami, a jeszcze inni po okrutnych śledztwach przechodzili pokazowe procesy, które były kpiną z wymiaru sprawiedliwości, a których wyrok był oczywisty - natychmiastowo wykonywano kary śmierci. Jedynie nielicznym udało się przetrwać stalinowski reżim, aby żyć dalej przez długie dekady Polski Ludowej z piętnem "reakcyjnego bandyty". Zaledwie garstka z nich dożyła tzw. odwilży i ustawy honorującej ich wieloletnie zmagania w szeregach SZP, ZWZ, AK, DSZ, ROAK, NZW, NSZ, SN, i WiN z oboma okupantami. Dożyli oni również dużej liczby rewizji nadzwyczajnych od wyroków śmierci, które otrzymali ich dowódcy i towarzysze partyzanckiej doli i niedoli... a tych trzeba przynajmniej przypomnieć!
Przyjdź i pokaż że mimo sowieckich prób wymazania ich niezłomnej odwagi z historii Polska pamięta o swych wiernych synach!
7 lutego 2012
Demokratyczna Unia Europejska
Coraz częstsze zauważanie, że dla UE bardziej pasuje nazwa IV Rzeszy, wywiera już tak duży niepokój establishmentu, że za słowo "Anschluss do Unii" można mieć kłopoty prawne (link). Tymczasem warto zastanowić się, czy Unia Europejska jest strukturą, w której oprócz deklaracji standardy demokratyczne rzeczywiście obowiązują.
Parlament Europejski składa się z ludzi wybranych w wyborach. Jednak jest to tylko instytucja fasadowa, posiadająca wąskie uprawnienia. Rzeczywistą władzę sprawuje tam Rada Unii Europejskiej z Ministrem Spraw Zagranicznych UE i Prezydentem UE, których nie wybrał absolutnie nikt. Wielu nie wie nawet o istnieniu takich stanowisk! Przywodzi to na myśl system stosowany w ZSRR - ale nie ma co się dziwić, kiedy większość Komisji Europejskiej stanowią zdeklarowani komuniści lub socjaliści. Jose Barosso działał w młodości jako prezes portugalskiego związku studenckiego maoistów. Dziś przewodniczącym Parlamentu Europejskiego jest skrajny socjalista, który bez skrupułów łamie prawo bezstronności przewodniczącego w debacie (nakazuje ona zejść z krzesła przewodniczącego i usiąść na sali, jeśli chce się uczestniczyć w dyskusji w sposób inny niż moderowanie dyskusji) - LINK do filmu z tej sytuacji.
Unię Europejską bez wątpienia można porównać do ZSRR. Nieliczne, aczkolwiek zauważalne różnice wynikają z tego, iż rozwinęły się mass media, zwiększył się stopień globalizacji, a kontynuatorzy rozwiązań sowieckich nie chcą powtórzyć błędów swoich protoplastów, zamiast wojska używając zagmatwanych ustaw i służb specjalnych. Skąd jednak "IV Rzesza"? Otóż prymat Niemiec i Francji połączony z wielką przyjaźnią i osobnymi rozmowami tychże dwóch krajów z Rosją, połączone układem z Deauville tworzącym oś Paryż-Belin-Moskwa, nasuwają jednoznaczne skojarzenia. Podczas, gdy kolonizowane są "zwykłe" kraje członkowskie, gospodarka niemiecka absorbuje wszystkie środki produkcji lub eliminuje konkurencję (vide polskie cukrownie czy stocznie). Zadłużanie kolejnych krajów prowadzi do ich "pokojowego" przejęcia, bez nadmiernych strat własnych. Istnieją także różne etapy integracji, tworzące w Europie tzw. rdzeń, ale też autonomie (takie jaką była Generalna Gubernia).
Aby pokazać hipokryzję i zbrodniczość Unii Europejskiej, załóżmy hipotetyczny scenariusz: na Białorusi poddawana jest pod referendum nowa konstytucja autorstwa obozu A. Łukaszenki. Zostaje odrzucona, więc A. Łukaszenka nakazuje powtarzanie referendum aż do skutku. Jak wyobrażacie sobie w tej sytuacji reakcję UE, która to za nic miała wyniki referendów we Francji, Holandii i Irlandii (a tej ostatniej kazała głosować do skutku)? Ja jestem pewien, że doszłoby do stosowania tzw. "podwójnych standardów".W końcu w przypadku Traktatów Konstytucyjnego i Traktatu Lizbońskiego, chodziło o "wyższe dobro".
Dzisiaj UE narzuca nam niezliczoną ilość nakazów, zakazów i regulacji, a polskie władze muszą je przyjmować czy tego chcą, czy nie. Nie jesteśmy więc państwem suwerennym, co potwierdzają ciągłe starania mass mediów i wykładowców na uczelniach wyższych, żeby wytworzyć pogląd, iż dzisiaj suwerenność nie jest możliwa. Na szczęście nie kto inny jak sami obywatele biorą sprawy w swoje ręce, kiedy miarka przebrała się przy próbie przepchnięcia ACTA, przy ciągłym stosowaniu metody kozła ofiarnego i rozpraszania odpowiedzialności.
I robi to facet, który reklamował się hasłem "Pełna Odpowiedzialność"...
Parlament Europejski składa się z ludzi wybranych w wyborach. Jednak jest to tylko instytucja fasadowa, posiadająca wąskie uprawnienia. Rzeczywistą władzę sprawuje tam Rada Unii Europejskiej z Ministrem Spraw Zagranicznych UE i Prezydentem UE, których nie wybrał absolutnie nikt. Wielu nie wie nawet o istnieniu takich stanowisk! Przywodzi to na myśl system stosowany w ZSRR - ale nie ma co się dziwić, kiedy większość Komisji Europejskiej stanowią zdeklarowani komuniści lub socjaliści. Jose Barosso działał w młodości jako prezes portugalskiego związku studenckiego maoistów. Dziś przewodniczącym Parlamentu Europejskiego jest skrajny socjalista, który bez skrupułów łamie prawo bezstronności przewodniczącego w debacie (nakazuje ona zejść z krzesła przewodniczącego i usiąść na sali, jeśli chce się uczestniczyć w dyskusji w sposób inny niż moderowanie dyskusji) - LINK do filmu z tej sytuacji.
Unię Europejską bez wątpienia można porównać do ZSRR. Nieliczne, aczkolwiek zauważalne różnice wynikają z tego, iż rozwinęły się mass media, zwiększył się stopień globalizacji, a kontynuatorzy rozwiązań sowieckich nie chcą powtórzyć błędów swoich protoplastów, zamiast wojska używając zagmatwanych ustaw i służb specjalnych. Skąd jednak "IV Rzesza"? Otóż prymat Niemiec i Francji połączony z wielką przyjaźnią i osobnymi rozmowami tychże dwóch krajów z Rosją, połączone układem z Deauville tworzącym oś Paryż-Belin-Moskwa, nasuwają jednoznaczne skojarzenia. Podczas, gdy kolonizowane są "zwykłe" kraje członkowskie, gospodarka niemiecka absorbuje wszystkie środki produkcji lub eliminuje konkurencję (vide polskie cukrownie czy stocznie). Zadłużanie kolejnych krajów prowadzi do ich "pokojowego" przejęcia, bez nadmiernych strat własnych. Istnieją także różne etapy integracji, tworzące w Europie tzw. rdzeń, ale też autonomie (takie jaką była Generalna Gubernia).
Aby pokazać hipokryzję i zbrodniczość Unii Europejskiej, załóżmy hipotetyczny scenariusz: na Białorusi poddawana jest pod referendum nowa konstytucja autorstwa obozu A. Łukaszenki. Zostaje odrzucona, więc A. Łukaszenka nakazuje powtarzanie referendum aż do skutku. Jak wyobrażacie sobie w tej sytuacji reakcję UE, która to za nic miała wyniki referendów we Francji, Holandii i Irlandii (a tej ostatniej kazała głosować do skutku)? Ja jestem pewien, że doszłoby do stosowania tzw. "podwójnych standardów".W końcu w przypadku Traktatów Konstytucyjnego i Traktatu Lizbońskiego, chodziło o "wyższe dobro".
Dzisiaj UE narzuca nam niezliczoną ilość nakazów, zakazów i regulacji, a polskie władze muszą je przyjmować czy tego chcą, czy nie. Nie jesteśmy więc państwem suwerennym, co potwierdzają ciągłe starania mass mediów i wykładowców na uczelniach wyższych, żeby wytworzyć pogląd, iż dzisiaj suwerenność nie jest możliwa. Na szczęście nie kto inny jak sami obywatele biorą sprawy w swoje ręce, kiedy miarka przebrała się przy próbie przepchnięcia ACTA, przy ciągłym stosowaniu metody kozła ofiarnego i rozpraszania odpowiedzialności.
I robi to facet, który reklamował się hasłem "Pełna Odpowiedzialność"...
Tagi:
Człowiek,
Geopolityka,
Gospodarka,
Media,
Polityka,
Polska,
Świat,
UE,
Wolność
26 stycznia 2012
Est ACTA fabula?
Mówi się, że to koniec walki Internautów o wolność słowa, bo ACTA jest już podpisane. Otóż nic bardziej mylnego. Jest jeszcze do prześledzenia głosowanie w PE (zobaczymy czy J. Kurski zastosuje się do naszej petycji) jak i głosowanie w Sejmie. To właśnie na posłów z naszego okręgu wywieramy nacisk takimi manifestacjami jak ta:
Relacja
PS. Jeśli teraz serwis telewizji "TVN" zamieści jakiś news z tytułem mojego wpisu (jak to uczyniło w przypadku poprzedniego) to zastanowię się nad prawami autorskimi.
Relacja
Dziękuję wszystkim przybyłym za odwagę i wytrzymałość (było mroźno!). Jest sens takich manifestacji, nie tylko z powodów wymienionych na początku, ale także dlatego, że ludzie widzą wtedy, że nie są sami w swojej walce. Inni widzą (i piszą potem do mnie), że żałują, iż nie stawili się i następnym razem na pewno przyjdą. Ludzie stają się coraz bardziej świadomi, coraz więcej szukają poza-reżimowych informacji. Jednoczą się, a wielu z nich wyszło z hasłami na ulicę po raz pierwszy, dzięki czemu nabrali obywatelskiej odwagi.
Jeszcze raz dziękuję ponad 350 osobom za przybycie i za dojrzałe zachowanie na pikiecie. Udało się nie eksponować przynależności partyjnej, gdyż nie chcemy zbijać kapitału politycznego na sprawie łączącej ludzi ponad podziałami ideologicznymi.
PS. Jeśli teraz serwis telewizji "TVN" zamieści jakiś news z tytułem mojego wpisu (jak to uczyniło w przypadku poprzedniego) to zastanowię się nad prawami autorskimi.
Tagi:
Człowiek,
Geopolityka,
Inicjatywa społeczna,
Media,
Polityka,
Polska,
Samorząd,
Siedlce,
Spotkania,
Świat,
UE,
Wolność,
Wybory
22 stycznia 2012
pACTA sunt servanda
Siedlce, środa 25 stycznia, godz. 18:00 pod Urzędem Miasta - Pikieta przeciwko ACTA. Zapraszam.
Każdemu informacje o ACTA wychodzą już bokiem, dlatego zamieszczę tutaj moje wnioski. Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej o ACTA samym w sobie, to sobie obejrzyj ten film:
Ale i tak na pewno już o tym słyszałeś/aś, bo wszędzie o tym trąbią, czasami nawet o dziwo w telewizji.
Polska i świat coraz częściej sięgają do zasobów internetowych zamiast do radia i telewizji. Internet to wolność słowa, gdyż każdy może zamieszczać tam dowolną treść i dzielić się nią ze znajomymi - tak, jak na tym blogu. Nie jest to możliwe z użyciem zwyczajnej telewizji, która tylko czasami w specjalnych programach dopuszcza telefony do studia i można powiedzieć kilka słów od siebie. Mówi się, że gdyby Goebbels miał telewizję, III Rzesza wygrałaby II Wojnę Światową. A co gdyby Goebbels miał w garści Internet? Dzisiejsze rządy mają już radio i telewizję (obłożyli je nawet politycznymi stanowiskami), ale kontrola nad informacją wymyka się im w miarę wzrostu popularności Internetu. Chcą więc przejąć na własność przepływ informacji, boją się niekontrolowanych przecieków, alternatywnych relacji, innych niż narzucane przez telewizję obserwacji, poglądów i wniosków. Usiłują więc na różne sposoby inwigilować i blokować niepokornych użytkowników Internetu, tak jak to miało miejsce w przypadku twórcy strony AntyKomor.pl Bezprawne działania wywoływały jednak wiele kontrowersji i oznaczały duże koszty. Dlatego ponad 30 państw skrycie zmówiło się, aby wprowadzić ustawy "antypirackie" o "szczytnym" celu, ale ukrytej roli.
To wywołało szereg akcji o dużym odzewie, włączając w to serwisy Google i Wikipedia. Podobne do ACTA ustawy PIPA i SOPA zostały tymczasowo zablokowane, ale możemy być pewni, że powrócą w innej formie, podobnie jak Konstytucja UE została przepchnięta pod nazwą Traktatu Lizbońskiego. W polskich miastach przemaszerują manifestacje przeciwko podpisaniu ACTA przez nasz rząd. Możliwe, że dojdzie do starć, gdyż części manifestacji może nie udać się zarejestrować z racji dnia świątecznego. Ataki na strony rządowe mogą okazać się prowokacją w celu zdyskredytowania internautów chcących wolności w sieci. Kim staniemy się w mediach? Cyber-terrorystami, czy bandytami internetowymi?
Jak na razie usłyszeliśmy od rzecznika rządu, że padnięcie stron rządowych to nie efekt ataków hakerskich, tylko wynik nadmiernej popularności tychże stron! Facet nie wie chyba, czym jest DDoS, który siłą rzeczy nabija licznik odwiedzin i transferu :-)
W każdym razie bardzo ciekawi mnie, co zobaczymy w mediach i czy meandry relacji i interpretacji nie zrobią z tego kolejnego tematu zastępczego np. do pomijania informacji o sytuacji na Węgrzech (Budapeszt: 500-tysięczna manifestacja poparcia rządu Wiktora Orbana) czy o kolejnym wzroście cen paliw (na dniach warszawski protest posiadaczy samochodów przeciwko wysokim cenom paliwa: 28 stycznia 2012r. godz. 12.00 Centrum Warszawy) aż do wytworzenia sytuacji, kiedy każdy będzie miał już dość słuchania o wolności w Internecie i rządy przepchną te obostrzenia inną drogą. Wtedy Internetu już nie będzie. Będzie za to sieć komputerowa stale nadzorowana przez dostawców internetowych zmuszanych do tego przez rząd, który nawet za nieumyślne złamanie niejasnych i skomplikowanych "praw autorskich" odłączy nas od Internetu i nałoży karę. Mam nadzieję, że perspektywa potulnego baranka poganianego kijem już nie tylko w pracy i urzędach, ale także we własnym domu, przemówi ludziom do rozsądku i zaczną się w końcu interesować tym, co się dzieje wokół nich.
Ja przynajmniej się interesuję, więc korzystając z wizyty europosła Jacka Kurskiego w Siedlcach, przekażę mu wydrukowaną petycję odnośnie głosowania w Europarlamencie nad ustawą ACTA.
Tagi:
Człowiek,
Geopolityka,
Inicjatywa społeczna,
Media,
Polityka,
Polska,
Świat,
Wolność
16 stycznia 2012
Produkcja taśmowa jednostek społecznych
Dla niektórych zaczął się czas ferii zimowych. Dziwnym trafem, każdego to cieszy! Dlaczego dzieci nie lubią chodzić do szkoły? Dlaczego dzieci, mimo naturalnej chęci uczenia się i poznawania świata, nie lubią się uczyć w szkole? Odpowiedź jest prostsza niż może się wydawać.
Każdy rozsądny człowiek widzi, do czego prowadzi państwowa edukacja. Nie będę się tu rozpisywał o wszystkich jej wadach, ani pobieżnie, ani analizując w kontekście historii wychowania i sztuki pedagogicznej lub chociażby względów ekonomicznych. Jest oczywiste, że system ten jest nieefektywny i nikt z niego nie jest zadowolony. Stanowi za to wyśmienitą okazję do wyciągania pieniędzy z podatków. Korzystają z tego wszelkie typy cwaniaczków, którzy serwują co roku nowe, obowiązkowe podręczniki, które kosztują fortunę. Albo, co jest nowością, cwaniaków-polityków, którzy najpierw obiecują laptopy w każdym gimnazjum, a dopiero po tym, jak już wydano pieniądze na kosztowne szkolenia nauczycieli w zakresie ich wykorzystywania, zaczynają zastanawiać się nad tym, jak te laptopy będą wykorzystywane, jak zabezpieczane etc. Wyszło na to, że koszty związane z przechowywaniem laptopów w szkole, ich naprawy, zapewnienie sieci bezprzewodowej (np. tam, gdzie mury szkolne są zbyt grube) - przeszły wyobraźnię tych oszustów i wycofano się z tego pomysłu. Pieniędzy jednak nikt nie zwróci.
Jan Kochanowski pisał:
Cieszy mię ten rym: Polak mądry po szkodzie.
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.
Jest to cytat aktualny również dziś, kiedy to nasze idealne szkolnictwo państwowe, któremu tak ochoczo powierzamy swoje dzieci, kupuje tzw. "tablice interaktywne" mające być technologicznym krokiem naprzód w nauczaniu dzieci. Bez wątpienia, technologicznie są krokiem naprzód. Ale są też pięcioma krokami wstecz w zakresie dydaktyki. Aby bowiem obsłużyć tablicę interaktywną, trzeba najpierw dosięgnąć do jej najwyższego punktu. Trzeba więc obniżyć jej położenie. A wtedy 1-2 osoby pracują, a reszta 30-osobowego pakietu klasowego marnuje czas.
Właśnie: liczba uczniów. Jest to drugi czynnik, przez który nasz kraj zginie. Co ma zrobić w pierwszej klasie osoba, która ma jeszcze zabronione pisanie i czytanie, bo klasa przerabia dopiero szlaczki? W państwowej edukacji występuje równanie w dół. Każdy jest obcinany "od linijki" do odgórnie zarządzonych standardów. Wszelka inicjatywa (np. przeprowadzenie szkolnych prawyborów dla zabawy, albo zorganizowanie szkolnej debaty na ważne tematy) spotyka się z, oczywiście niebezpośrednią, agresją, oraz napuszczaniem innych uczniów na jednostkę, która w jakiś sposób robi coś więcej niż reszta. Taką sytuację mamy w jednym z "najlepszych" siedleckich liceów! Kiedy na kartkówce z matematyki zaznaczyłem też kąty wklęsłe i wypukłe, moja ocena została obniżona do 4, z adnotacją "kątów wklęsłych i wypukłych jeszcze nie omawialiśmy!". Co to ma być, szkoła? Uczniom przedsiębiorczości daje się zadania, z których wynika, że regulacje Unii Europejskiej napędzają gospodarkę. To już lepiej wcale ich nie uczyć, niż łamać przysięgę Hipokratesa: Po pierwsze nie szkodzić!
Takie podejście wiąże się z zagrabieniem autorytetu przez bezosobową, państwową szkołę na wyłączność. Rodzice tracą autorytet i często to, czego nas nauczą, jest karane. To farsa, ale takie są fakty. Na dobitkę, rodzice sami traktują szkołę jako coś lepszego, niż oni sami. Kiedy są problemy z ocenami lub zachowaniem, mają pretensję do szkoły: bo szkoła ma nauczyć i wychować! Zapominają jednak o tym, że jest to rozwiązanie skrajnie nieefektywne i to wszystko było do przewidzenia. Sami pomagają państwu w jego operacji dezintegracji rodziny.
No dobra, ale taka osoba zapyta pewnie, kto będzie na tyle śmiały, żeby posłać dziecko do szkoły prywatnej, a co dopiero do takiej nad którą państwo nie sprawuje kontroli (takich jeszcze nie ma)? Już odpowiadam!
Z usług takich prywatnych szkół będą korzystać mądrzy ludzie, którzy nie pozwolą na to, żeby jakiś minister odgórnie decydował, czego się będą uczyć jego dzieci. Jak będzie chciał posłać do szkoły, w której np. nie uczy się religii albo mitozy i mejozy, to pośle do takiej szkoły. Poza tym jest również coś takiego jak konkurencja: szkoły będą rywalizowały o uczniów oferując coraz tańsze i bardziej efektywne zarazem nauczanie. Niestety, masa regulacji i zbędnych kryteriów blokuje wszelki postęp i hamuje uzyskiwanie wiedzy. Wiecie, że gdyby Harvard przenieść do Polski, byłby u nas nielegalny? Trzeba być niezłym debilem, żeby sądzić, że obecnie edukacja jest darmowa. I nie mówię tu tylko o podręcznikach, na które trzeba wydać masę kasy. Szkoły są finansowane ze skarbu państwa, ale skarb państwa nie jest zasilany z kosmosu! No dobra, może nie debilem, a człowiekiem bazującym wyłącznie na państwowej edukacji i telewizji. Bo debil jest winny samemu sobie. A tutaj mamy do czynienia z człowiekiem skrzywdzonym przez państwo, które niewoli dzieci marnując ich energię i potencjał. Kiedy szkoły były prywatne, każdy chciał do nich chodzić. Jak jest obecnie - każdy widzi.
Wiele argumentów już padło. Ja dodałem tylko to, co uważałem za coś nowego, wartego opisania. Niestety, jestem pewien, że w każdej szkole - oprócz standardowych wad państwowej edukacji - będzie można takich przykładów mnożyć na poziomie lokalnym. Natomiast każdy semestr będzie przynosił na poziomie ogólnokrajowym kolejny powód do likwidacji MEN. Martwi tylko fakt, że ludzie jakoś przyzwyczaili się do tego syfu i przetrawieni przez cały ten socjalizm czują się jak jedno z kółek zębatych w wielkiej maszynce, której zadaniem jest produkcja szarej masy pracującej na swoich panów i widzącej w tym jeszcze jakieś spełnienie czy sens życia. Kiedy ci ludzie wreszcie się obudzą? Wtedy, kiedy zabraknie pieniędzy na chleb? Wtedy może być już za późno! Mam nadzieję, że moje dzieci załapią się już na zdrowszy system. Ale ostrzegam - nie będę z nimi czekał!
Każdy rozsądny człowiek widzi, do czego prowadzi państwowa edukacja. Nie będę się tu rozpisywał o wszystkich jej wadach, ani pobieżnie, ani analizując w kontekście historii wychowania i sztuki pedagogicznej lub chociażby względów ekonomicznych. Jest oczywiste, że system ten jest nieefektywny i nikt z niego nie jest zadowolony. Stanowi za to wyśmienitą okazję do wyciągania pieniędzy z podatków. Korzystają z tego wszelkie typy cwaniaczków, którzy serwują co roku nowe, obowiązkowe podręczniki, które kosztują fortunę. Albo, co jest nowością, cwaniaków-polityków, którzy najpierw obiecują laptopy w każdym gimnazjum, a dopiero po tym, jak już wydano pieniądze na kosztowne szkolenia nauczycieli w zakresie ich wykorzystywania, zaczynają zastanawiać się nad tym, jak te laptopy będą wykorzystywane, jak zabezpieczane etc. Wyszło na to, że koszty związane z przechowywaniem laptopów w szkole, ich naprawy, zapewnienie sieci bezprzewodowej (np. tam, gdzie mury szkolne są zbyt grube) - przeszły wyobraźnię tych oszustów i wycofano się z tego pomysłu. Pieniędzy jednak nikt nie zwróci.
Jan Kochanowski pisał:
Cieszy mię ten rym: Polak mądry po szkodzie.
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.
Jest to cytat aktualny również dziś, kiedy to nasze idealne szkolnictwo państwowe, któremu tak ochoczo powierzamy swoje dzieci, kupuje tzw. "tablice interaktywne" mające być technologicznym krokiem naprzód w nauczaniu dzieci. Bez wątpienia, technologicznie są krokiem naprzód. Ale są też pięcioma krokami wstecz w zakresie dydaktyki. Aby bowiem obsłużyć tablicę interaktywną, trzeba najpierw dosięgnąć do jej najwyższego punktu. Trzeba więc obniżyć jej położenie. A wtedy 1-2 osoby pracują, a reszta 30-osobowego pakietu klasowego marnuje czas.
Właśnie: liczba uczniów. Jest to drugi czynnik, przez który nasz kraj zginie. Co ma zrobić w pierwszej klasie osoba, która ma jeszcze zabronione pisanie i czytanie, bo klasa przerabia dopiero szlaczki? W państwowej edukacji występuje równanie w dół. Każdy jest obcinany "od linijki" do odgórnie zarządzonych standardów. Wszelka inicjatywa (np. przeprowadzenie szkolnych prawyborów dla zabawy, albo zorganizowanie szkolnej debaty na ważne tematy) spotyka się z, oczywiście niebezpośrednią, agresją, oraz napuszczaniem innych uczniów na jednostkę, która w jakiś sposób robi coś więcej niż reszta. Taką sytuację mamy w jednym z "najlepszych" siedleckich liceów! Kiedy na kartkówce z matematyki zaznaczyłem też kąty wklęsłe i wypukłe, moja ocena została obniżona do 4, z adnotacją "kątów wklęsłych i wypukłych jeszcze nie omawialiśmy!". Co to ma być, szkoła? Uczniom przedsiębiorczości daje się zadania, z których wynika, że regulacje Unii Europejskiej napędzają gospodarkę. To już lepiej wcale ich nie uczyć, niż łamać przysięgę Hipokratesa: Po pierwsze nie szkodzić!
Takie podejście wiąże się z zagrabieniem autorytetu przez bezosobową, państwową szkołę na wyłączność. Rodzice tracą autorytet i często to, czego nas nauczą, jest karane. To farsa, ale takie są fakty. Na dobitkę, rodzice sami traktują szkołę jako coś lepszego, niż oni sami. Kiedy są problemy z ocenami lub zachowaniem, mają pretensję do szkoły: bo szkoła ma nauczyć i wychować! Zapominają jednak o tym, że jest to rozwiązanie skrajnie nieefektywne i to wszystko było do przewidzenia. Sami pomagają państwu w jego operacji dezintegracji rodziny.
No dobra, ale taka osoba zapyta pewnie, kto będzie na tyle śmiały, żeby posłać dziecko do szkoły prywatnej, a co dopiero do takiej nad którą państwo nie sprawuje kontroli (takich jeszcze nie ma)? Już odpowiadam!
Z usług takich prywatnych szkół będą korzystać mądrzy ludzie, którzy nie pozwolą na to, żeby jakiś minister odgórnie decydował, czego się będą uczyć jego dzieci. Jak będzie chciał posłać do szkoły, w której np. nie uczy się religii albo mitozy i mejozy, to pośle do takiej szkoły. Poza tym jest również coś takiego jak konkurencja: szkoły będą rywalizowały o uczniów oferując coraz tańsze i bardziej efektywne zarazem nauczanie. Niestety, masa regulacji i zbędnych kryteriów blokuje wszelki postęp i hamuje uzyskiwanie wiedzy. Wiecie, że gdyby Harvard przenieść do Polski, byłby u nas nielegalny? Trzeba być niezłym debilem, żeby sądzić, że obecnie edukacja jest darmowa. I nie mówię tu tylko o podręcznikach, na które trzeba wydać masę kasy. Szkoły są finansowane ze skarbu państwa, ale skarb państwa nie jest zasilany z kosmosu! No dobra, może nie debilem, a człowiekiem bazującym wyłącznie na państwowej edukacji i telewizji. Bo debil jest winny samemu sobie. A tutaj mamy do czynienia z człowiekiem skrzywdzonym przez państwo, które niewoli dzieci marnując ich energię i potencjał. Kiedy szkoły były prywatne, każdy chciał do nich chodzić. Jak jest obecnie - każdy widzi.
Wiele argumentów już padło. Ja dodałem tylko to, co uważałem za coś nowego, wartego opisania. Niestety, jestem pewien, że w każdej szkole - oprócz standardowych wad państwowej edukacji - będzie można takich przykładów mnożyć na poziomie lokalnym. Natomiast każdy semestr będzie przynosił na poziomie ogólnokrajowym kolejny powód do likwidacji MEN. Martwi tylko fakt, że ludzie jakoś przyzwyczaili się do tego syfu i przetrawieni przez cały ten socjalizm czują się jak jedno z kółek zębatych w wielkiej maszynce, której zadaniem jest produkcja szarej masy pracującej na swoich panów i widzącej w tym jeszcze jakieś spełnienie czy sens życia. Kiedy ci ludzie wreszcie się obudzą? Wtedy, kiedy zabraknie pieniędzy na chleb? Wtedy może być już za późno! Mam nadzieję, że moje dzieci załapią się już na zdrowszy system. Ale ostrzegam - nie będę z nimi czekał!
Tagi:
Człowiek,
Gospodarka,
Polityka,
Polska,
Wolność
27 listopada 2011
Kara śmierci - c.d.; Pobór do wojska + filmik
W związku z żywą dyskusją, jaka została wywołana moim poprzednim wpisem, muszę pogłębić temat kary śmierci. Wyszedł mi dość długi tekst, ale chyba warto przeczytać.
Kiedyś rzeczywiście uważałem, że zamiast kary śmierci powinno się stosować roboty przymusowe o zróżnicowanej długości - w przypadku tych szczególnie okrutnych, praca aż do śmierci. W ten sposób nie dość, że taki więzień utrzyma się "sam", to jeszcze nadwyżkę będzie się przeznaczało na wypłatę dodatkowych odszkodowań na rzecz rodzin osoby zamordowanej. Nikt mi takiego rozwiązania nie przedstawiał wcześniej, byłem z niego dumny. Jednak w miarę upływu czasu pojawiły się dodatkowe przemyślenia - i to właśnie w ich efekcie zmieniłem swój (nadal ambiwalentny!) stosunek do kary śmierci. Z jednej strony kara śmierci dla morderców jest dla mnie czymś skrajnie ostatecznym, ale koniecznym. Nie da się przecież wykalkulować ceny czy wartości życia ludzkiego. Ale, skoro decydujemy się na więzienie przestępcy w celi, to czy da się wykalkulować jego wolność, zdrowie, czas?
Pilnowanie więźnia niebezpiecznego stwarza nie tylko ogromne koszty, ale również niebywale wielkie zagrożenie dla samych pilnujących. Taki więzień nie ma przecież nic do stracenia - woli zostać zabity podczas próby ucieczki czy napaści na funkcjonariusza, niż tkwić w więzieniu i całe życie harować. Może być odbity przez swoich kolegów. Koledzy mogą porwać niewinnych zakładników żądając zwolnienia swojego ziomka. Między innymi dlatego Osama bin Laden (przynajmniej oficjalnie) został zabity i wrzucony do wody w nieokreślonym miejscu - żeby nikt nie chciał go wykupić życiem innych ludzi, żeby nie było takiego miejsca dla Al-Kaidy, jakim jest grób Rudolfa Hessa dla nazistów. W końcu, więzień może zachorować i w szpitalu wyrządzić krzywdę lekarzowi. Konwój i obstawa to wielki koszt i przede wszystkim dalsze i większe ryzyko dla niewinnych ludzi - pół biedy, jeśli chodzi o wycieczkę do gabinetu dentystycznego, ale co dopiero jeśli chodzi o wielomiesięczne leczenie w szpitalu.
A skoro taki więzień ma harować całe życie, to co jeśli nie będzie już zdolny do pracy? Państwo - czyli my - mamy go utrzymywać? Czy rodziny ofiar mają go utrzymywać razem z nami? Co gorsza - co jeśli po prostu nie zechce pracować? Zmusimy go do nieefektywnej i pełnej aktów sabotażu pracy? Kiedyś myśląc o tej opcji pomyślałem - po prostu nie damy mu jeść, albo damy tylko chleb i wodę oraz ciemną celę 2x2 metry. Ale czy to nie jest bardziej "okrutne i zezwierzęcone" od kary śmierci?
* * *
Zastanawia mnie zapalczywość, z jaką niektórzy "konserwatyści", którzy całkiem słusznie uważają, że tylko Bóg jest panem życia i śmierci, z jednej strony stanowczo bronią prawa do życia (słusznego!) osób jeszcze nienarodzonych, ostro sprzeciwiają się karze śmierci, a z drugiej strony popierają powszechny pobór do wojska. Pobór jest przecież formą podatku - i to skrajnie dokuczliwego, gdyż jest niewolnictwem i jednocześnie loterią między życiem a śmiercią. Większość amerykańskich ofiar rzezi w Wietnamie pochodziło z poboru, a przy tym większość z nich nie oddała ani jednego strzału. Jest to więc nie tylko pogwałcenie wolności osobistej człowieka, ale również marnotrawienie środków i energii pozostałych ludzi utrzymujących wyszkolenie i wysłanie takiego "żołnierza", oraz np. psychologów, którzy skłaniają takiego "żołnierza" do zabijania innych ludzi. Mamy więc grupkę rządzących, która wypowiada wojnę za innych ludzi i wysyła tychże ludzi, żeby za nich walczyli. Zazwyczaj wbrew ich woli, zazwyczaj na wojny potrzebne i opłacalne wyłącznie z punktu widzenia bankowców i konsorcjów zbrojeniowych. Czy oni także "bawią się w bogów"? Bez wątpienia tak, przez co popełniają zbrodnię nie tylko na wolności, własności i sprawiedliwości, ale także na życiu, zdrowiu i psychice ludzi, którzy w metryczkę mają wpisany niefortunny rok urodzenia.
Czy można więc powiedzieć, że taka Platforma Obywatelska bardzo słusznie zniosła przymusowy pobór do wojska? Cóż, ja myślę (może trochę złośliwie), że na pewno chcieli zaoszczędzić na osłabieniu naszego kraju (choć przez pomyłkę ;) zamiast osłabić - wzmocnili Polskę). Jednak jakość i powszechność sprzętu wojskowego, oraz żołd, stoją na niskim poziomie. Myślę, że tak samo jest z planami obronnymi, skoro nie potrafiono ułożyć sensownych planów anty-powodziowych. Naszym głównym mankamentem jest poleganie na NATO, które de facto nie zakłada, że pomoże nam w przypadku ataku (piąty artykuł waszyngtoński). W połączeniu ze stanem, w którym uczciwy obywatel ma utrudniony dostęp do broni - nasza obronność jest w stanie opłakanym. Żołnierze wolą służyć w Bundeswehrze, gdzie lepiej płacą, my sami natomiast nie jesteśmy w stanie zapewnić militarnej ochrony naszym miastom - a jeszcze wysyłamy żołnierzy do akcji okupacyjnych.
Wyższość służby ochotniczej nad poborem to materiał na książkę, dlatego pozostanę przy kwestii "bawienia się w bogów". Bez wątpienia można powiedzieć, że samobójcy usiłują przejąć władzę nad swoim życiem z rąk Boga do rąk własnych - i je zniszczyć. Ale co mamy powiedzieć o mordercach? Oni nie dość, że "bawią się w bogów", to jeszcze niszczą nie swoje, ale czyjeś - często niewinne - życie! Kto tutaj bawi się w Boga - zwolennicy kary śmierci, czy mordercy?
Jak brzmi piąte przykazanie? "Nie zabijaj" czy "Nie morduj"? Szukając odpowiedzi na te pytanie, warto postudiować teologię i porozmawiać z dowolnym księdzem, który miał styczność z kwestiami historii Kościoła. Razi mnie fakt, jak wielu katolików dało sobie sztucznie przebudować niektóre pojęcia (w mediach "radykalizm, fundamentalizm"... brak rozróżnienia między zabójstwem a morderstwem itd.) albo też dali sobie wpoić poczucie winy np. za Inkwizycję czy kolonizację - tymczasem powinniśmy być za to chwaleni, wystarczy przebadać te sprawy i zauważyć jasne, choć nie nagłaśniane fakty.
* * *
Nie mogę się również zgodzić z określeniem, że skoro popieram karę śmierci, nie mogę nazywać się katolikiem i niech sobie założę własną religię, skoro bawię się w Boga, bo dla każdego, nawet najgorszego przestępcy, jest szansa na nawrócenie. Tymczasem kara śmierci w katolicyzmie ma charakter egzekutywy, a nie kary na przyszłość. Ale jest też skutecznym "straszakiem", który ochroni życie innych osób, które mogłyby stać się ofiarami mordercy. Ich życie też jest ważne. Morderca ma owszem godność swojej Persony, ale taką samą godność mają też potencjalne ofiary tegoż mordercy. Co prawda, jeden nawrócony jest cenniejszy niż 99 sprawiedliwych, ale jeśli porównamy, ilu jest nawróconych, a ilu pomordowanych, to mamy tutaj już zupełnie inny kontekst, gdyż nie jest powiedziane, że jeden nawrócony jest cenniejszy niż utrata 99 sprawiedliwych.
Mogę przygotować oficjalne oświadczenie, że jestem gorącym zwolennikiem wprowadzenia w Polsce kary śmierci dla morderców i przedstawić je dyrektorowi Instytutu Teologicznego w Siedlcach. Jak myślicie, wyrzucą mnie? :) Wielu księży gorąco popiera karę śmierci - oni też nie są katolikami?
A co do "możliwości nawrócenia" - co się robi ze zdrajcą w wojsku? Stawia przed sądem wojennym i rozstrzeliwuje, czy przebacza i liczy się na jego nawrócenie, przy okazji grzebiąc kolejnych zabitych w wyniku zdrady własnych żołnierzy?
Owszem, katolik powinien przebaczać, ale odpowiada tylko za SIEBIE, nie za INNYCH. Dlatego nie mogę przebaczyć mordercy w czyimś imieniu!
W ten mój wywód niejako wpisuje się jakże niekatolicki Wojciech Cejrowski, który przedstawia sposób niemal maksymalnie sprawiedliwy (choć zapomniał dodać, że zwolennicy kary śmierci powinni także sami utrzymywać tych wszystkich biurokratów, którzy odpowiadają za tę rubryczkę w dowodzie osobistym; zapomniał też o sytuacji, gdzie osoba nie ma dowodu; ojciec dziecka jest za, a matka przeciwko karze śmierci; albo kiedy dziecko nie ma rodziców).
Kara śmierci (inaczej: kara główna) jest rozwiązaniem, które stosuje się w ostateczności i w przypadku, w którym nie ma najmniejszej wątpliwości, że popełniono morderstwo (rozróżniane od zabójstwa). Ja i inni zwolennicy kary śmierci z chęcią uniknęliby konieczności jej stosowania, tak samo jak chcielibyśmy uniknąć konieczności zabijania żołnierzy atakujących nasz kraj - stąd też różne pomysły, np. ten, o którym pisałem na końcu poprzedniej notki. Jednak dopóki kara śmierci będzie najlepszym środkiem do zagwarantowania, że ilość ocalonych dzięki jej funkcjonowaniu wielokrotnie będzie przewyższać ilość skazanych na nią, dopóty będę jej zwolennikiem.
Będę więc też zbierał podpisy pod propozycją ustawy o przywróceniu kary śmierci dla morderców, jeśli pojawi się taka inicjatywa. Czekam na nią niecierpliwie, mimo, że wprowadzenia kary śmierci zabrania nam nasza "stolica" - Bruksela - spełniającą dziś dla nas taką samą rolę, jaką niegdyś pełniła dla nas Moskwa.
Kiedyś rzeczywiście uważałem, że zamiast kary śmierci powinno się stosować roboty przymusowe o zróżnicowanej długości - w przypadku tych szczególnie okrutnych, praca aż do śmierci. W ten sposób nie dość, że taki więzień utrzyma się "sam", to jeszcze nadwyżkę będzie się przeznaczało na wypłatę dodatkowych odszkodowań na rzecz rodzin osoby zamordowanej. Nikt mi takiego rozwiązania nie przedstawiał wcześniej, byłem z niego dumny. Jednak w miarę upływu czasu pojawiły się dodatkowe przemyślenia - i to właśnie w ich efekcie zmieniłem swój (nadal ambiwalentny!) stosunek do kary śmierci. Z jednej strony kara śmierci dla morderców jest dla mnie czymś skrajnie ostatecznym, ale koniecznym. Nie da się przecież wykalkulować ceny czy wartości życia ludzkiego. Ale, skoro decydujemy się na więzienie przestępcy w celi, to czy da się wykalkulować jego wolność, zdrowie, czas?
Pilnowanie więźnia niebezpiecznego stwarza nie tylko ogromne koszty, ale również niebywale wielkie zagrożenie dla samych pilnujących. Taki więzień nie ma przecież nic do stracenia - woli zostać zabity podczas próby ucieczki czy napaści na funkcjonariusza, niż tkwić w więzieniu i całe życie harować. Może być odbity przez swoich kolegów. Koledzy mogą porwać niewinnych zakładników żądając zwolnienia swojego ziomka. Między innymi dlatego Osama bin Laden (przynajmniej oficjalnie) został zabity i wrzucony do wody w nieokreślonym miejscu - żeby nikt nie chciał go wykupić życiem innych ludzi, żeby nie było takiego miejsca dla Al-Kaidy, jakim jest grób Rudolfa Hessa dla nazistów. W końcu, więzień może zachorować i w szpitalu wyrządzić krzywdę lekarzowi. Konwój i obstawa to wielki koszt i przede wszystkim dalsze i większe ryzyko dla niewinnych ludzi - pół biedy, jeśli chodzi o wycieczkę do gabinetu dentystycznego, ale co dopiero jeśli chodzi o wielomiesięczne leczenie w szpitalu.
A skoro taki więzień ma harować całe życie, to co jeśli nie będzie już zdolny do pracy? Państwo - czyli my - mamy go utrzymywać? Czy rodziny ofiar mają go utrzymywać razem z nami? Co gorsza - co jeśli po prostu nie zechce pracować? Zmusimy go do nieefektywnej i pełnej aktów sabotażu pracy? Kiedyś myśląc o tej opcji pomyślałem - po prostu nie damy mu jeść, albo damy tylko chleb i wodę oraz ciemną celę 2x2 metry. Ale czy to nie jest bardziej "okrutne i zezwierzęcone" od kary śmierci?
* * *
Zastanawia mnie zapalczywość, z jaką niektórzy "konserwatyści", którzy całkiem słusznie uważają, że tylko Bóg jest panem życia i śmierci, z jednej strony stanowczo bronią prawa do życia (słusznego!) osób jeszcze nienarodzonych, ostro sprzeciwiają się karze śmierci, a z drugiej strony popierają powszechny pobór do wojska. Pobór jest przecież formą podatku - i to skrajnie dokuczliwego, gdyż jest niewolnictwem i jednocześnie loterią między życiem a śmiercią. Większość amerykańskich ofiar rzezi w Wietnamie pochodziło z poboru, a przy tym większość z nich nie oddała ani jednego strzału. Jest to więc nie tylko pogwałcenie wolności osobistej człowieka, ale również marnotrawienie środków i energii pozostałych ludzi utrzymujących wyszkolenie i wysłanie takiego "żołnierza", oraz np. psychologów, którzy skłaniają takiego "żołnierza" do zabijania innych ludzi. Mamy więc grupkę rządzących, która wypowiada wojnę za innych ludzi i wysyła tychże ludzi, żeby za nich walczyli. Zazwyczaj wbrew ich woli, zazwyczaj na wojny potrzebne i opłacalne wyłącznie z punktu widzenia bankowców i konsorcjów zbrojeniowych. Czy oni także "bawią się w bogów"? Bez wątpienia tak, przez co popełniają zbrodnię nie tylko na wolności, własności i sprawiedliwości, ale także na życiu, zdrowiu i psychice ludzi, którzy w metryczkę mają wpisany niefortunny rok urodzenia.
Czy można więc powiedzieć, że taka Platforma Obywatelska bardzo słusznie zniosła przymusowy pobór do wojska? Cóż, ja myślę (może trochę złośliwie), że na pewno chcieli zaoszczędzić na osłabieniu naszego kraju (choć przez pomyłkę ;) zamiast osłabić - wzmocnili Polskę). Jednak jakość i powszechność sprzętu wojskowego, oraz żołd, stoją na niskim poziomie. Myślę, że tak samo jest z planami obronnymi, skoro nie potrafiono ułożyć sensownych planów anty-powodziowych. Naszym głównym mankamentem jest poleganie na NATO, które de facto nie zakłada, że pomoże nam w przypadku ataku (piąty artykuł waszyngtoński). W połączeniu ze stanem, w którym uczciwy obywatel ma utrudniony dostęp do broni - nasza obronność jest w stanie opłakanym. Żołnierze wolą służyć w Bundeswehrze, gdzie lepiej płacą, my sami natomiast nie jesteśmy w stanie zapewnić militarnej ochrony naszym miastom - a jeszcze wysyłamy żołnierzy do akcji okupacyjnych.
Wyższość służby ochotniczej nad poborem to materiał na książkę, dlatego pozostanę przy kwestii "bawienia się w bogów". Bez wątpienia można powiedzieć, że samobójcy usiłują przejąć władzę nad swoim życiem z rąk Boga do rąk własnych - i je zniszczyć. Ale co mamy powiedzieć o mordercach? Oni nie dość, że "bawią się w bogów", to jeszcze niszczą nie swoje, ale czyjeś - często niewinne - życie! Kto tutaj bawi się w Boga - zwolennicy kary śmierci, czy mordercy?
Jak brzmi piąte przykazanie? "Nie zabijaj" czy "Nie morduj"? Szukając odpowiedzi na te pytanie, warto postudiować teologię i porozmawiać z dowolnym księdzem, który miał styczność z kwestiami historii Kościoła. Razi mnie fakt, jak wielu katolików dało sobie sztucznie przebudować niektóre pojęcia (w mediach "radykalizm, fundamentalizm"... brak rozróżnienia między zabójstwem a morderstwem itd.) albo też dali sobie wpoić poczucie winy np. za Inkwizycję czy kolonizację - tymczasem powinniśmy być za to chwaleni, wystarczy przebadać te sprawy i zauważyć jasne, choć nie nagłaśniane fakty.
* * *
Nie mogę się również zgodzić z określeniem, że skoro popieram karę śmierci, nie mogę nazywać się katolikiem i niech sobie założę własną religię, skoro bawię się w Boga, bo dla każdego, nawet najgorszego przestępcy, jest szansa na nawrócenie. Tymczasem kara śmierci w katolicyzmie ma charakter egzekutywy, a nie kary na przyszłość. Ale jest też skutecznym "straszakiem", który ochroni życie innych osób, które mogłyby stać się ofiarami mordercy. Ich życie też jest ważne. Morderca ma owszem godność swojej Persony, ale taką samą godność mają też potencjalne ofiary tegoż mordercy. Co prawda, jeden nawrócony jest cenniejszy niż 99 sprawiedliwych, ale jeśli porównamy, ilu jest nawróconych, a ilu pomordowanych, to mamy tutaj już zupełnie inny kontekst, gdyż nie jest powiedziane, że jeden nawrócony jest cenniejszy niż utrata 99 sprawiedliwych.
Mogę przygotować oficjalne oświadczenie, że jestem gorącym zwolennikiem wprowadzenia w Polsce kary śmierci dla morderców i przedstawić je dyrektorowi Instytutu Teologicznego w Siedlcach. Jak myślicie, wyrzucą mnie? :) Wielu księży gorąco popiera karę śmierci - oni też nie są katolikami?
A co do "możliwości nawrócenia" - co się robi ze zdrajcą w wojsku? Stawia przed sądem wojennym i rozstrzeliwuje, czy przebacza i liczy się na jego nawrócenie, przy okazji grzebiąc kolejnych zabitych w wyniku zdrady własnych żołnierzy?
Owszem, katolik powinien przebaczać, ale odpowiada tylko za SIEBIE, nie za INNYCH. Dlatego nie mogę przebaczyć mordercy w czyimś imieniu!
W ten mój wywód niejako wpisuje się jakże niekatolicki Wojciech Cejrowski, który przedstawia sposób niemal maksymalnie sprawiedliwy (choć zapomniał dodać, że zwolennicy kary śmierci powinni także sami utrzymywać tych wszystkich biurokratów, którzy odpowiadają za tę rubryczkę w dowodzie osobistym; zapomniał też o sytuacji, gdzie osoba nie ma dowodu; ojciec dziecka jest za, a matka przeciwko karze śmierci; albo kiedy dziecko nie ma rodziców).
Kara śmierci (inaczej: kara główna) jest rozwiązaniem, które stosuje się w ostateczności i w przypadku, w którym nie ma najmniejszej wątpliwości, że popełniono morderstwo (rozróżniane od zabójstwa). Ja i inni zwolennicy kary śmierci z chęcią uniknęliby konieczności jej stosowania, tak samo jak chcielibyśmy uniknąć konieczności zabijania żołnierzy atakujących nasz kraj - stąd też różne pomysły, np. ten, o którym pisałem na końcu poprzedniej notki. Jednak dopóki kara śmierci będzie najlepszym środkiem do zagwarantowania, że ilość ocalonych dzięki jej funkcjonowaniu wielokrotnie będzie przewyższać ilość skazanych na nią, dopóty będę jej zwolennikiem.
Będę więc też zbierał podpisy pod propozycją ustawy o przywróceniu kary śmierci dla morderców, jeśli pojawi się taka inicjatywa. Czekam na nią niecierpliwie, mimo, że wprowadzenia kary śmierci zabrania nam nasza "stolica" - Bruksela - spełniającą dziś dla nas taką samą rolę, jaką niegdyś pełniła dla nas Moskwa.
Tagi:
Człowiek,
Filozofia,
Gospodarka,
Inicjatywa społeczna,
Media,
Polityka,
Polska,
Religia,
Świat,
UE,
Wojsko,
Wolność,
Zdrowie
Subskrybuj:
Posty (Atom)