29 kwietnia 2011

Święta, święta... i znów święta?

Na wstępie, co by trochę rozluźnić mojego bloga złożonego głównie ze ścian tekstu, zamieszczam okładkę płyty wydanej niedawno przez zespół, który znany jest z dobrego bitu, PIT-u i bajeru. Hej, hej, bawmy się. Hej, hej, radujmy się, świętujmy bez końca, bo przecież dobrze jest...






Ja się ich już nasłuchałem i wolę rozkoszować się wspaniałą pogodą (stąd też tak długo nic nowego nie pisałem), tym bardziej, że dr Krzysztof Rybiński określił ich twórczość jako PR-owski playback. W międzyczasie wpadły mi w łapska propagandowe broszurki Stowarzyszenia Muzułmańskiego Ahmadiyya, o których być może napiszę w następnym wpisie. Tymczasem zapomniałem, iż miałem zamieścić tutaj przepis na miodowy napój energetyczny. Bez obawy, bo nie ma nic prostszego:

Bierzemy łyżeczkę lub dwie prawdziwego miodu, najlepiej lipowego (może być skrystalizowany) i wkładamy do szklanki, zalewając następnie zimną wodą (ja używam siedleckiej kranówki, bo jest lepsza nawet niż butelkowana) i mieszając z cytryną, którą można wygrzebać łyżeczką lub po prostu wycisnąć sok (wolę pierwszy wariant). Na razie mamy coś w stylu miodowej lemoniady, jednak właściwości energetyzujące wyzwalają się dopiero po długim "przegryzaniu się" tego wszystkiego, dlatego przygotowując napój przed snem, pijemy go bezpośrednio po obudzeniu się (elegancko, jeśli nie musimy wtedy nawet wstawać). Czuje się wtedy niezłego kopa, trzeba to przyznać, chociaż nie jest to może magiczny napój, który zwykł przygotowywać Panoramix... Pewny jest jednak fakt, iż napój taki korzystnie wpływa na serce i poprawia apetyt (niektórzy nie mogą rano zjeść śniadania przez taki brak apetytu) w jakiś dziwny sposób łagodząc jednocześnie głód.


* * *
Przejdźmy teraz do tematu bardziej na czasie. Jedne święta skończyły się, natomiast wykładowcy ponownie życzą nam wesołych świąt... Zastanawiam się, co to za święta - jedno jest na pewno, to święto Konstytucji 3 Maja. Olśnienie przyszło wtedy, kiedy inny wykładowca całkiem serio życzył nam pięknej pogody na pochód pierwszomajowy. Nie chciałem już odzywać się, że teraz jedyny pochód zorganizowany będzie przez działacza prawicowego, lewica natomiast przerzuciła się na wiece, na których liczy na obecność kogoś więcej, niż podstarzałych komuchów. Ciekawe, jak to wszystko wyjdzie w konfrontacji z uroczystością beatyfikacji Jana Pawła II. Ale wróćmy do tematu...

Teraz będzie jedna z tych niesamowitych-pewnie-zmyślonych historii. W czasach PRL wiele osób, w tym mój dziadek, na kilka możliwych sposobów przeciwstawiało się systemowi i funkcjonariuszom Urzędu Bezpieczeństwa. Potajemne słuchanie Radia Wolna Europa, pielęgnowanie tradycji i pozostałości II RP, czy chociażby śpiewanie "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie". To oczywiście bierny opór, nie zmieniający nic. Była oczywiście prowadzona również działalność mająca wnieść coś nowego, podjąć jakieś znaczące działanie (np. w ramach "Solidarności"). Historyjka ta będzie jednak poruszała opór bierny, mianowicie ten dotyczący wywieszania flagi państwowej na balkonie.

1-go maja, w robotnicze święto pracy, mój blok był pod szczególną obserwacją. Ulica Feliksa Dzierżyńskiego musiała przecież być tego dnia udekorowana flagami w każdym możliwym miejscu, by pokazać jedność proletariatu. Kilku flag jednak brakowało, więc odpowiedni funkcjonariusze weszli do środka. W końcu odwiedzili również mojego dziadka: "Witam, obywatelu, nie macie w domu flagi państwowej? Dzisiaj ważne święto, trzeba wywiesić". Dziadek podrapał się po głowie mówiąc, że przez całą podniosłość tego wspaniałego dnia zapomniał ją wywiesić. Wespół-w-zespół wywiesili i teraz było, jak należy. Kiedy jednak dzielni funkcjonariusze zeszli z trzeciego piętra i popatrzyli na budynek, flagi już nie było...

Gorsza sytuacja nastąpiła 3-go maja. Wtedy to mój dziadek "zapomniał", tym razem zdjąć, flagę, w czym pomogli mu życzliwi UB-ecy. Kiedy zeszli na dół, flaga w jakiś magiczny sposób pojawiła się z powrotem wywieszona... Stąd też w późniejszym czasie w neutralnym punkcie, 2 maja ustanowiono Dniem Flagi. Niweluje on po części "wojnę" na wywieszanie flag w określone dni. Można więc wywieszać na 3 dni pod rząd, chociaż ja czegoś takiego nie zrobię, co najwyżej na 2 dni.

Nie obchodzę Święta Pracy. Nie szkodzi, że jest świętem państwowym (Dzień Pracownika Socjalnego też jest, a wątpię, żeby któryś Czytelnik o nim w ogóle słyszał). Nie będę świętował czegoś, przeciw czemu przeciwstawiali się Polacy w imię walki o suwerenność państwa. Zaprzepaściłbym starania wszystkich tamtych ludzi świętując to, co chciała narzucić światu czerwona II Międzynarodówka z Leninem na czele. Ba, nie tylko ona chciała to narzucić.

W młodości miałem wątpliwą przyjemność uczęszczania do szkoły, w której jeszcze w 1997r. biały orzeł nie miał korony, a na wf-ie chodziliśmy w kółko śpiewając jaki to "dzień radosny, Święto Pracy!", "poprzez wioski, poprzez miasta płynie pieśń przez cały kraj, niech nam żyje Święto Pracy, niech nam żyje pierwszy maj!". Tak, słowa i melodię pamiętam do dziś - w końcu w dzieciństwie umysł człowieka jest najbardziej chłonny i podatny na wszelką indoktrynację... Jak łatwo się domyśleć, nie wytrzymałem tam długo, głównie z racji ciekawych praktyk stosowanych przez nauczycieli. Jak będzie okazja, to napiszę kiedyś, za jaki wierszyk dostałem "dwóję na całą kratę" (choć mentalnie była to szóstka).

Nie życzę więc tak jak inni wesołych świąt. Życzę udanego święta Konstytucji 3 Maja.

15 kwietnia 2011

Pismak sabotażysta

Ostatni wpis wywołał skrajne emocje. Poniekąd słusznie, bo raz, że oczywiście nie mam wiedzy medycznej, tylko opisałem jak było (ale skoro tak było, to wiedzy tej nie mieli raczej ci, o których opowiadałem). Moim dużym błędem był język poniekąd generalizujący, powinienem podkreślić, że przecież nie każdy lekarz taki jest - tylko pojedyncze przypadki, które jednak szkodzą wizerunkowi całej służby zdrowia (hmm, a mimo tego, że ewidentnie szkodzą temu środowisko, te same środowisko ich broniło!). Rozumiem więc wszelkie komentarze, że było to subiektywne i emocjonalne - bo takie właśnie było, co tu się dziwić, przecież to dotknęło moich najbliższych (to jeszcze gorzej, niżby miało dotknąć mnie samego).

Nie rozumiem jednak komentarzy, z których czuć jad nawet przez fale radiowe, które zapewniają mi dostęp do Internetu. Stwierdzenia, że na pewno jest to stek bzdur (bo tak) były poniżej wszelkiego poziomu krytyki. Na szczęście nie zabrakło też komentarzy wyważonych, nie zakładających wszystkiego z góry i nie demonizujących mnie samego (używane argumentum ad personam często przekraczało moje najśmielsze i najbardziej wybujałe wyobrażenia). Dużo wartościowych, coś wnoszących komentarzy pojawiło się tutaj: KLIK

Przy okazji, stałem się PiSiorem, kaczystą, podnóżkiem Ziobry, który ma interes w tym, że "gada na lekarzy". Jasne, że mam interes - w pisaniu o błędach i dyskutowaniu o nich, po pierwsze, aby dowiedzieć się o nich więcej (w końcu bardzo mnie to interesuje, przy okazji komentarze krytykujące mnie, tak naprawdę jeszcze bardziej skrytykowały danych lekarzy). Dowiedziałem się też, że skoro wychodzę z domu tylko po to, żeby zagłosować na Jarosława (a jak!) PiS (nota bene, socjaliści) chce prywatyzacji szpitali - ha! Czego to się można w Internecie dowiedzieć :) Po prostu zauważyłem, że jak ktoś nie zgadza się ze zdaniem ogólnie pojętej, ekhm, większości, od razu staje się kaczystowskim oszołomem, którego trzeba zgnoić i wyśmiać (jego samego, nie jego pogląd na daną sprawę!).

Dlaczego piszę teraz o tym wszystkim? Jest to po prostu pewnego rodzaju sprostowanie. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie mi się udawało pisać tak, abym nie musiał potem tego prostować ;) To w dużej mierze zależy również od poważnego potraktowania tekstu przez Czytelnika.


Nie chcę dolewać oliwy do ognia, ale chciałbym opisać jeszcze jedną sytuację związaną z poziomem badań przeprowadzanych przez niektórych lekarzy. Pewna osoba w pewnym szpitalu (bo jak powiem, że np. moja siostra w Szpitalu Wojewódzkim w Siedlcach - to będzie, że zmyślam i obrażam konkretny szpital) musiała zbadać podejrzane zgrubienie na nadgarstku. Ach, oczywiście nie wiem, co to za zgrubienie, ja tylko relacjonuję. Byłem na miejscu, pora dość późna i jako dzieciak spędziłem cały czas na poczekalni. Pytałem jednak mamy, co się dzieje - uprzedzam więc przed możliwym efektem "głuchego telefonu" i tłumaczeniu dziecku w słowach dość kolokwialnych. Pokrótce: sprawa wzbudziła zaciekawienie, szybko zrobiono prześwietlenie, z którego wywnioskowano, że siostra ma za dużo chrząstek. Następnie ktoś bardziej ogarnięty zauważył, że dzieci mają przecież więcej chrząstek, które po osiągnięciu (chyba) 7 lat po prostu odpowiednio zrastają się. Dyżur doszedł do wniosku, że trzeba by to było jakoś zoperować. Dano czas do namysłu, w międzyczasie moja mama (jak to kobieta) usłyszała plotki (być może prawdziwe - nie wiem), iż pewnemu chłopcu operowano palec pod narkozą i niestety z narkozy się już nie wybudził. Obawy były wielkie, toteż wzrosły poszukiwania alternatywnego rozwiązania sprawy. W dość znanej, poleconej klinice (nie powiem, że prywatnej, bo będzie, że propaganda) zdarzyło się coś, co stało się później przedmiotem jeszcze większych plotek: otóż nie cały sztab, ale jedna osoba dość szybko zorientowała się, że jakieś "torebki" zlepiły się wewnątrz nadgarstka. Mocno nacisnęła na nie, one pękły/rozeszły się - i po problemie. Komentarz do sprawy był taki, że taka przypadłość często zdarza się

Naprawdę, nie musicie mi wierzyć, nie zależy mi na tym, stąd tekstu nigdy nie redaguję, nie mam interesu w gadaniu na szpitale. Jedyną rzeczą, która skłoniła mnie do opisania tych wydarzeń, jest chęć jakiejś zmiany na lepsze, co niewątpliwie leży w naszym wspólnym interesie. Nie wiem, czy skuteczna będzie prywatyzacja, czy jakieś inne zabiegi - wiem tylko, że coś z tym trzeba zacząć robić. Oczywiście, nie tylko z tym, ale o innych rzeczach już pisałem albo jeszcze napiszę na tym blogu. Byłem już swego czasu na "głównej" Onetu i na głównej Wykopu - niepokojące, ale pociesza tendencja wyraźnie wzrostowa jeśli chodzi o poziom serwisów.


* * *
A teraz zasłużone ciekawostki:


"W amerykańskiej marynarce wojennej księgi tajnych szyfrów mają w oprawie płytki ołowiane, gwarantujące zatopienie w wypadku znalezienia się w morzu"

"Ogień można rozpalić przy użyciu lodu.  Trzeba tylko nadać kawałkowi czystego lodu kształt soczewki wypukłej i zogniskować przy jej pomocy promienie słoneczne. Pomysł ten, podany przez Julesa Verne'a, zastosował m.in. komandor R.F. Scott podczas kierowanej przez niego w latach 1910-1912 wyprawy na Biegun Południowy."

7 kwietnia 2011

Słodkie Made in China

Od dzisiaj zaczynam regularnie śledzić Sejmometr. Zapewne nie nabiorę z niego zbyt wielu materiałów na bloga, ale z chęcią poprzyglądam się "pracy" posłów, szczególnie tych wybranych z mojego powiatu (jak np. Elżbieta Jakubiuk czy Marek Sawicki). Aby sprawdzić tych z naszego powiatu, zapraszam pod ten link: KLIK.


* * *
Muszę się pochwalić, że wiele już razy od mojego widzimisię zależały dziesiątki tysięcy istnień. Nota bene, bardzo pożytecznych, a wręcz niezbędnych, niezastąpionych i potrzebnych nam do przetrwania na każdej planecie, na której postanowimy uprawiać ziemskie rośliny. Mowa oczywiście o pszczołach.

Szacuje się, iż po wyginięciu pszczół ludzkość przetrwa maksymalnie 4 lata. Te sprytne i pracowite stworzonka zapylają 3/4 światowych upraw i zawsze zapewniają o co najmniej 30% większe zbiory np. gryki, rzepaku itd. Jeśli zbiory stopniałyby tak drastycznie, wkrótce zabrakłoby również paszy dla zwierząt, a co za tym idzie, nasza dieta bardzo by zubożała, a wiele składników zostałoby zastąpionych szkodliwymi substytutami. Wartość jedzenia wzrosłaby do stopnia grożącego wybuchem globalnego konfliktu o żyzne ziemie (pierwsze skojarzenie - Ukraina z jej czarnoziemami - a że powiedzenie "Rosja nie może obejść się bez Ukrainy" jest nadal aktualne...). Ludzie albo zginęliby w wojnie, albo pomarliby z głodu lub chorób. Pozostała przy życiu garstka nigdy nie byłaby w stanie powrócić do stanu wyjściowego - nie byłoby "komu" zapylać roślin, byłoby to skrajnie nieopłacalne w ludzkim wymiarze.

Ale nie w wymiarze pszczelim. Dla nich to sens życia. Ba, dla jednego pokolenia w roku, tego rodzącego się na czas zimy, jedynym celem jest przetrwanie i zapewnienie rojowi start w nowy rok. Niestety, miałem już wątpliwą przyjemność wynoszenia całych szufelek martwych pszczół, które kłębiąc się po środku ula w nieustannie poruszającą się (dla utrzymania ciepła) kulę wyjadały stopniowo nagromadzony na zimę miód, zostawiając przy tym obficie napełnione brzegi plastrów. Po to, aby po dojściu na sam szczyt po prostu umrzeć - lub zrealizować cel i dzięki przetrwaniu zagospodarować przestrzeń pod nowe larwy.

Jednak w ostatnich latach pszczoły wymierają nie tylko na zimę - zdarza się to również wiosną, latem i jesienią. Dotychczasowe badania doprowadziły do podejrzeń, że odpowiedzialny za to jest maksymalnie popularny pestycyd, który przy zetknięciu z pszczołą powoduje u niej zaburzenia układu nerwowego - taka pszczoła nie umie się potem odnaleźć w ulu, często też nie potrafi porozumieć się z pszczołami stojącymi na straży u "wylotka", a nawet nie mogą trafić do własnego ula - w konsekwencji giną. Jest to zjawisko masowe i niebezpieczne. Człowiek próbując coraz bardziej czynić swoje życie wygodnym, w pewnym momencie może przekroczyć cienką granicę i unicestwić sam siebie.

Jak to mówię: z postępem musimy iść naprzód, ale nie za szybko, aby przypadkiem się nie przewrócić...


Miód jest bardzo cenny, szczególnie po tych problemach z pszczołami. Ostatnio sprzedawałem miód mieszany w cenie 30 złotych za litr. Ciekawe, jakie ceny będą przy następnym miodobraniu - oczywiście z tamtego miodobrania miód skończył mi się już bardzo dawno temu... Chętnych na szczęście nie brakuje, bo i tak drożeje wszystko. Wbrew pozorom, wolałbym już, żeby koszty zapewnienia zbioru i pozyskiwania miodu były mniejsze, bo wtedy nie byłoby szkoda słodzić herbaty miodem zamiast cukrem (bo polecam) i robić sobie napoje energetyzujące (przepis mogę zamieścić w następnym wpisie, jeśli ktoś będzie chętny). No i popyt byłby większy, motywacja do stałego powiększania pasieki :-)

Niestety, oprócz prawdziwego miodu są także substytuty (o których już wspominałem tutaj w innym kontekście). Znamy miody robione z cukru (takie nigdy się nie krystalizują!), "ziołomiody" (no cóż, syntetyki)... jednak najśmieszniejsze są miody "z terenów UE i spoza UE" - czyli z Chin. Jak wiadomo, tam nawet jajka "robione" są na zasadzie szybkiej reakcji chemicznej (wystarczy poszukać w google), z miodem jest podobnie - ale za to tani! ;-) Oczywiście, nie ujrzymy napisu "Made in China" - to by było zbyt oczywiste. Trzeba umieścić "Miód z terenów UE i spoza UE" - najgorsze jest jednak to, że jest to kłamstwo i błąd logiczny zarazem, gdyż miód taki jest z Chin i tylko z Chin, więc zamiast "i" mogliby chociaż wstawić "lub", aby nie wprowadzać w błąd ludzi myślących logicznie.

Co ciekawe, "Made in China" wyszło już z mody. Na pudełku nowo zakupionej ładowarki odnalazłem oznaczenie "Country: PRC", czyli People's Republik of China (Chińska Republika Ludowa). Skrót dla laika - zgaduję - zbyt tajemniczy, by odkryć kraj pochodzenia.


***
Ciekawostki:

"Proste włosy są w przekroju okrągłe, natomiast faliste kędziory składają się z włosów płaskich w przekroju poprzecznym."


"Struny głosowe u kobiet są krótsze niż u mężczyzn. Stąd wyższe ich tony, jak również mniejsze zużycie powietrza na ich uruchomienie. Kobiety mogą mówić więcej przy mniejszym wysiłku."


Coś czuję, że po ostatniej ciekawostce wielu z nas, mężczyzn, nagle odnalazło odpowiedź na jedno z wielu ważkich pytań dręczących nas aż nazbyt często.

26 marca 2011

Wiosna! To logiczne.

Uprzedzam, że w niniejszym wpisie pojawią się ciągi znaków wskazujące na bycie przekleństwami, jednak wg definicji prof. Jana Miodka, kiedy mamy na myśli coś innego i te coś innego wynika również z kontekstu wypowiedzi. Również prof. Jerzy Bralczyk zaznacza, że cytowanie przekleństwa nie równa się przeklinaniu.

KLIK 1
KLIK 2

Tak więc nie będzie przeklinania, tylko, eee... "metatekst" :-)


* * *
Za kilka godzin czas zmienia się nam nagle o całą godzinę. Co jest powodem tego działania? Czyżby Ziemia tego dnia w jednej chwili przyspieszyła swój bieg, by potem nagle zwolnić, wystawiając na próbę nasz zmysł równowagi? Czy dlatego, że nasz południk znajdzie się nagle 15 stopni kartograficznych dalej? A może dlatego, że jest to korzystne dla gospodarki i przysparza oszczędności?

Otóż, wszystkie te trzy możliwości są równie prawdziwe i prawdopodobne. Bo chyba nikt nie wmówi mi, że na gospodarkę lepiej podziała spowodowanie zmęczenia pracowników i reszty kadr wszelakich zaburzeniem ich zegara biologicznego o godzinę? Przemysł produkcji kawy na pewno na tym zyska - ale czy ktoś więcej?

Czy nasza planeta zyskała cokolwiek przez "godzinę bez światła" na całym świecie? Elektrownie musiałyby skrajnie obniżyć swoją produktywność na okres równej godziny (lub mniejszy), co jest nie tylko niewskazane, ale również nieekonomiczne - a co za tym idzie, nieekologiczne. Tak, nie lubię ekologów. Jak to mawia jeden z moich wykładowców, prof. Adam Wielomski, ekolodzy to arbuzy - z wierzchu zieloni, ale w środku czerwoniutcy niczym potomkowie sowieckich towarzyszy. To proste, że przykuwając się do brzózek na przyszłym placu budowy szpitala, chcą wymóc decyzje polityczne i przede wszystkim finansowe, mając kompletnie gdzieś tak ważną część ekosystemu, jakim są ludzie. Naturalnie, o przyrodę trzeba dbać, bo bez niej nie ma nas

W naszym świecie brakuje logiki. Ludzie nie tylko działają jak idioci i myślą skrótowo (najczęściej z lenistwa, ale brak czasu także robi swoje), ale również mylą podstawowe pojęcia (poruszałem tę kwestię we wcześniejszych wpisach: raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć... i w mniejszym stopniu w pozostałych, przy okazji zapraszam tam).

Wielu z nas myśli na przykład, że jakże historyczne i popularne słowo kurwa wywodzi się z łaciny - w końcu spotykamy je w tak wielu językach europejskich wywodzących się z łaciny (łac. "curva" - krzywa; istnieje też ciekawe powiedzenie po łacinie: "clava curva piae vinco in spelunca" - czyli "krzywą maczugą pobożnie zwyciężam w jaskini"). Jednak, słowo te o dziwo wywodzi się z czystej staropolszczyzny! Oznacza ono samicę "kura" - dzisiaj nazywamy ją "kurą", samicą koguta. Słowo "kur" zostało uwiecznione w naszej pięknej literaturze, podobnie jak słynne "kutasy" z Pana Tadeusza, jednak kur ów miał swoje "kurwy", a stąd nazewnictwo przeszło w bardziej znane nam współcześnie rejony. Skoro "kurwa" stała się nazewnictwem czegoś brzydkiego, wulgarnego (nota bene "Vulgata" to przekład Biblii z greki na łacinę), to potrzeba było nowego słowa na określenie koguciego haremu - "kury". Bo przecież dziś, będąc na działce u babci, nie powiemy: "ale piękne kurwy".


* * *
Teraz, konsekwentnie, umieszczam ciekawostkę. O jaskółkach. Mimo, że "jedna jaskółka wiosny nie czyni", to jednak kojarzą się one z wiosną. W takim razie zaczynajmy:


"Sądzi się powszechnie, że jaskółki odżywiają się, wyłapując w locie dziobem owady. A tymczasem chwytają je głównie na skrzydła i następnie wyjadają z nich niby z talerzy, względnie, żeby porównanie było bliższe, jak z rąk.
Kiedy wiejące wysoko wiatry lub inne niekorzystne warunki atmosferyczne spędzają owady nisko nad ziemię, jaskółki krążą nad łąkami wokół krów, które pasąc się płoszą owady z krótkich traw. Obserwowano również te ptaki fruwające za samochodami, rowerami, furmankami, albo za idącymi drogą ludźmi i zbierające na skrzydła owady rozgonione ruchem pojazdów lub nóg. Jaskółki bardzo rzadko wydziobują owady, znajdujące się na ziemi czy na liściach drzew.

Pewien ornitolog odnotował szczególny przypadek, wskazujący na znaczną inteligencję młodej jaskółki. W 1942r. żołnierze brytyjscy w jednym z obozów wojskowych w Egipcie znaleźli osłabioną, głodną jaskółkę. Zabrali ją do wielkiego namiotu, stanowiącego kwaterę sporej jednostki. Przebywający tam żołnierze posiadali packi do zabijania nękających ich much. Za pomocą tych pacek zabrali się zaraz do zdobywania pożywienia dla swojej podopiecznej.
Ze zdumieniem stwierdzili, że już po zabiciu dwóch pierwszych much jaskółka zorientowała się, jak uzyskują oni dla niej te owady. Podlatywała teraz kolejno do żołnierzy, którzy upolowali muchy. Uderzenie packi stało się dla niej sygnałem wskazującym, gdzie czeka na nią kolejny kąsek."


Cóż, być może gdyby nie Iwan Pawłow, zamiast "psów pawłowa" mielibyśmy "egipskie jaskółki"? Ich sława mogłaby wpłynąć na to, że w upalne dni każdy z nas trzymałby w domu taką jaskółkę w specjalnie rzeźbionym podwieszanym "gniazdku", a słowo "muchozol" nie pojawiłoby się nigdy w naszym słowniku?

Ze specjalną dedykacją dla kolegi z Internetu o nicku Muchozol - pewnie nie odwiedza mojego bloga, ale po tym wpisie pewnie zacznie ;) Mam nadzieję, że wszyscy inni, którzy tu trafili, również zagrzeją miejsce.

21 marca 2011

Lamus ciekawostek

Jako, że piszę nie za rzadko, ale też nie za często, a jeszcze częściej leję wodę tak jak teraz albo TU - to ryzyko, że mój post zaciekawi niewielką liczbę osób, jest bardzo duże. Dlatego od tej pory będę dodawał do każdego wpisu ciekawostkę pochodzącą z książeczki, która wpadła mi niedawno w ręce: "Lamus Ciekawostek" Mariana Kozłowskiego. Z racji tego, iż książeczka pochodzi z 1976r., będę starał się weryfikować każdą z nich - wyraźnie widać w niej wpływ tamtego "ducha". Postaram się również dobierać maksymalnie neutralne "ciekawostki", które zarazem okażą się... ciekawe :-)

W poprzednim wpisie wspomniałem o Grunwaldzie i wysokich cenach butelek wody. W komentarzu wypowiedział się internauta lukasznaw, bardzo celnie stwierdzając jedną rzecz:

W czasie powodzi chleb też był sprzedawany bardzo drogo. Nawet w kościele mówili, jakie to złe żerowanie na tragedii.
Widocznie nie obejrzeli tego: http://www.youtube.com/watch?v=Jw-LU-k1i-o





Nic dodać, nic ująć, chciałoby się rzec. Film bardzo trafny, odsłonił przede mną nową rzecz. Cóż jednak chciałbym dodać do sytuacji znanej z Grunwaldu? Otóż, wysokie ceny wynikały zapewne z braku konkurencji - wszystko kontrolowała albo jedna, działająca wspólnie grupa, albo kilka osób, które mogły się umówić co do wysokiej ceny. Ewentualnie cena mogła się wybić sama, przyciągając swoją wysokością kolejnych dostawców tlenku diwodoru - ale ci woleli nie obniżać ceny, póki wysoki popyt uzasadniał tak wygórowaną stawkę.


Tak więc do poprzedniego wpisu chciałbym dodać, że na cenę - i zarazem jakość - oprócz popytu i dystrybucji wiąże się również konkurencja. Jest to czynnik zbawienny dla konsumenta, bo nie dość, że ma wybór, to jeszcze toczona jest o niego walka zarówno w sferze wysokiej jakości, jak i niskiej ceny. Sytuacja "win-win", czy trzeba czegoś więcej? Dlatego powinno się dbać o istnienie konkurencji w jak największej ilości dziedzin gospodarki, a nawet życia codziennego - oraz pilnować, by była to konkurencja uczciwa.


***
To teraz czas na ciekawostkę!

W latach 70. budżet wojskowy Andory przeznaczony był wyłącznie na ślepą amunicję do karabinów. Strzelało się nimi na wiwat w dzień święta narodowego. Roczny budżet na cele militarne wynosił około 10 dolarów.

***
Przy okazji, chcę się pochwalić najwyżej ocenionym komentarzem pod jednym z filmików na YT. A chwalę się, ponieważ piszę ich wyjątkowo mało (a jak wiemy, Mao to kiedyś w Chinach rządził). A oto i ten filmik: KLIK

A jak już jesteśmy dzisiaj przy tych wszystkich komentarzach, to chciałbym z tego miejsca podziękować czytelnikowi Tomasz1811 za wiele ciekawych i rozbudowanych zarazem komentarzy, które zawsze są cennym uzupełnieniem moich wpisów.

16 marca 2011

Nie-fenomen Japończyków

Ciągle słyszę głosy zdumienia i podziwu odnośnie wzorowego zachowania się Japończyków w trakcie klęski żywiołowej. Jako przyczyny takiego zachowania podaje się ich kulturę, przywiązanie do wspólnoty, konformizm... padają określenia "to jakieś roboty, ja bym nie wytrzymał!". Z drugiej strony stawia się społeczeństwo amerykańskie - nastawione na wolność i niezależność zarówno myślową, jak i w sferze ekonomicznej. "U nas to by od razu się rzucili" - to fakt. Faktami były też bojówki grasujące w Nowym Orleanie czy na Haiti, grabiące co się da. Jednak fenomen Japonii nie opiera się tylko na kulturze, religii czy "grupowym" wychowaniu w lokalnym "kolektywie", które niebezpiecznie próbuje się teraz podciągać pod ideologię, za którą lekko mówiąc nie przepadam. Są to rzeczy ważne, ale tutaj trzeba myśleć w kategoriach innych niż europejskie. Uważam, że jestem po części w stanie postawić się w roli Japończyka. Jakim cudem?

Myślę, że tym "cudem", który pozwala mi się o tym wypowiadać, są trzy lata treningów karate (ach, czemuż je musiałem przerwać!) w duchu filozofii japońskiej, gdzie doktryna i zasady stały wyżej od techniki, ważny był rozwój duchowy i samoopanowanie, a przed każdym treningiem uroczyście wygłaszało się przysięgę Dojo, której wartości wyraźnie widać dzisiaj w zachowaniu Japończyków. Są oni po prostu wychowani w duchu społecznym, który wymaga współpracy, ale nie rezygnuje jednocześnie z indywidualizmu. Na treningach również trzeba było polegać na kolegach, oraz samemu być w stanie sprostać wyzwaniom, które wymagały współpracy w imię "wyższego celu". Wiedzieliśmy, że zachowując się niestosownie, to do nas wróci, bo inni będą czuli usprawiedliwienie, by zachowywać się tak samo do nas i do kolejnych osób. Jasno było sformułowane, że to do niczego nie prowadzi.

Mimo wszystko uważam, że to nie tyle kwestia "rasy" Japończyków (choć na pewno jakiś wpływ jest), a po prostu mechanizmy ekonomiczne:


1. ludzie, ale także przedsiębiorcy, utracili środki
2. przedsiębiorcy chcąc się utrzymać, muszą coś sprzedać
3. ludzie mają mało środków, więc żeby cokolwiek sprzedać, przedsiębiorcy obniżają ceny
4. ceny niskie, towarów nie brakuje, dobra dystrybucja leży w interesie przedsiębiorców - więc nie ma grabieży
5. grabieży nie ma, ponieważ nie opłaca się kraść czegoś, co jest łatwo dostępne i tanie zarazem




Człowiek kradnie to, dla czego warto podjąć ryzyko. Aby było warto podjąć dla czegoś ryzyko, dany przedmiot musi posiadać wysoką wartość. Wartość zależy od dostępności danego towaru - za tym idzie wysokość zapłaty, którą trzeba uiścić, żeby go dostać. Kiedy przedmiot jest łatwo dostępny, niska jest również cena.


Kolejną kwestią jest to, czy na dany przedmiot jest zapotrzebowanie - i jakie. Jeśli ilość danego towaru przewyższa zapotrzebowanie, nie opłaca się go kraść, ani nawet przepychać się w kolejce - i tak wiem, że dla mnie nie zabraknie.


Kto był na 600-leciu Bitwy pod Grunwaldem, z pewnością widział butelki wody sprzedawane po 5 złotych. O ich cenie stanowiła bardzo trudna dostępność i wysokie zapotrzebowanie. Czyli bardziej naukowo: popyt i podaż.


Faktem jest, że wychowanie Japończyków odgrywa wielką rolę w zmniejszeniu zapotrzebowania (popytu). Poza tym nie ma u nich tej presji, która jest np. w Polsce, i której efekty widzimy we wzroście cen cukru (zamiast poczekać na spadek cen, ludzie napędzają popyt wbrew własnemu interesowi, "bo trzeba zrobić zapasy") - a presja ta jest wywołana przez wiele lat życia w socjalizmie, który w złagodzonej wersji trwa do dziś - "socjalizm z ludzką twarzą" - i nadal napędza tę psychozę... Szczególnie starsi ludzie pamiętają cięższe czasy. Nie mówią "kupiłem". Mówią "zdobyłem".

6 marca 2011

Grzech i poczucie winy

Ile razy zdażyło nam się popełnić w życiu jakiś błąd? Jakikolwiek, nawet najdrobniejszy, choćby ten błąd ortograficzny z poprzedniego zdania. Dopóki nie odkryjemy, że był to błąd, najpewniej nie żałujemy swojego działania - w końcu uznaliśmy je za słuszne, albo wykonaliśmy je jako rzecz oczywistą, z którą się nie sprzeciwiamy, i nad którą nie musimy się zastanawiać. Często jest tak, że po wykonaniu danej czynności uznajemy ją za błąd jeszcze zanim nastąpią skutki - i wtedy zazwyczaj możemy jeszcze zapobiec złym konsekwencjom. Częściej jednak jest tak, że dopiero widząc skutki naszej decyzji, uznajemy ją za błędną. Co wtedy? Czujemy poczucie winy, chcemy naprawić swój błąd i przede wszystkim nie popełniać go w przyszłości.

W którymś z wydań "Co z tą Polską?" był poruszany temat prezerwatyw, byli zaproszeni goście, w tym ksiądz (z którego na początku próbowano zrobić dziwaka, "księdza od prostytutek" - ale to osobny, długi temat). W programie skupiono się na tym, z czego żyje telewizja, czyli na tworzeniu dwóch frontów (Szczuka-Terlikowski), które były bardzo skrajne. Ksiądz próbował jakoś łagodzić sytuację, ale złożył broń w sytuacji krzykliwego przerzucania się argumentami ad personam. Bardzo boli mnie słuchanie takich kłótni, na dodatek kiedy nie zgadzam się ani z jedną, ani z drugą stroną konfliktu. Bezradny ksiądz postanowił skupić się najpierw na wyprowadzeniu dyskursu na jakiś poziom, i dopiero wtedy wytłumaczyć pewną rzecz. Ale wróćmy do tematu.

Mała, biedna dziewczynka nie ma pieniążków. Jej mama jest tak biedna, że mimo stałej pracy oszczędza na czym tylko się da. Córce kupuje tylko bułeczkę dziennie, obiady gotuje raz na kilka dni, "na zapas", czasami wcale... Ojciec owszem, pracuje, ale też oszczędza niebywale - na wódkę. Takich sytuacji jest w Polsce wiele - a na świecie jeszcze więcej, bo jednak należymy do bogatszej części świata. Być może wielu naszych znajomych ma podobnie, mimo, że wyglądają, jakby wiodło im się bardzo dobrze.

Dziewczynkę ssie głód, marzy o ciepłym, smacznym posiłku. Zwykły chleb w ustach sprawia jej niebywałą przyjemność, czuje wspaniały smak, którego ja nie dostrzegam na co dzień, bo tłamsi go aromat szynki lub dżemu. A samego chleba jeść nie chcę - bo jak to tak? Tymczasem dla niej każdy okruszek jest błogostanem, który trzeba utrzymać jak najdłużej. Dlatego każdy kęs chleba miesza ze śliną przez kilka minut. To jej wystarcza, jest zadowolona i szczęśliwsza niż większość jej współobywateli. Osiąga szczęście przez eliminowanie potrzeb - jest to słuszne, ale zatrważające, kiedy idzie zbyt daleko. Z czasem jednak widzi rówieśników, którzy opychają się chipsami, batonami, zapiekankami... czuje ten aromat, zapamiętuje go i wyobraża sobie smak tych specjałów. Nie śmie prosić o kęs - wstydzi się, a zarazem boi, że będzie chciała jeszcze i jeszcze... i że chleb nie będzie już smakował tak dobrze.

Czując się kimś gorszym, zaczyna wypierać z siebie chęć skosztowania tych rarytasów - przecież to niezdrowe, psują się od tego ząbki, a przede wszystkim kosztuje to dużo pieniążków. Już i tak ledwo wystarczy na chlebek i trochę mięska, kartofelków na obiad, mama strasznie chudnie - to pewnie przez te papierosy...

Pewnego dnia wyczerpana po pracy w supermarkecie wysyła swoją córeczkę po zakupy. Daje jej listę zakupów i pieniądze - wszystko wyliczone co do grosika. Mała dziewczynka wyrusza w podróż ("oby tylko wybrać jak największe ziemniaczki!"). Będąc już w sklepie widzi batonika, "milkiłeja", którego kiedyś dostała od wujka z Anglii ("to bardzo daleko, trzeba lecieć aż samolotem"). Smak batonika czuje do dziś. Było to niezapomniane przeżycie. Teraz leży on w zasięgu ręki.

Już jest w jej kieszeni. Mama się nie dowie, pieniążki będą się zgadzać z paragonem. Nikt nie widział. Tak bardzo chce poczuć ten smak jeszcze raz, poczuć tę konsystencję i mieć w brzuszku coś "ekstra". Ale jeszcze nie teraz - na to musi być chwila szczególna. Biegnie do domu, batonik chowa skrzętnie do swojej tajnej kryjówki. Przez kilka dni zjada po kawałku.

Wraz ze zniknięciem ostatniego kawałka czuje coś dziwnego - "to było złe... nie można kraść". Czy takie dziecko popełniło grzech? Oczywiście, ze tak. Złamało siódme przykazanie, spowodowało stratę właściciela sklepu, nie zapłaciło kochanemu państwu podatku VAT od tego batonika. Ale nie myśli o tym - przygniata ją myśl o tym, że tak nie wolno. Głos sumienia gryzie ją, aż w końcu pokonuje go i usprawiedliwia swoje działanie tym, że to tylko malutka kradzież.

Ale jestem zły - stwierdziłem, że to był grzech, a przecież dziewczynka była głodna i biedna nie ze swojej winy, bardzo marzyła o czymś lepszym. I racja - bo to są właśnie okoliczności łagodzące, sprawiające, że w tym przypadku jest grzech, ale nie ma kary (w domyśle kary od Boga). Osoba została zmuszona do takiego działania i żałuje za nie. Dopiero, kiedy stwierdzi, że to "tylko malutka kradzież" i ma się za niewinną, zaczyna się powolna degradacja moralności. Dobre staje się to, co nam wygodne, a złe to, co nam niewygodne. W ten sposób dobro i zło mogą się zamienić miejscami w małej głowie.

Co zrobić z tym fantem? Przecież nie chcemy mieć wśród siebie osób, które myślą w ten sposób. Potem będą usprawiedliwiać wszystko makiawelistyczną zasadą "cel uświęca środki", będą się określać mianem "realistów", a nie "idealistów", w końcu będą bardzo krótkowzroczni i szkodliwi zarówno dla społeczeństwa jak i dla samych siebie. Jaka jest na to rada? Postaram się nad tym pomyśleć przy okazji pisania kolejnego wpisu. Mam nadzieję, że tym razem nie było zbyt długo!