13 sierpnia 2012

Marsz Niepodległości 7 października

Jak wiadomo wszystkim, Marsz Niepodległości organizowany przez ONR, MW i inne środowiska narodowe odbywa się przy okazji Święta Niepodległości 11 listopada każdego roku. Ta data jest ważna dla każdego Polaka, gdyż wtedy zakończyła się wojna i de facto Polska miała ustabilizowaną niepodległość. W tamtym roku byłem uczestnikiem tego Marszu i do dziś pamiętam szok, który przeżyłem po powrocie do domu i włączeniu telewizora. To, co zostało pokazane w niemal wszystkich stacjach telewizyjnych, działo się ok. 4 kilometry od Marszu Niepodległości i nie miało z nim nic wspólnego. Nie zmienia to jednak faktu, iż ten marsz z racji swojego wyjątkowego oddolnego charakteru nie spodobał się władzy. Politycy chcą dziś kontrolować każdą większą i popularną inicjatywę społeczną i stawać na jej czele nawet mimo tego, że nie mają najmniejszej zasługi na ich rzecz. Rozpoczęła się więc mocna i długotrwała nagonka na inicjatywę Marszu Niepodległości, co poskutkowało totalitarnym wręcz zaostrzeniem przepisów o zgromadzeniach publicznych.

Co więcej, władza okazała się na tyle bezczelna, że obok Marszu Niepodległości postanowiła uformować Marsz Jedności, z prezydentem i innymi urzędnikami państwowymi na czele. To takie znajome - przecież to wielki prestiż i wzrost poparcia ilekroć polityk zostanie pokazany w mediach na czele wielkiej liczby ludzi.

Patriota w takiej sytuacji stoi na rozdrożu. Dosłownie i w przenośni, gdyż właśnie na Placu na Rozdrożu, pod pomnikiem Romana Dmowskiego, zakończył się poprzedni Marsz Niepodległości. Było to zakończenie niemal siłowe, gdyż służby państwowe dobitnie pokazały swoje nastawienie do zgromadzonych, a media im zawtórowały. Prowokacje się udały i spełniły swoją rolę. Teraz patrioci nadal nie mają jasnego i wspólnego stanowiska, co zrobić w tym roku. Istnieje bowiem problem, że Marsz Jedności będzie pokazany jako alternatywa dla "brutalnego" Marszu Niepodległości, a żeby to udowodnić, zostaną poczynione prowokacje - być może nawet krwawe. Dało się poświęcić samochód, może i kilku ludzi nie będzie im szkoda - ważna jest "opinia publiczna" i nastroje, które pomogą rozbić ruch narodowy jednocześnie pozwalając na dalsze prowadzenie typowo totalitarnej polityki.

Jest także druga możliwość - uczestnictwo w Marszu Jedności i zwyczajne jego przejęcie. Z własnymi hasłami, transparentami, a nawet służbą porządkową. W ustroju, który sami sobie zgotowaliśmy, rządzi większość i trzeba niestety grać w tę grę na jej zasadach - nawet jeśli się nam one nie podobają. W końcu może mi się nie podobać, że as jest więcej wart od króla - ale takie są zasady. Jest to bądź co bądź ryzykowne, ale w razie sukcesu reżim mógłby mieć sporo problemów w odkręceniu tego na swoją korzyść. Jest tak, ponieważ nawet gdyby zrobiono z "przejmujących" bandę krwiożerczych, dopiero co wypełzłych z grobów hitlerowców, to i tak przejęcie świadczyłoby o tym, że ludzie tej władzy nie uznają, a ona sama jest słaba nawet w tym, w czym się specjalizuje.

Kolejna możliwość i propozycja zarazem padła z ust prezesa Nowej Prawicy. Mianowicie, bazując na argumentach historycznych, istnieje koncepcja przeprowadzenia zupełnie odrębnego Marszu Niepodległości 7 października. Co więcej, ta możliwość nie wyklucza zastosowania którejś z powyższych - może być swoistym preludium do wydarzeń listopadowych. Co więcej, jeśli Nowa Prawica zrobi własny marsz wcześniej, to na Marszu Niepodległości nie będzie mieć pociągu do skandowania typowo wolnościowych haseł, co tak mocno uraziło socjalistów idących w Marszu. Jeśli to pomoże zachować jedność tego ważnego dnia, to niech "wyszaleją" się 7 października, a 11 listopada pójdą jak monolit z innymi. Obawiałem się, że 7 października mogłoby być mało osób, ale na MN wielu było wolnościowców (aż sam się zdziwiłem). Nie sądzę, żeby Nowa Prawica chciała rozbijać ruch narodowy, czy "nawracać" jego członków na siłę na wolny rynek. To - jak pokazała szeroko zakrojona nagonka na nacjonalista.pl i narodowcy.net na czele z prezesem NOP-u Gmurczykiem - socjaliści zamiast skupiać się na dobrej organizacji i sprawnej współpracy, wolą marnować energię na obrzucanie błotem. Brawo, chłopaki, władzunia zaciera rączki.

Ja pójdę i 7 października i 11 listopada. Podobnie zrobi zapewne reszta Nowej Prawicy. Warto zaznaczyć, że 11 listopada odbędzie się tak czy siak największy marsz, bo media będą forsować tę datę. Dzisiaj już tylko ideowcy pamiętają, że nie jest to data wymarzona ze względu na osobę Piłsudskiego. Ale jest wspólna i lepiej już wspólnie a nie do końca content, niż "każdy sobie rzepkę skrobie". Co ciekawe, 11 listopada nie był świętowany nawet za czasów sanacji i dopiero w ramach sztucznej gloryfikacji Piłsudskiego stała się to tak popularna data. Ale nie ma co się spierać - spory zostawmy między historykami. Jeśli bowiem społeczeństwo się nie zjednoczy (nie "za" ale "przeciwko") to będziemy tylko dalszymi ofiarami zasady "Divide et impera", chcącymi iść we wszystkie strony i w rezultacie stojącymi w miejscu.

8 sierpnia 2012

Fucking for virginity

W drugiej połowie ubiegłego wieku, z okazji wojny w Wietnamie, świat obiegło hasło "War for peace is like fucking for virginity" (w wolnym tłumaczeniu: Wojna w celu zapewnienia pokoju jest jak pie*** się w celu zapewnienia cnoty).

Można dyskutować ze słusznością tego hasła, jednak występujący w nim pewien logiczny ciąg można śmiało dopasować do wielu działań dzisiejszych. Dla przykładu: słynne "janosikowe". Jest to polityka mająca docelowo zapewnić większą "równość" ekonomiczną wśród polskich województw. Tutaj człowiek inteligentny musi natknąć się na płynący z życia i historii wniosek: Jeśli przedkładamy równość nad wolność, mamy do czynienia z regresem - równaniem w dół. Tak jest w przypadku zarówno w przypadku osób fizycznych jak i prawnych, takich jak województwa. Wyklucza to szybki rozwój, a wręcz do niego zniechęca, gdyż ci, którzy radzą sobie lepiej, są karani - a ci, którzy radzą sobie gorzej, dostają pieniądze za status biedaka. Jest to mechanizm anty-motywacyjny, zachęcający do dalszego pobierania pieniędzy za nic nie robienie. Na dodatek zniechęca do współpracy między województwami i zamiast obopólnych korzyści mamy stwierdzenie "i tak już dostaliście od nas janosikowe". Co na to druga strona? Cóż, dokładnie nic, gdyż samorząd na janosikowym jest jak menel na zasiłku - cieszy się z tego, że tak czy siak pieniążki wpłyną i wysilać się nie trzeba (jest to wręcz niewskazane, gdyż wtedy darmowe świadczenia się skończą).

Swoją drogą, dlaczego w ogóle mamy wyrównywać poziomy między Polską "A", Polską "B" i (powstałą zapewne po części w wyniku tego "wyrównywania") Polską "C"? Dlaczego by nie przestać przeszkadzać zachodniej lokomotywie w rozwoju własnym i pociągnięciu za sobą reszty regionów nie tylko na zasadzie dawania motywacyjnego kopa, ale również dzięki rozrastającym się inwestycjom?

Wolę mieć w kraju tereny mocno zaawansowane, które przyciągną poważnych inwestorów, niż cały kraj uśrednić. To właśnie różnorodność jest piękna i atrakcyjna, to ona przyciąga ludzi i pieniądze. Ważne są zarówno wysoce zurbanizowane i rozwinięte ośrodki, jak i tereny dziewiczej natury czy też po prostu wiejskie i sielskie. A czego chcą nasi politycy? Jednej, szarej papki brudnych blokowisk - stanu pośredniego między jednym, a drugim. Jak widać, nawet to im nie wychodzi, bo ze skomplikowanego obiegu pieniądze znikają nader łatwo.

Jak wiemy, w Belgii współistnieją bogata Flandria i biedna Walonia. Zależności między nimi są powodem konfliktu, który mocno zdestabilizował tamtejszą politykę i gospodarkę: Flandria całkiem słusznie nie chce dopłacać do biednej Walonii. Pomyślmy, o ile lepiej byłoby, gdyby uwolniona z obciążeń Flandria rozwijałaby się w takim tempie, że i Walonia (a więc Belgia jako całość) skorzystałaby "rykoszetem". A tak, dwóch się bije i nikt nie korzysta - ot świetne miejsce na stolicę Unii Europejskiej.

6 sierpnia 2012

Na tarczy

Uważny czytelnik zakładał, że nie napiszę nic przynajmniej do 16 sierpnia. Cóż, też tak myślałem, ale niestety musiałem powrócić z pielgrzymki przed czasem. Nie z mojego powodu, gdyż nie szedłem sam, ale czuję, że i ja nie dałbym rady dojść do samego celu. Bez przygotowania, idąc wprost sprzed komputera było ciężko już pierwszego dnia - o dziwo na najkrótszym odcinku. Dlaczego? Z braku doświadczenia wziąłem w plecak m.in. jedzenie i wodę, oraz dość ciężką menażkę na zupę. Nic z tych rzeczy się nie przydało, bo ludzie dawali po drodze czego tylko dusza zapragnie (i to nie tylko pierwszego dnia, dalej dawali nawet więcej na specjalnych stolikach, szczęśliwcom czasem trafił się nawet nocleg w normalnym domu, a nie pod namiotem). Czułem się więc jakbym niósł drzewo do lasu, albo prowadził idiotę o Sejmu, co skutkowało przeciążeniem kolana. Głupio mi było widząc młodziutkie dziewczyny deklasujące mnie w marszu. Nie jest to spacerek - będę musiał się nieco przygotować, aby móc to wytrzymać. Ale nie ma co tego roztrząsać :)

Ten mój powrót "na tarczy" zbiegł się dziwnie z kolejną dyskusją o Powstaniu Warszawskim. Jak wiemy, Warszawa w jego wyniku została doszczętnie zniszczona, pomęczono i wymordowano ćwierć miliona Polaków. Wysiłek Powstańców był niesłychany i godny podziwu, oraz pamięci. Niestety, był on skazany na niepowodzenie i żadna w tym wina Powstańców czy wymordowanej ludności Warszawy. Przede wszystkim winni rzezi są oczywiście Niemcy, którzy wbrew temu, jakie mieli o sobie mniemanie, zachowali się jak najgorsi barbarzyńcy rodem azjatyckich stepów. Następnie, cyniczny Stalin, który zatrzymał wojska przed Wisłą, aby poczekać, aż Warszawiacy wykrwawią się. Niestety, wśród winnych są również ci, którzy odgórnie zadecydowali o wybuchu Powstania. Nie jest to pewna informacja, ale myślę, że weryfikowalna: otóż, Powstanie Warszawskie odbyło się decyzją większości głosów w stosunku 3:2. Prawdopodobnie wśród decydentów obecny był agent sowiecki, co jeszcze bardziej boli, kiedy spojrzymy na wynik "głosowania".

Denerwuje mnie to, że jak ktoś krytykuje decydentów Powstania, zarzuca się mu brak szacunku do walczących. Myślę, że to właśnie ze względu na ten szacunek powinniśmy wprost mówić prawdę. Powstańcy nie mieli możliwości analizy i oszacowania swoich szans. Jednak dowództwo miało takie możliwości i popełniło błąd, co po wybuchu Powstania potwierdził generał Anders krytykując ten ruch i podając praktycznie te same argumenty, które padają dziś... Również ze względu na szacunek do poległych bohaterów musimy pamiętać o całej historii i nie koloryzować jej, bo tylko z prawdziwej historii możemy wyciągać wnioski na przyszłość i uczyć się na błędach. Ci, którzy widzą tę sprawę w czarno-białych barwach, po prostu nie znają historii. A ci, którzy nie znają swojej historii, są skazani na jej powtórzenie.





Muszę też skomentować farsę, której udziałem stały się obchody upamiętniające walczących Powstańców. Za wzór stawia się generała, który otrzymując nominację w 2005r. od B. Komorowskiego siłą rzeczy jest stronniczy. A nawet jeśli to nie miałoby na to wpływu, na pewno wpływ ma zatrudnienie syna owego generała w spółce Elewarr. Nazwa ta przewija się ostatnio nader często... Tymczasem na teren głównych uroczystości nie wpuszczono weteranów. No bo co jakiś dziadek z oddziału "Parasol" jest wart przy wielce szanownych urzędnikach i tych, którzy poszli na współpracę? Zaproszenie musi być, koniecznie czerwone :) PO stosuje więc przywłaszczanie sobie cudzych dokonań, manipulacji w mediach i zbijania kapitału politycznego na  wydarzeniach ponad-partyjnych. W tej sytuację nie dziwię się, że zostali wygwizdani, natomiast dziwię się, że nie zostali obrzuceni jajami.

1 sierpnia 2012

Na pielgrzymkę bez wódki!

W przededniu mojego wymarszu na Jasną Górę chciałbym poruszyć pewną kwestię dotyczącą religii, tym bardziej, że ostatnio mało o tej materii pisałem. Na pielgrzymkę idę dopiero pierwszy raz w życiu i nie wiem, czego się spodziewać oprócz odcisków i zmęczenia - dlatego o tym wypowiem się po powrocie (oby szczęśliwym i nie przedterminowym). Tymczasem moimi palcami porusza teraz poczucie konieczności skomentowania listu hierarchów polskiego Kościoła, który został odczytany w ostatnią niedzielę na Mszach Św.

Hierarchowie poruszają w nim kwestię miesiąca sierpnia jako miesiąca abstynencji. Cóż, jestem zwolennikiem abstynencji, sam po sobie widzę, że jednak warto umieć otworzyć się na ludzi bez konieczności spożycia alkoholu. Oprócz zdrowia oszczędzam też pieniądze, a także zapewne wiele niemiłych sytuacji. Niczego nie podpisywałem, nie jest też tak, że nie tknąłem w życiu ani kropelki alkoholu. Próbowałem tego i owego, ale po prostu nigdy się nie upiłem - jakoś mnie do tego nie ciągnie.

Ale dość o mnie, skupmy się na meritum wpisu. List podał wiele alarmujących statystyk, argumentów tych bardziej, jak i mniej przyziemnych, oraz kilka postulatów. Jednym z nich było ubolewanie nad powszechnością dostępu do alkoholu. O tym, jak flaga i hymn Polski są mieszane do reklamy piwa, w końcu też o konieczności większej kontroli sprzedaży alkoholu, ograniczenia reklam etc. etc.

Przykro mi to komentować, ale najwyraźniej hierarchia nie szanuje danej człowiekowi od Boga wolnej woli, a w miejsce Boga stawia państwo. Nie muszę chyba przypominać, kto w miejsce Boga stawia państwo? Czy hierarchom przydałaby się lekcja ekonomii, a przede wszystkim lekcja życia?

Co ciekawe, owe postulaty pokrywają się z postulatami Unii Europejskiej, odnośnie podniesienia akcyzy na alkohol, przeniesienia sklepów monopolowych na obrzeża miast i zakazu sprzedaży alkoholu po godz. 22:00. Są to nie tylko skrajnie lewicowe, ale i skrajnie bezczelne postulaty godzące w wolność osobistą, a także powodujące zwiększenie problemu alkoholowego pod przykrywką "walki z alkoholizmem". W końcu nie od dziś wiadomo, że wyższa akcyza na alkohol pogarsza sytuację nie pijaków, a ich żon i dzieci - na wódkę zawsze pieniądze się znajdą, choćby kosztem bucików dla dziecka, albo leków dla żony. Trudniejszy dostęp do alkoholu powoduje, że ludzie robią zapasy - a zapas w domu szybciej "schodzi", a co dopiero, gdy trzeba będzie wyjechać poza miasto, by go zrobić. Ilość wypadków po alkoholu również może wzrosnąć przez te regulacje. A jak ktoś nie zdąży wybrać się za miasto do 22:00? Zawsze ma możliwość pędzenia bimbru w domu, albo zaopatrywanie się na czarnym rynku. To już przerabialiśmy w PRL-u (z tym, że zakaz obowiązywał do godz. 13:00 - zachowały się na taśmach kolejki stojące od godzin porannych) a państwo przestrzegało wtedy przed ślepotą wywoływaną przez źle destylowany bimber.
W odpowiedzi na te plany wychodzi organizacja Wolny Browar, który razem z Nową Prawicą prowadzi ogólnopolską akcję edukacyjną połączoną ze zbiórką podpisów. Szczegóły na Piwo Pod Chmurką. Właśnie dlatego, że wolna wola to dla mnie skarb nadprzyrodzony, jako abstynent i student teologii gorąco popieram tę akcję i włączyłem się w nią. Rozmawiałem już chyba ze wszystkimi sprzedawcami alkoholu w Siedlcach, każdy z nich widział naklejkę akcji, większość z nich skorzystała z możliwości naklejenia jej na drzwiach wejściowych i w innych widocznych miejscach. Ale koniec promocji, przejdźmy do konkluzji:

Cóż, duch socjalizmu unosi się również nad Kościołem, być może jest to również spuścizna PRL-u, gdzie w Służbie Bezpieczeństwa funkcjonowała specjalna komórka kształcąca przyszłych "księży". Usiłowano powołać państwowy "kościół", który byłby dobrym instrumentem do kontrolowania nastrojów obywateli. Ksiądz był już nawet zawodem, byli też przodownicy pracy w księżowskim rzemiośle... Proces transformacji ustrojowej tacy agenci przeszli nietknięci - "bo księdza nikt nie ruszy".

Dlatego tym bardziej doceniam prawdziwych księży z powołania. Niestety, większość z nich rezyduje albo na małych parafiach i tam daje z siebie wszystko, albo po prostu wyjechała na misje święte do Afryki, Ameryki Południowej, Azji itd. To przykre, bo większość osób, które zraziły się do Boga, tak naprawdę zraziły się do jakiegoś księdza i przerzuciły to na wiarę i religię. Tymczasem naprawdę warto postarać się poznać księdza z powołania - to wzmacnia wiarę i pokazuje rzeczywisty obraz Kościoła. Mam nadzieję, że ten obraz zobaczę jeszcze dokładniej na pielgrzymce.


===
Zainteresowanym polecam lekturę książki "Komuniści i Kościół w Polsce". Tytuł podałem orientacyjnie, autora nie pamiętam, pamiętam za to okładkę przedstawiającą Jaruzelskiego, który przyjmuje w Polsce papieża. Papież ociera łzę z oka. A teraz lecę czynić ostatnie przygotowania :)